Kompleks "Warszawki"

"Aktorzy prowincjonalni",Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu

Czego potrzebuje aktor, aby czuć się docenianym i kochać swoją pracę? Czy są to wielkie pieniądze, sukcesy, uwielbienie publiki? Wydaje się, że granie w dużym mieście to już spore osiągnięcie i splendor. Jednak co się dzieje z aktorami, którzy grają na prowincji, za liche pieniądze? Co ich tam zatrzymuje, jakie mają kompleksy, czego pragną w pracy, w życiu?

Agnieszka Holland i Anny Smolar w swoim spektaklu „Aktorzy prowincjonalni” nie ukazują nam aktora-artysty, rozkochanego jedynie w sztuce napuszonego pawia żywiącego się oklaskami widza. Skupia się na aktorze-człowieku, który czeka na swoją życiową szansę, zastanawia się jak „dotrwać do pierwszego”, utrzymać rodzinę, pokonać swoje frustracje. 

Widz jest nie tylko widzem. To niemy świadek otrzymujący pozwolenie na podpatrywanie aktorów w osobistych, intymnych sytuacjach życia zawodowego i prywatnego. Trzymając w dłoni bilet niczym przepustkę, jest prowadzony na scenę przez długie korytarze, mija garderoby, wkracza w inny świat. Świat prowincjonalnego teatru, gdzie czas chyba się zatrzymał: meble niczym z lat 70., drewniane, skrzypiące krzesła przy lustrzanych toaletkach, zagracone kulisy, mały bufecik przypominający wnętrzem PRL-owską jadłodajnię. I choć niektórzy z aktorów pragną się wyrwać z tego marazmu, to nie mogę. Wewnętrznie tęskniąc do wielkiego światu, mentalnie nadal są częścią beznadziei, która ich otacza. 

Dramatów tu wiele - Bogdan (Andrzej Zieliński) ma problemy z utrzymaniem rodziny, suflerka (Ewa Wyszomirska) szaleńczo tęskni za młodzieńczą miłością, Anna (Aleksandra Cwen) cierpi z powodu rozpadającego się małżeństwa, a jej mąż Krzysztof (Maciej Namysło) oszukuje ją romansując z innymi kobietami i marzy o tym, by rozpocząć lepsze życie w warszawskim teatrze. Porównano aktorów do nas samych. Przecież oni również muszą płacić rachunki, zdradzają, boją się bezrobocia, żądają podwyżki w pracy i zastanawiają się, ile jeszcze problemów przysporzy im los i jak to wszystko wytrzymają. Ich życie to nie patos, przywdziewanie kostiumów czy egzaltowane sceniczne dialogi. Można być rzec: wszystko jest tak naturalne, że wydaje się być prawdziwe. Nie - to właśnie jest prawdziwe. Tak bardzo, że aż boli. W tym spektaklu nie ma aktorów. Są ludzie. 

Najbardziej przejmuje los Krzysztofa. Chęć zmian buzuje w nim, narasta, aż w końcu wymyka się spod kontroli. Przejęty rolą Konrada w Wyzwoleniu Wyspiańskiego, przedstawia reżyserowi swoją wizję spektaklu. Chce, aby było to przedstawienie nowatorskie, wstrząsające, ukazujące kondycję współczesnej Polski. Jednak bufoniasty dyrektor grzebie nadzieje jego jak i wszystkich aktorów. Wystawia niezrozumiałe „dziwadło” - choć oklaskiwane przez publiczność, to jednak ośmieszające wszystkich pracowników teatru niepogodzonych z przekazem sztuki. Konrad niczym wrestlingowiec paraduje w jaskrawych, elastycznych slipkach, a Muza (Judyta Paradzińska) wykrzykuje niezrozumiałe kwestie w stroju cheerleaderki. Dramat Krzysztofa osiąga swoje apogeum: z przypiętą łatką pieniacza i wariata traci pracę w teatrze, marzenia o Warszawie zostają zdeptane. W tym samym niemal czasie odchodzi od niego żona: upokorzona, wrażliwa i niezrozumiana, poddaje się i nie chce już walczyć o strzępy miłości.

Jedną z najpiękniejszych scen jest właśnie ta, kiedy Anna, stojąc na teatralnym balkonie, wystawia etiudę lalkarską. Kukiełkę stojąca pośrodku pustkowia otaczają i atakują wrony. Ta w końcu poddaje się i przywdziewa czarne skrzydła, by móc wmieszać się w ich stado. Całą scenę obserwuje wzruszony mąż. Może się w niej przeglądać jak w lustrze ukazującym prawdę o nim samym. 

W końcowej scenie Krzysztof zostaje sam na deskach teatru, wzbiera w nim gorycz. Może chce powiedzieć, że żałuje? Może chce powiedzieć, że bardzo się boi tego, co przyniesie przyszłość? Brakuje tylko, by z jego ust wyszły słowa Makbeta: „Życie jest tylko przelotnym półcieniem/ Nędznym aktorem, który swą rolę/ Przez parę godzin wygrawszy na scenie/ W nicość przepada powieścią idioty/ Głośną, wrzaskliwą, a nic nie znaczącą.” Dosłownie.

Karolina Kaczmar
Dziennik Teatralny Opole
16 stycznia 2009

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia