Konflikt duszy i ciała zawsze się zemści

rozmowa z Krystyną Meissner

- Różewicz napisał tę sztukę za wcześnie. Tak jak Witkacy w swoim czasie nie znalazł zrozumienia dla swoich tekstów u nas, w Polsce. To smutne, że mamy genialnych odkrywców nowego teatru, wyprzedzających podobne odkrycia w Europie, którym nikt ze współczesnych polskich krytyków nie potrafi sprostać - reżyserka KRYSTYNA MEISSNER o "Białym małżeństwie"

 To Pani - jako reżysera - pierwsze spotkanie z "Białym małżeństwem"?
Zawsze byłam bardzo daleko od "Białego małżeństwa", nigdy nie marzyłam, żeby ten tekst wystawić. Tadeusz Różewicz mnie do tego namówił. Powiedział, że, da pozwolenie na wystawienie "Białego małżeństwa" jeśli ja podejmę się realizacji. Nie wiem, może żartował. Ale ponieważ bardzo zależało mi na wystawieniu tego tekstu w naszym teatrze, zaczęłam się do tego przymierzać, i wtedy zaczęła się moja fascynacja tym tekstem.

A co zafascynowało Panią w "Białym małżeństwie"? Jego charakter komediowy czy to, że porusza problemy seksualne, pewnego rodzaju tabu w naszej obyczajowości?
- Zaczęłam wczytywać się uważnie w "Białe małżeństwo". Prześledziłam historię wystawień tego tekstu w Polsce. Warszawską prapremierę w reż. Tadeusza Minca w Teatrze Małym w styczniu 1975 roku i legendarną inscenizację Kazimierza Brauna w naszym teatrze we wrześniu tego samego roku. Od tego czasu minęło prawie czterdzieści lat. Wiele się zmieniło. Przedstawienie warszawskie zostało odsądzone od czci i wiary i było uznane za czystą pornografię. Przedstawienie wrocławskie było na pewno dużo głębszym odczytaniem wielopiętrowych sensów tej sztuki. Odniosłam jednak wrażenie, że przede wszystkim krytycy nie byli przygotowani na odbiór takiego teatru - jego formy i problematyki.

Dlaczego?

- Różewicz napisał tę sztukę za wcześnie. Tak jak Witkacy w swoim czasie nie znalazł zrozumienia dla swoich tekstów u nas, w Polsce. To smutne, że mamy genialnych odkrywców nowego teatru, wyprzedzających podobne odkrycia w Europie, którym nikt ze współczesnych polskich krytyków nie potrafi sprostać. Oczywiście nie wiem czy moje odczytanie tego tekstu na dziś będzie oddawało to, co chciał przekazać nam autor.
Na pewno jest to z jego strony odważny dyskurs z naszą, szczególną, polską obyczajowością, z naszym stosunkiem do tradycyjnego pojmowania funkcji obu płci, z naszym patriarchalizmem i hipokryzją podsycaną przez nauki kościoła, w myśl których, wszystko co jest związane z ciałem jest grzechem. A jeśli Bóg, stwarzając człowieka dał mu takie ciało, i taką seksualność, to po to, żeby była źródłem radości, a nie cierpienia i poczucia winy, grzechu. Zaczęłam podziwiać Różewicza, jego mądre spojrzenie na naszą zaściankową kulturę, obyczaje, tradycje. Zrozumiałam, że ten tekst jest w dalszym ciągu niezmiernie aktualny, może nawet bardziej dziś niż wtedy, kiedy został napisany.

Na czym polegała trudność odczytania tego tekstu? Czy to chodziło o formę? Czy o odpowiednie odczytanie jego sensów?

- Akcja nie rozwija się linearnie, czyli nie jest opowieścią o "losach młodziutkiej dziewczyny dojrzewającej i wychodzącej za mąż". Każdy obraz jest tu autonomiczny. Nie wiadomo nawet, w jakim wieku jest główna bohaterka. Sprawą zasadniczą staje się pytanie, kim ona jest: osobą obłąkaną czy tylko ofiarą złego wprowadzenia w dorosłe życie? Prof. Józef Kelera, kiedy dowiedział się, że przygotowuję tę sztukę, powiedział mi kilka miesięcy temu: "przecież ona na końcu sztuki wpada w obłęd!". Mnie nie interesuje spektakl o szaleństwie. Rozumiem, że ta wrażliwa dziewczyna staje się ofiarą obyczajowych zakazów i nakazów, trudno jej odnaleźć swoją tożsamość płciową, swoją rolę społeczną, nie zgadza się na tradycyjną rolę matki i żony, jest ofiarą, buntuje się. Ale ofiarą jest nie tylko ona, bo ofiarami są wszyscy bohaterowie tej sztuki. Jej narzeczony Beniamin, Ojciec, Dziadek, Matka i Ciotka.
Często Różewicz daje wskazówkę w didaskaliach: ta scena jest realna, ale nie realistyczna. Często wprowadza atmosferę snu lub sennego widzenia głównej bohaterki, plącze umyślnie konwencje teatralne, parafrazuje dawne teksty, bawi się odniesieniami do znanych tekstów literackich: "Pana Tadeusza" Mickiewicza, "W małym dworku" Witkacego, "Moralności Pani Dulskiej" Zapolskiej, wierszy Micińskiego i wielu, wielu innych autorów Niektóre obrazy rozgrywają się w realu, inne w wyobraźni dziewczyny. Właściwie oglądamy świat jej oczami. Świat często groteskowy, ale czasami przerażający.

Czy to dotyczy problemu seksu?

- Tak i nie. Różewicz napisał sztukę o tym, jak bardzo jesteśmy uwięzieni w obyczajowym gorsecie, polskim, tradycyjnym, zaściankowym. Ten gorset krępuje również nasze postrzeganie seksu, roli mężczyzny i kobiety w życiu rodzinnym, standardów narzucanych przez naukę kościoła. Ale nie tylko. Ta sztuka mówi o zniewoleniu psychicznym przez zaściankową kulturę, o niemocy wyzwolenia się psychicznego ze stereotypów kulturowych narzuconych nam przez tradycyjne wychowanie.

Czy taki bunt jest trudny?
- Bardzo, szczególnie dla młodego człowieka, który dopiero odkrywa świat. Różewicz stanął w obronie ludzkiej godności, na którą składa się świat duszy, intelektu, jakkolwiek się je rozumie, i ciała. Zgadzam się z nim. W religii katolickiej wszystko, co wiąże się z seksem i erotyką, balansuje na krawędzi grzechu. To smutne.

Seks i erotykę spotka się dziś na każdym rogu. Po co o tym mówić na scenie?

- To prawda, że dzisiaj całe nasze "skomercjalizowane" życie jest nasycone erotyką i seksem, bo to dobrze się sprzedaje. Wszystkie te tabloidy i inne pisemka! Racja. Tylko, że to nie pomaga rozwiązać podstawowego pytania, które zadaje sobie każdy myślący, młody człowiek wchodzący w życie: kim ja właściwie jestem, kim chcę być? Tego nie rozwiąże tanie przedstawianie usprawniania życia seksualnego przez dogodne i atrakcyjne pozycje. Taki młody człowiek, który wychodzi z domu rodzinnego szuka akceptacji, nie wstydźmy się tego słowa, szuka miłości, szuka kogoś, kto inaczej niż rodzice, zaakceptują go takim, jaki jest. Teatr może i powinien towarzyszyć skomplikowanemu życiu emocjonalnemu tych młodych ludzi. Oczywiście teatr niestety nie rozwiąże ich problemów, może tylko, ale to już jest dużo, rozumieć ich.

Rodzice, szkoła i kościół powinni mu w tym pomóc?

- Tak. Ale wciąż nasza edukacja jest pod tym względem na bardzo niskim poziomie. Zarówno rodzinna jak szkolna, nie mówiąc o religijnej. Taki młody człowiek wie więcej o konstrukcji samochodu czy życiu pantofelka, planktonu, niż o własnej anatomii, którą wciąż wstydzą mu się wytłumaczyć dorośli, nie wspominając o zawiłościach ludzkiej psychiki. O tym się nie rozmawia.

Dlaczego?

- W programie premiery umieściliśmy bardzo piękne motto, składające się z dwóch sentencji. Platon twierdzi: "Ciało jest więzieniem duszy", a Michael Foucault: "Dusza jest więzieniem ciała". Obie sentencje są prawdziwe. Rozumiem duszę jako świadomość, sposób rozumowania, wiedzy. Jeśli nasza wiedza jest ograniczona obyczajem (tego nie wolno, to jest zakazane), to się mści na ciele. Najgorszy jest konflikt między duszą i ciałem.

Mówi Pani o młodym widzu, ale "Białe małżeństwo" jest nie tylko dla młodych. Każdy może znaleźć w nim coś dla siebie?

- Na pytanie pracowników promocji, "od ilu lat" będą sprzedawane bilety na spektakl, powiedziałam: "od trzech". Nie stawiam barier. Powinniśmy nasze dzieci i młodzież traktować poważnie. Myślę, że każdy będzie odbierał ten spektakl inaczej. Liczę także na mądrą, dorosłą publiczność.

Miejscem akcji pozostanie salonik w stylu Biedermeier?

- Nie, scenografia została uproszczona do minimum. Właściwie nie ma mebli ani rekwizytów. W kostiumach i w koniecznych rekwizytach zachowujemy wskazówki autora, czyli, że rzecz się toczy gdzieś na granicy wieku dziewiętnastego i dwudziestego. Po co taki dystans? Bo on dopiero uświadamia nam jak bardzo jesteśmy tradycyjni, jak bardzo zanurzeni w naszym zaściankowym obyczaju, jak bardzo nie nadążamy za tym co nowe, otwarte, co pomaga łatwiej żyć.

W didaskaliach jest m. in. taki zapis: "Bianka ciągle patrzy w okno. Nieruchoma. Dopiero po chwili odwraca się i z trwogą patrzy na młodzieńca. Ten stoi wyprężony. Bianka widzi między jego nogami sztywny jak z drewna wielki członek". Na scenie pojawią się penisy?
- Tak. I nie tylko. Jest dużo nagości, mam nadzieję, mądrze użytej.

Żeby nią epatować?
- Nie. Całkowita nagość pokazana w teatrze jest zawsze bezbronna. Przystrojona w kwiaty czy choćby w pończochę, jest kiczowata lub pornograficzna. Tego się wystrzegałam. Nie kiczu, którym się bawię, za wskazaniem Różewicza, lecz unikałam czegokolwiek, co mogłoby stworzyć wrażenie pornografii. Najważniejszą jest dla mnie ostatnia scena, scena spełnienia się małżeństwa: dramatyczna noc poślubna.

W Teatrze Współczesnym organizuje Pani spotkania "wokół premiery". "Białe małżeństwo" to świetna okazja do dyskusji o obyczajowości, modelach wychowania, pomocy w wychowaniu. Zaprosi Pani do rozmowy osoby odpowiedzialne za wychowanie młodych?

- Joanna Biernacka, dramaturg spektaklu, zredagowała bardzo ciekawy program, z artykułem Kazimiery Szczuki i zaskakującymi, erotycznymi rysunkami znanych malarzy. Myślę, że rozmowy wokół tego tekstu powinny zgromadzić wiele osób. Zapraszamy tzw. ekspertów w dziedzinie psychologii i seksu.

Tadeusz Różewicz widział spektakl?
- Jeszcze nie. Zwykle pokazujemy mu spektakl już po premierze. Ma to charakter próby, w której uczestniczy tylko on, bez żadnej publiczności. Dla nas, dla teatru, zespołu grającego, to specjalne wydarzenie, coś w rodzaju intymnej uroczystości. On i my. Tak zorganizowaliśmy mu pokaz "Pułapki", tak teraz przygotujemy mu pokaz "Białego małżeństwa". Ale cały czas jest z nami w bliskim kontakcie. Ze mną. Za co mu jestem ogromnie wdzięczna. Jest mądrym i tolerancyjnym opiekunem naszej pracy.

Wie Pani, jestem szczęśliwa, niezależnie od tego jak zostanie przyjęty ten spektakl, że zmierzyłam się z tym tekstem, że dzięki niemu bliżej poznałam wspaniałego człowieka, jakim jest Tadeusz Różewicz.

Małgorzata Matuszewska
Gazeta Wrocławska
11 września 2010

Książka tygodnia

Wszystkie nasze lalki
Muzeum Archeologiczne i Etnograficzne w Łodzi
Honorata Sych

Trailer tygodnia