Konfrontacje teatru z teatrem

21. Konfrontacje Teatralne w Lublinie

Po jubileuszowej edycji i powrocie do korzeni artyści zaproszeni na 21. Międzynarodowe Konfrontacje Teatralne w Lublinie w swoich spektaklach podjęli ważną i trudną dyskusję na temat samego teatru. Trudną, bo z dystansem musieli spojrzeć na relacje wewnątrz instytucji, z którą są mocno związani. Ważną, bo trzeba było wziąć pod uwagę całość stosunków polityczno-społecznych, w które teatr zawsze był i jest uwikłany.

Na 21. Konfrontacjach Teatralnych oprócz artystów, których dobrze już znamy i którzy są już niejako stałymi bywalcami lubelskiego festiwalu, zobaczyliśmy po raz pierwszy teatr Toshiki Okady i „Time Journey Through a Room". Spektakl, który porusza i wzrusza. Choć jest zupełnie inny niż europejskie czy amerykańskie dzieła pełne fajerwerków i hałasu (do których niestety przywykliśmy). Jest rok 2012, trzęsienie ziemi w Japonii, katastrofa w elektrowni w Fukushimie, giną ludzie, rodziny tracą domy. A na scenie jest spokój. Wszystkie te kataklizmy są w niedopowiedzeniach, gdzieś w tle, nie ma wybuchów, krzyków, płaczu. Na scenie, wydaje się, że nie dzieje się nic. I to pierwsza rzecz, która porusza w tym spektaklu. Jest tylko słowo i para ludzi zamknięta w pokoju bez ścian. Honoka (Yo Yoshida) z pogodną twarzą opowiada mężowi, jak wiele zmienił kataklizm w całym kraju i w niej samej. Oprócz poczucia straty, strachu, przyniósł nadzieje, umiejętność dostrzegania i doceniania najmniejszych rzeczy. Widz zupełnie traci rozeznanie w tym, co właściwie jest szczęściem. Zwłaszcza, że za chwilę dowiadujemy się, że Honoce udało się przeżyć katastrofę, ale kilka dni później umarła na astmę. O swoich uczuciach opowiada więc będąc duchem albo projekcją wyobraźni męża, który nie może pogodzić się ze stratą żony. Dodatkowo po scenie krąży ktoś trzeci - Arisa (Mari Ando). Znak przyszłości, narrator, następczyni Honoki, a może element na granicy dwóch światów? Tak naprawdę dla emocji, które niesie ze sobą spektakl, nie jest to istotne.

Od całej trójki bije dojmujący spokój, tak dziwny, że aż rodzący pewne obawy. Do słów dochodzą subtelne, powściągliwe gesty – ruchy stóp, dłoni, nadgarstków - wykonywane z precyzyjną powtarzalnością. A wszystko w otoczeniu przedziwnej scenografii. Na podłodze stoi wiatrak, z przodu sceny kamień obracający się na gramofonowym talerzu, do tego stół, dwa krzesła, dwa kwiaty w wazonie. Wszystko to w połączeniu z oszczędnymi gestami i spokojnie płynącym słowem powoduje, że spektakl staje się zadziwiającym, niemalże hipnotycznym doświadczeniem. Taki teatr się słucha i ogląda. Trzeba obserwować każdy, najmniejszy ruch, bo tu wszystko jest po coś i wszystko ma znaczenie. Mało które przedstawienie potrafi sięgnąć do tego rodzaju wrażliwości.

A jeśli mowa o show i trudnych interpretacjach współczesnej sztuki to w programie znalazł się również wałbrzyski „Schubert. Romantyczna kompozycja na dwunastu wykonawców i kwartet smyczkowy" w reż. Magdy Szpecht. W odróżnieniu od japońskiej opowieści na scenie nie ma prawie słów. Być może dlatego trudno tu o jedną, oczywistą interpretację. W przedstawieniu króluje muzyka wygrywana przez profesjonalny kwartet smyczkowy z dolnośląskiej filharmonii. Muzycy, szczególnie na początku nie pokazują swoich wirtuozerskich popisów, muzyka staje się tutaj czymś organicznym. Z czasem nabiera dramaturgii, potem przechodzi w melancholię, a za chwilę rozmiesza. Mieszanina emocji zadziwia, chwilami budzi podziw, ale potem zbija z tropu. W nutach zanurzają się zlepki ludzi: studenci Uniwersytetu Trzeciego Wieku połączeni w pary z aktorami z Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu. Każdy ma swój fragment, każdy ma swoją emocję, z którą występuje. Oczywiście nikt nic nie mówi, liczy się tylko ruch. A widzowie zadają sobie pytanie o podmiotowość artysty, bo amatorzy są tu na równi z aktorami, tworzą spójną całość, bez której spektakl miałby zupełnie inną formę. Jedynymi słowami, jakie pojawiają się w przedstawieniu, są wyświetlane na ścianie fragmenty z dziennika Schuberta. W każdym zdaniu jest jakieś przeczucie katastrofy, tragizm, cierpienie. Widz zaatakowany jednak wieloma (chwilami zbyt wieloma) bodźcami ze sceny nie jest w stanie tego odczuć. Jedno jest pewne: twórcom nie chodziło tu o zachwycenie się muzyką, chcieli wydobyć z niej coś więcej. O co dokładnie chodziło? Tego do końca nie wiadomo, ale jeśli zgodzimy się z twierdzeniem, że niektóre spektakle powinno odbierać się raczej zmysłami niż rozumem, to w pamięci pozostanie intrygująca forma opakowana w nieraz zaskakujące dźwięki.

Kuratorzy festiwalu 21. edycję Konfrontacji w dużej mierze poświęcili metateatralnej dyskusji, w której nie pominięto tematu relacji aktor-widz. Tego dotyczył m.in. ,,Drugi spektakl", będący gdzieś pomiędzy spektaklem a happeningiem. A zaczyna się od krótkiego instruktażu ,,jak zachowywać się w teatrze". Aktorzy pokazują, jak znaleźć właściwe miejsce na widowni, jak niepostrzeżenie odebrać smsa, jakimi oklaskami nagrodzić aktorów. Aktorzy naśladują publiczność, trochę kpiąc ze snobizmu i nadęcia, jakie towarzyszy wielu scenom w Polsce. Te krótkie i dowcipne scenki nie są jednak tylko krótkim wstępem, a główną częścią przedstawienia i autorefleksją na temat nas samych. Anna Karasińska, reżyser ,,Drugiego spektaklu" stworzyła go, dzięki sztuce obserwacji. I znowu mamy spektakl pełen powściągliwych, ale jednocześnie precyzyjnych gestów. Każdy aktor odgrywa tę samą rolę, ale każdy zachowuje swoją odrębność. A my się śmiejemy. Z czego? Okazuje się, że z samych siebie, bo skąd te wszystkie zachowania i gesty? Siedząc w ciemności na widowni, nie jesteśmy niewidzialni dla artystów. Też gramy, przybierając ustalone normy i pozy. „Drugi spektakl" rozgrywa się każdego wieczoru i w każdym teatrze, tym repertuarowym i tym niezależnym. Aktorzy grają na scenie, a widzowie na widowni.

Gdyby przedstawienie skończyło się po tej części, można by uznać je za zabawną, całkiem dobrze zagraną, lekką historię z ironicznym podtekstem. W drugiej części każdy aktor na chwilę staje się jednak widzem, który chce coś zobaczyć, przestraszyć się, chce się śmiać. Aż w końcu pojawia się widz, który ,,chce coś poczuć". I pojawia się problem, bo aktorzy w żaden sposób nie są w stanie go poruszyć. W końcu padają na podłogę, jęcząc i trzęsąc się, jakby przeżywali ogromne cierpienie. Czyżby współczesny widz, człowiek XXI wieku widział już wszystko i żeby coś poczuć, potrzebuje wybuchów, niesamowitych efektów specjalnych i fajerwerków? Łzy i krew już nie wystarczają? A z drugiej strony do czego jest się w stanie posunąć aktor, żeby zadowolić takiego widza? Pytania te padają bezgłośnie, ale trafiają w punkt, wpisują się w dyskusję o współczesnym teatrze i rzeczywistości, do której już nawet przedrostek ,,post" przestaje pasować.

Podstawową linią programową tegorocznej 21. edycji lubelskich Konfrontacji Teatralnych były spektakle młodych reżyserów, tworzących zarówno w nurcie niezależnym, jak i w ramach teatrów repertuarowych, którzy ,,prześwietlili" instytucję teatru. We wszystkich pojawiła się ważna, choć w ostatnim czasie nieco zepchnięta na drugi plan, kwestia dotycząca podmiotowości artysty. I nie tylko pytano o to kto, za tego artystę może się uważać, ale też jakie środki stosuje aktor, do czego jest się w stanie posunąć, żeby poruszyć widza. Kiedy w teatrze pojawia się temat ,,teatr" od razu przywoływane są dwa podstawowe zagadnienia (powtarzane chyba od czasu kiedy teatr istnieje): jakie teatr ma zadania i jaką rolę spełnia w życiu polityczno-społecznym. Na Konfrontacjach zrobiono krok dalej i zapytano o warunki, w jakich powstaje współczesny teatr i jak dziś komunikuje się z widzem. Teatr nie powinien stawiać kropki, odpowiedź więc tylko zasugerowano. Postawiono przecinek, po którym widz może dołożyć sobie dalszą część zdania i czekać na kolejną edycję festiwalu.

21. edycja Międzynarodowych Konfrontacji Teatralnych w Lublinie:
,,Time Journey Through a Room" - Toshiki Okada / chelfitsch
„Schubert. Romantyczna kompozycja na dwunastu wykonawców i kwartet smyczkowy" - Teatr Dramatyczny im. J. Szaniawskiego w Wałbrzychu - reż. Magda Szpecht
,,Drugi spektakl" - Teatr Polski w Poznaniu - reż. Anna Karasińska

Aleksandra Pucułek
Dziennik Teatralny Lublin
14 listopada 2016

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...