Kołowanie

"Fantazy" - reż. Michał Zadara - Teatr Powszechny im. Zygmunta Hübnera w Warszawie

Michał Zadara obrasta w mit. Jaki to mit? Ano, mit swoistego pomazańca, człowieka wychowanego i częściowo wykształconego za granicą, co wyposaża go (niejako "z urzędu") w odmienne instrumentarium pozwalające mocować się z polską klasyką. Machina ruszyła; dziś rozmawiamy o "Fantazym", niedługo na scenie stołecznego Teatru Powszechnego odbędzie się premiera "Lilli Wenedy". Wydaje się, że reżyserowi przyznano carte blanche inżyniera nowej wykładni tekstów romantycznych po zrealizowaniu "Aktora" w Teatrze Narodowym w 2012 roku. Prawdziwy sukces (przynajmniej medialny) odnosi jednak wystawiając monumentalne "Dziady", podzielone na dwa spektakle.

Myśląc o "Fantazym", ciągle mam w pamięci owe "Dziady" z ideą interpretacyjną może nie tyle rewolucyjną, co odświeżającą. Jakkolwiek można mieć do inscenizacji zastrzeżenia, mnożyć konflikty i spory, to jednak trudno zaprzeczyć, że wrocławskie realizacje prowokują do dyskusji swoim nacinaniem tkanki romantycznego utworu. Reżyser poigrał z przyzwyczajeniami recepcyjnymi Polaków, a jeżeli nie wywrócił wykładni na nice, to przynajmniej nadpruł nieco płótno tekstu. Skutkiem tego "Dziady" objawiły się jako swoista biblia pauperum, transpozycja metafory na serie dosłownych obrazów, opowieść nawiązująca nieco do estetyki komiksu [!], historia, w której dokonuje się przewrotne przetasowanie akcentów - mimo zachowania całości tekstu Mickiewicza. Powtarzam po raz kolejny - z wartością merytoryczną i artystyczną inscenizacji można dyskutować, można krytykować, można się też do reszty zachwycić; quot homines tot sententiae. Ale siłą rzeczy gros widzów po "Fantazym" zaczyna się spodziewać czegoś więcej niż tylko poprawnej realizacji. Choćby miałoby to być efekciarstwo. W tym przypadku - zaskoczenie; oprócz paru postmodernistycznych, autoironicznych wtrętów jest całkiem tradycyjnie i całkiem estetycznie. Zupełnie jakby Teatr Powszechny próbował obłaskawić część widowni, zniesmaczoną niektórymi spektaklami wystawionymi za dyrektury Pawła Łysaka. Może czeka nas chwilowy powrót do bardziej ufryzowanej, ugłaskanej linii repertuarowej?

Skoro Zadara czyta "Dziady" na naiwną modłę, ja spróbuję przeczytać "Fantazego" w podobny sposób - bez odwołań do rozmaitych literackich egzegez, głównie przez pryzmat aury, jaką wytwarzają aktorzy. Gdyby narysować graf wyobrażający spektakl, od razu przychodzą mi na myśl kręgi, które reprezentowałyby każdą z postaci. Kręgi przybliżają się i oddalają, zazębiają, wchodzą w coraz to inne konstelacje, niekiedy na złączach iskrzy. Mówię o zwartych kręgach, gdyż każda z postaci jest wyraźnie określona - czy to przez gesty, czy intonacyjnie. Galeria bohaterów "Fantazego" staje się zatem katalogiem skrajnych cech. Oczywiście daleko Zadarze do estetyki dell'artowskiej, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że zamiast poszukiwania wewnętrznych, ukrytych głęboko źródeł napięć, reżyser skupia się na doraźnych reakcjach i gagach. Gdyby stworzyć jakąś gradację, zapewne opierałaby się na natężeniu pierwiastka komicznego w każdej z postaci.

A zatem mamy Fantazego Dafnickiego, granego przez Michała Sitarskiego. To galancik posługujący się karykaturalnym "ą" i "ę". Tę postać kontrapunktuje Rzecznicki Michała Czachora, który studzi egzaltacje kompana, pogryza od niechcenia jabłko, wypada nagle zza drzew z jakimś rozminowującym napięcie komentarzem. Buzuje w nim jednak zgrywa. Przywitanie z Respektami to typowa wydmuszka bon tonu, która staje się emblematem świata ziemiańskiej arystokracji. Fantazy z nagła nabiera odrobinę powagi (być może rumieńca wstydu), gdy Diana objawia świadomość cynizmu małżeństwa-transakcji, w której ma stać się towarem. Frymuśne fanaberie przybysza zostają skompromitowane jednym momentem, błyskotliwie zagranym przez Karolinę Bacię - narzeczona in spe serwuje Fantazemu ogniste memento. Sama scena spięta jest zgrabną klamrą - początkowo zblazowany Dafnicki wyciąga od niechcenia rękę, w której trzyma obrączkę zaręczynową; na koniec Diana siada na krześle z ręką ułożoną w identycznym geście - gotową do ucałowania w ramach przyjętych ze wzgardą oświadczyn. O ile Fantazy wydaje się być coraz bardziej zagubiony w podszytym intrygą świecie, o tyle Czachor jako Rzecznicki zmienia się wręcz w maszynkę produkującą gagi, z masowaniem genitaliów i ruchami frykcyjnymi włącznie. I nie można mu odmówić, że jest w tym całkiem zabawny. Co więcej - kilka momentów spektaklu naprawdę należało do niego - ale czy długodystansowa szarża wyszła komukolwiek na dobre?

Hrabina Respekt Pauliny Holtz to jedna z najbardziej przerysowanych postaci - histeryczna, omdlewająca, nie popadająca jednak w wulgarną karykaturę. Idalia Barbary Wysockiej to bodaj najlepsza rola spektaklu. Wysocka prowadzi swoją postać od komicznej egzaltacji do nonszalancji. Ćmi papierosy, wyjmuje je nerwowym gestem z papierośnicy, co częściowo nadaje jej rys femme fatale rodem z kina noir, a częściowo obnaża pozorność samokontroli. Wyrachowane działania manipulantki kontrastują z niektórymi zagraniami, choćby z niezgrabnym przemykaniem między krzewami georginii i karykaturalną gestykulacją w stronę Respektowej. Nie ma w tej roli nic z wymuszonego, nadmuchanego komizmu, jest za to spory zastrzyk autoironii. Brawo. Z kolei Mateusz Łasowski jako Jan kreuje postać owioniętą wschodnim mitem - i można uznać, że wpisuje się w mocne "serio" spektaklu, gdyby nie wtręty i szpileczki, które nakłuwają nieco rozdętą kreację (a może od początku pomyślaną jako ironiczna?). Widać to choćby w momencie, w którym Sybirak oddaje mocz na rozniecone w lesie ognisko.

Na początku (a początek jest pojęciem względnym, jeśli mówimy o prawie czterogodzinnym widowisku) nie czuć, że obcujemy z fałszywym, spreparowanym mechanizmem, że może Zadara naprawdę, z całą naiwnością wyrzeźbił ładny bibelocik, cacuszko przeznaczone do oglądania i zachwycania - no, przyjmijmy, że z małym cudzysłowem. Wskazywałaby na to ilustracyjność muzyki, kostiumy i rekwizyty z epoki, realistyczna scenografia przedstawiająca arkadyjskie otoczenie posiadłości Respektów (przynajmniej do ostatniego aktu). Po dokładniejszym przyjrzeniu się coś w tym mechanizmie zaczyna zgrzytać - muzyka ostentacyjnie podkreśla momenty rozpoznania bohaterów, drzewa zdają się być nienaturalne, podświetlone niczym w terrarium. Po każdym akcie zapada kurtyna [sic!], na której zostają wyświetlone napisy zapowiadające kolejne akty, przedstawiające obsadę, a nawet ciekawostki z roku 1841, w którym prawdopodobnie rozgrywają się wydarzenia opisane w utworze. Wysupływanie komediowych smaczków przeradza się po części w wymuszony popis, tekst Słowackiego zostaje nagięty do kolejnych wygibasów. Jedynie finał utrzymano w minorowej tonacji. W tym frenetycznym uniwersum Major kreowany przez Mariusza Benoit zdaje się być jedyną autentycznie przeżywającą postacią.

"Szokująco miły wieczór" - słyszę za plecami w bufecie. "Witajcie w ciężkich czasach", chciałoby się odpowiedzieć za Doctorowem; w czasach, w których teatr - mniej lub bardziej tradycyjny, unikający dekonstrukcji, wykorzystujący anturaż epoki - zdaje się być zjawiskiem nadnaturalnym. Owszem, Zadara nie jest całkiem serio, fakt, odrobinę się do Słowackiego mizdrzy. Jednak jakkolwiek byśmy nie próbowali dopatrzeć się w "Fantazym" ironii, pozostaje on spektaklem prawie akademickim. Można go pochwalić za dobre aktorstwo, za wyeksponowanie niektórych smaczków. I tu pojawia się konieczność postawienia pytania. Nie: "O czym jest ten <>?" - to już wiemy; inscenizacja jest wszak dość wierna literze wieszcza. Pytanie powinno brzmieć: "O czym DZIŚ jest ten <>?" bądź "O czym powinien być <>?". Upadek i zakłamanie elit? Temat nośny i bynajmniej nie wymagający drapieżnego, uwspółcześniającego retuszu. Można by się tak zastanawiać w nieskończoność. Niestety, w stołecznym "Fantazym" trudno dopatrzeć się inspirującej koncepcji. Skutkiem tego dostajemy spektakl przyzwoity, a może nawet - zaryzykujmy to stwierdzenie - nijaki? Zadara orbituje nad tekstem, okrąża go, kołuje. Czasem warto jest jednak pikować. Taki manewr zwą podobno ryzykiem artystycznym.

Agata Tomasiewicz
Teatr dla Was
26 czerwca 2015

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia