Komu nie bije dzwon

"Udręka życia" - reż. Adam Opatowicz - Teatr Polski w Szczecinie

„Jestem straconym człowiekiem. Wiem, że wielu cierpiało tak, jak ja, ale kiedy boli mnie, to tak, jakby bolało pierwszego człowieka na świecie!” – wykrzykuje Jona Popoch, bohater „Udręki życia” Hanocha Levina. W odpowiedzi nie dobiega go jednak doniosły dźwięk dzwonów i przenikliwe wycie syren tylko miarowe pochrapywanie starej, nudnej żony.

Jona (Jacek Polaczek) i Lewiwa (Elżbieta Donimirska) Popochowie to małżeństwo z trzydziestoletnim stażem. Zdążyli już spłacić mieszkanie, zawiesić na ścianach zdjęcia przodków, odchować dzieci i poznać się tak dobrze, że każde z nich jest w stanie przewidzieć nie tylko jak zachowa się drugie, ale nawet co i jakim tonem powie. Dla zmęczonego rutyną małżeńskiego życia Jony ta sytuacja okazuje się nie do zniesienia. Dręczy go fakt, że każdy dzień jego życia do złudzenia przypomina poprzedni, a wymarzona wzniosła egzystencja, wypełniona muzyką i sztuką nigdy nie stała się jego udziałem. W obliczu kryzysu postanawia rozstać się z żoną, którą nazywa „bydlęciem" i obwinia o wszystkie swoje niepowodzenia. Lewiwa jest na to jednak przygotowana. Zbudzona ze snu w środku nocy, staje do prawdziwie zaciętej walki na słowa, gesty i onomatopeiczne okrzyki. Wykorzystuje cały arsenał emocjonalnych środków, przechodząc od obłaskawiania Jony przez jego obrażanie i upokarzanie aż po grożenie samobójstwem. Na końcu tłumaczy mu ze spokojem, że przed pospolitością nie ma ucieczki do zasiedmiogórogrodu ani do gabinetu poznanego w dzieciństwie doktora Bayera, który każdy problem rozwiązywał za pomocą magicznego słoiczka z lekarstwem. Przed pospolitością uciec można tylko w jeszcze większą pospolitość – w wolność taniego hotelowego pokoju z tanią lodówką i jedną z tanich kobiet. Jak bowiem podkreśla Lewiwa, taki jest los ludzi utkanych „z taniego materiału", których wzniosłym dramatom nie towarzyszy majestatyczny dźwięk dzwonów, a co najwyżej odgłos spuszczanej wody.

Wyreżyserowany przez Adama Opatowicza spektakl stanowi wyzwanie dla aktorów, którzy nie mogą zasłonić się barwnymi kostiumami (ubrani są w piżamy oraz obszerne szlafroki) i powierzyć sukcesu przedstawienia dynamicznemu rozwojowi akcji. „Udręka życia", podobnie jak większość dzieł izraelskiego twórcy, jest bowiem statyczną sztuką, skupioną na dialogu. Zaaranżowana przez Mariusza Napierałę minimalistyczna scenografia, na jaką składają się jedynie stara walizka oraz zaścielone białą pościelą łóżko, dobitnie potwierdza, iż dom bohaterów wypełnia szara materia codzienności, każąc skupić się na treści prowadzonych przez nich rozmów. Polaczek i Donimirska doskonale radzą sobie jednak z zadaniem, przyciągając uwagę publiczności emocjonalną, nierzadko naturalistyczną, gestykulacją, wybuchami płaczu, okrzykami oraz nuceniem złośliwych piosenek. Dużą dawkę potrzebnej energii wnosi także do spektaklu Jacek Piotrowski, wcielający się w Gunkla – starego znajomego Jony. Zakradający się w środku nocy do mieszkania Popochów i powołujący na ból głowy oraz widoczne w oknach zapalone światła bohater prosi o pyralginę, a tak naprawdę – o odrobinę ciepła i uwagi. Domaga się szklanki herbaty, przymila i wskakuje do łóżka, przypominając małego szczeniaczka. Odrzucony przez małżeństwo, które w obliczu zagrożenia uosabianą przez Gunkla samotnością, ponownie się jednoczy, odchodzi przeraźliwie wyjąc.

Do słabszych stron spektaklu należy oprawa muzyczna. Akcja sztuki dzieje się w jednym z mieszkań zawieszonych pod dachem wielkiego miasta, jednakże z zewnątrz nie dochodzą żadne odgłosy ulicy, a dramatycznym wyznaniom bohaterów nie towarzyszą prawie żadne muzyczne akcenty.

Na pochwałę zasługuje natomiast pomysłowy zabieg inscenizacyjny, jakim jest rozsadzenie widzów na dużej scenie i czasowe przeniesienie jednego z aktorów na widownię. Nie tylko wywołuje to efekt komiczny, gdy na początku spektaklu Jacek Polaczek beznamiętnie przygląda się publiczności z jednego z krzesełek i nieoczekiwanie zaczyna bić jej brawo, ale także sugeruje, że sześćdziesięcioletni Jona jest we własnym życiu tylko widzem, biernie przyglądającym się kolejnym wypadkom i czekającym na to, co przyniesie los. Ponadto wprowadzona na wielką scenę publiczność „bierze udział" w spektaklu, imitując postaci ze zdjęć dawnych krewnych Popochów i unoszące się w mieszkaniu duchy ich przodków.

Przyglądając się dramatowi Jony, który dzieje się tak blisko nas, uświadamiamy sobie, że wszyscy jesteśmy zarówno widzami, jak i bohaterami gorzkiego spektaklu codzienności, któremu rzadko towarzyszą prawdziwie głośne brawa.

Agnieszka Moroz
Dziennik Teatralny Szczecin
28 marca 2013

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia

Roxana Songs
Krystian Lada
Lada wybrał na miejsce nagrania „Roxa...