Kompozytor pisze nuty, a dyrygent reżyseruje muzykę

Rozmowa z Miłoszem Markiewiczem

Muzyka w moim życiu towarzyszyła mi od samego początku. Choć pochodzę z tak zwanej rodziny „niemuzycznej", bowiem nikt z moich najbliższych nie zajmuje się muzyką zawodowo, to właśnie ona miała największy wpływ na moje życie. Starszy brat pobierał lekcję na keyboardzie, podczas których ja bawiłem się klockami Lego na dywanie. Kiedyś przypadkowo jego nauczyciel zagrał mi nieskomplikowaną melodyjkę, którą miałem powtórzyć. Zadanie to wykonałem wielokrotnie bez większego problemu, pomimo zwiększania poziomu trudności. Rodzice po krótkim namyśle podjęli decyzję. Zacząłem pobierać regularne lekcje gry na keyboardzie w wieku czterech lat.

Z Miłoszem Markiewiczem, dyrygentem, kompozytorem i aranżerem, rozmawia Ilona Słojewska z Dziennika Teatralnego.

Ilona Słojewska: - W Teatrze Baj Pomorski zachwycił pan widzów młodych i dorosłych muzyką skomponowaną do spektaklu „Strach ma wielkie... zęby!" Karoliny Kalety w reżyserii Laury Sonik.

Miłosz Markiewicz: - Stworzenie muzyki do tego spektaklu było dużym wyzwaniem ze względu na jej złożoność i ilość. Od początku Laurze Sonik zależało na możliwie największej prostocie zarówno w scenografii jak i w muzyce. Dodatkowo „leśna intryga" zawarta w scenariuszu posiadała także elementy horroru, które należało odpowiednio zilustrować. Moją koncepcją było wykorzystanie instrumentów zbudowanych przede wszystkim z drewna, to znaczy - kwintetu smyczkowego, instrumentów dętych, drewnianych, harfy, fortepianu, preparowanego pianina i akordeonu. Duży wpływ na kształt muzyki miała także bardzo zaangażowana w pracę i twórcza obsada aktorska, z którą miałem przyjemność pracować przez miesiąc.
To między innymi dzięki nim udało mi się stworzyć cały ten „las". Praktycznie każde ze zwierząt występujących w spektaklu posiadało własny, indywidualny temat muzyczny. Podczas zmian scenografii, motyw - „co się czai w lesie, nie wiesz" podkreśla tajemniczy charakter spektaklu. W muzyce nie zabrakło także odgłosów natury generowanych przez aktorów oraz za pomocą instrumentarium Orff'a. Cała ta muzyczna różnorodność została dostosowana do idei prostoty i zapachu drewnianej scenografii.

- Nieco wcześniej był spektakl „Nina i Paul" według powieści Thilo Refferta, w reżyserii Laury Sonik w teatrze „Maska" w Rzeszowie, do którego pan napisał muzykę

- Ta jest dla odmiany prosta. Tworząc klimat w tym spektaklu posłużyłem się tematem, który miał jednocześnie charakter smutny i radosny. Nastrojowy i liryczny. Oddający to, co się dzieje w głowie podczas pierwszego w swoim życiu spotkania z młodzieńczą miłością. Scenografia składała się głównie z elementów czarnych i białych, co skłoniło mnie do użycia fortepianu jako instrumentu prowadzącego. Dodałem także muzykę z okolic Tyrolu oraz czoło tematu z „Gwiezdnych Wojen" Johna WIlliamsa, które nadały spektaklowi żartobliwe elementy. Muzyka z „Niny i Paula" wciąga widzów w melancholijną zadumę. Takie powracanie do miłych chwil swojego życia z lekkim półuśmiechem na twarzy. Każdy po obejrzeniu tego spektaklu odzyskuje wiarę w miłość.

- Jak współpracuje się z Laurą Sonik?

- Dzięki swobodzie w działaniu oraz wspólnemu zaufaniu, współpraca z Laurą daje mi dużo możliwości twórczych. Bardzo lubię momenty, w których rozmawiamy o konkretnej scenie lub postaci. Rozmowy te wpływają silnie na moją wyobraźnię, co pozwala mi uściślić dotychczasowe zamierzenia kompozytorskie. Wszystko po to, aby muzyka jak najlepiej oddawała klimat spektaklu. Zdarza się także, że na próbę przynoszę ze sobą małą klawiaturę, na której improwizuję. W ten sposób szukam odpowiedniego motywu lub efektu dźwiękowego do danej sceny. Wraz z Laurą dzielimy pasję do tego, co robimy. Mam nadzieję, że jest to widoczne w spektaklach, które zrealizowaliśmy.

- Muzyka w teatrze dzisiaj, to nie tylko ścieżka dźwiękowa. To jeden z elementów spektaklu, mający coraz większy w nim udział. Jak powstaje muzyka do spektaklu teatralnego?

- Nie mam gotowego sposobu na tworzenie muzyki - to się dzieje przez cały czas gdzieś wewnątrz mojej głowy. Mam swój styl, na przykład lubię widzieć to, do czego mam tworzyć.
Lubię też prostotę, bo sama muzyka w swoim założeniu jest prosta. Cenię sobie klasyczne wzorce w muzyce, czyli tak zwany złoty środek, proporcje i dialogi muzyczne. Muzyka w teatrze to przede wszystkim muzyka użytkowa; tworzona według określonych potrzeb. Muzyka nadaje charakter - potrafi budować napięcie lub je całkowicie rozładować. Potrafi rozweselić, a także wzruszyć do łez. Ma za zadanie przenieść widza w ściśle opisane w scenariuszu miejsce. Musi także korespondować ze scenografią, być jednym z elementów całej układanki. Niestety zdarza się, że kompozytorzy zapominają o tym. Tworzą muzykę niezależną, jakby mającą podkreślać ich własny, często indywidualny charakter.

- Porozmawiajmy teraz o samej muzyce. Kiedy i jak się spotkał pan z nią po raz pierwszy?

- Muzyka w moim życiu towarzyszyła mi od samego początku. Choć pochodzę z tak zwanej rodziny „niemuzycznej", bowiem nikt z moich najbliższych nie zajmuje się muzyką zawodowo, to właśnie ona miała największy wpływ na moje życie. Starszy brat pobierał lekcję na keyboardzie, podczas których ja bawiłem się klockami Lego na dywanie. Kiedyś przypadkowo jego nauczyciel zagrał mi nieskomplikowaną melodyjkę, którą miałem powtórzyć. Zadanie to wykonałem wielokrotnie bez większego problemu, pomimo zwiększania poziomu trudności. Rodzice po krótkim namyśle podjęli decyzję. Zacząłem pobierać regularne lekcje gry na keyboardzie w wieku czterech lat.
Pamiętam, że kolejnym spotkaniem z muzyką był okres przedszkolny. Zawitał do nas pan Aleksander Sieczkowski, ówczesny nauczyciel Państwowej Szkoły Muzycznej w Krośnie.
Przyniósł ze sobą wiolonczelę, na której zagrał dla nas kilka utworów i opowiedział o szkole. Szczęście chciało, że właśnie w tym czasie przyszła po mnie mama. Szybko podjęła temat z prelegentem i w ten sposób znalazłem się na egzaminie do szkoły muzycznej. Było to
w roku 1997.

- I tak rozpoczął się już prawdziwy muzyczny etap w pana życiu

- Po kilku pytaniach i zaśpiewaniu piosenki został mi przydzielony najpiękniejszy według mnie brzmieniowo instrument czyli wiolonczela. Tak rozpoczął się etap w szkole muzycznej w Krośnie, w której spędziłem dwanaście lat. Po dwóch latach grania na wiolonczeli zmieniłem nauczyciela. Było to dość nietypowe, ponieważ osoba, do której mnie skierowano zajmowała się kształceniem wyłącznie starszych uczniów.
Bardzo ciepło wspominam ten czas - pierwsza trema, pierwszy garnitur, pierwszy prawdziwy instrument lutniczy... Niestety, z kilku powodów zostałem postawiony przed możliwością wyboru. Zmiana szkoły na „normalną" lub zmiana instrumentu. Była to dla mnie jedna z
trudniejszych decyzji, którą musiałem podjąć samodzielnie. Nie potrafiłem jednak zrezygnować z muzyki i nie chciałem żadnych półśrodków. Zdecydowałem więc, że w II st. Ogólnokształcącej Szkoły Muzycznej chcę grać na trąbce.

- Czy zmiana instrumentu zmieniła pana muzyczną pasję?

- Możliwości, które pojawiły się wraz ze zmianą instrumentu miały bardzo ważny wpływ na kreowanie mojej osobowości muzycznej. Dzięki temu, między innymi mogłem wziąć aktywny udział w życiu większego organizmu, jakim jest orkiestra. W 2005 roku wstąpiłem w szeregi Gminnej Orkiestry Dętej w Miejscu Piastowym. Szybko pokochałem pracę z ludźmi.
Dodatkowo dobry słuch od zawsze był moim atutem. W tym czasie pisałem wiele aranżacji na różnorodne składy instrumentalne oraz założyłem szkolny big-band, później kwintet/sekstet jazzowy. W zakresie moich obowiązków, które sam na siebie nałożyłem, była gra na kontrabasie, opracowywanie materiałów nutowych i prowadzenie prób.
W 2009 roku otrzymałem pierwsze większe zlecenie jako aranżer. Był to ważny okres z powodu zbliżającej się matury oraz kolejnych wyborów życiowych. Co robić dalej? Na potrzeby koncertu charytatywnego „Projekt Ponad Stylem" napisałem aranżację utworu „Music" Johna Milesa na orkiestrę i chór.

- I poprowadził pan orkiestrę jako dyrygent dętą

- Miałem to szczęście, że mogłem grać na wielu instrumentach w swoim życiu. Wiem, w jaki sposób wydobywa się dźwięk i jakie są dostępne techniki ze strony praktycznej. Z tego względu zgodziłem się poprowadzić orkiestrę jako dyrygent. Był to mój debiut na scenie
przed około tysięczną widownią w sali Regionalnego Centrum Kultur Pogranicza w Krośnie.
Owacje na stojąco, które zebraliśmy podczas finału, były wystarczającą motywacją do tego, by skierować swoje kroki na chyba najbardziej wymagający kierunek studiów w Akademii Muzycznej. Ostatecznie spędziłem rok 2009 w Krakowie, uczęszczając na zajęcia z teorii
muzyki i dyrygentury jako wolny słuchacz. Postępy, które zrobiłem w tym czasie pozwoliły mi na zdanie egzaminów wstępnych na Akademię Muzyczną we Wrocławiu. Na wakacjach przed rozpoczęciem pierwszego roku akademickiego dyrygent wcześniej wspomnianej orkiestry dętej z Miejsca Piastowego zrezygnował z dalszej współpracy z zespołem. Podjąłem się wtedy przygotowania oraz poprowadzenia muzyków podczas Przeglądu Orkiestr Dętych w Rowach, w gminie Ustka, gdzie orkiestra otrzymała wyróżnienie. Los chciał, aby historia zatoczyła koło.
Propozycja, którą złożyła mi Orkiestra Dęta Gminy Miejsce Piastowe w połowie 2015 roku daje mi możliwość sprawdzenia się jako kapelmistrz. Jest to ruch całkowicie amatorski i pomimo wielkiego trudu oraz poświęcenia całego zespołu na efekty trzeba długo czekać. Taki zespół to idealne miejsce, aby nauczyć się, w jaki sposób prowadzić zespół w zakresie psychologicznym i socjologicznym. Trzeba także wykazać się ogromną pomysłowością i motywacją, by wykrzesać od instrumentalistów jak najwięcej miłości i pasji do muzyki. Przy orkiestrze działa także szkółka orkiestrowa, w której bezpośrednio wpływam na wrażliwość muzyczną obecnego najmłodszego pokolenia.

- Podczas studiów spotkał pan wielkie osobowości muzyczne

- Czas studiów, czyli lata od 2010 do 2015 spędziłem pod okiem mojego mentora prof. Mieczysława Gawrońskiego. Dyrygentura to przede wszystkim praca nad techniką dyrygencką i własnym charakterem. Istotne jest także poznanie każdej nuty zapisanej przez wielkich mistrzów w partyturach oraz ich zrozumienie. Tego, w jaki sposób przekazać orkiestrze swoje myśli i intencje wykonawcze można nauczyć się wyłącznie w jeden sposób. Trzeba po prostu zacząć to robić. Studia to czas poznawania ciekawych ludzi. Współpraca, którą udało nam się nawiązać z Laurą Sonik to wynik przypadku, który zaowocował dwiema sztukami „Ultra Violet" oraz „Calineczka" we wrocławskim PWST. Cieszę się, że to właśnie ona odsłoniła przede mną kurtynę dzielącą świat teatru ode mnie. W swoim dorobku mamy jeszcze wspomniany już wcześniej spektakl „Ninę i Paula" zrealizowanego w roku 2016 w rzeszowskim teatrze „Maska" oraz przedstawienie „Strach ma wielkie... zęby" wystawione przez teatr „Baj Pomorski" w Toruniu w tym roku. Wszystkie nasze dotychczasowe realizacje spotkały się z uznaniem krytyków i publiczności.
Drugą ciekawą osobą, z którą związałem obecne życie zawodowe jest Paweł Pietruszewski.
Razem tworzymy bazy dźwięków, tła muzyczne, efekty oraz komponujemy muzykę do gier wideo. W swoim dorobku mamy już kilka tytułów, które będą w sprzedaży w 2017 roku. Jest to świeży projekt, który daje nam mnóstwo satysfakcji i stanowi ogromne źródło inspiracji.
Od 2016 roku jestem właścicielem firmy w której skupiam się na kompleksowej usłudze w zakresie sztuk muzycznych. Na rynku muzycznym działam jako freelancer.

- Brał pan również udział w mistrzowskich kursach dyrygentury

- Kursy mistrzowskie uświadomiły mi, że muzyka symfoniczna oparta jest o ścisłą znajomość partytury. Niby banał, ale na jej podstawie trzeba umieć znaleźć odpowiedni sposób przekazu, aby wyegzekwować konkretny efekt -frazę, dynamikę, artykulację, i tak dalej na muzykach, z którymi będziemy współpracować. Największy sukces jest wtedy, gdy uda się to zrealizować drogą wzajemnego dialogu. Gest, słowo, każdy ruch, mimika twarzy, spojrzenie - każdy z tych elementów przekłada się wprost proporcjonalnie na jakość brzmienia zespołu. Podczas pracy potrzeba nieustannej motywacji i koncentracji. Dyrygent to taki reżyser muzyki.

- Kilka słów o sobie, wyłączając muzykę...

- Pochodzę z Krosna, z województwa podkarpackiego, a obecnie mieszkam pod Wrocławiem.
Bardzo lubię odkrywać dotąd nieznane mi ścieżki, zwłaszcza na rowerze. Najlepszym dla mnie relaksem jest cisza, którą można spotkać zimą w Bieszczadach. Kocham przestrzeń i nie lubię ograniczeń. Jestem wielkim fanem motoryzacji oraz smakoszem elegancji. Uwielbiam pracę z ludźmi zwłaszcza wtedy, kiedy sami tego chcą. Cenię prywatność.

- Dziękuję za rozmowę i życzę dalszych muzycznych sukcesów!

___

Miłosz Markiewicz - dyrygent, aranżer i kompozytor pochodzący z Krosna. Absolwent Akademii Muzycznej im. K. Lipińskiego we Wrocławiu, w klasie dyrygentury prof. dr hab. Mieczysława Gawrońskiego (rok ukończenia 2015). Współpracował z wieloma zespołami, w tym m.in. z Akademicką Orkiestrą Kameralną Akademii Muzycznej we Wrocławiu, z zespołem Filharmonii Dolnośląskiej oraz z Orkiestrą Narodowego Forum Muzyki we Wrocławiu. Jest współtwórcą Letniej Orkiestry Młodych. Komponuje muzykę do spektakli teatralnych; jest autorem różnorodnych aranżacji. Obecnie jest kapelmistrzem Orkiestry Dętej w gminie Miejsce Piastowe.

___

Ilona Słojewska - recenzentka Dziennika Teatralnego. Absolwentka filologii polskiej UKW. Od lat 80-tych związana z kilkoma czasopismami ogólnopolskimi oraz regionalnymi, (m.in. Czwarty Wymiar, Nieznany Świat, Natura i Ty, Kujawy i Pomorze, Express Bydgoski, Gazeta Pomorska, miesięcznik literacki Akant) oraz z wortalami internetowymi Teatr dla Was i z Przystanią Literacką.

Ilona Słojewska
Dziennik Teatralny Toruń
25 marca 2017

Książka tygodnia

ADAPTACJA. Skrzynka z narzędziami
Akademia Teatralna im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie
Marta Miłoszewska

Trailer tygodnia