Kontakt: "Sprawa Dantona", czyli nieoczywista rewolucja

"Sprawa Dantona" - Teatr Polski we Wrocławiu

"Sprawa Dantona" Stanisławy Przybyszewskiej w reżyserii Jana Klaty była głównym wydarzeniem szóstego dnia Kontaktu. Spektakl jest wyjątkowym głosem w dyskusji o rewolucji.

Dramat Przybyszewskiej publiczność zna przede wszystkim z filmowej adaptacji Andrzeja Wajdy. Reżyser stworzył studium polityki. Bohaterowie "Dantona" z 1982 r. są ideowcami, wielkimi postaciami kreującymi społeczną rzeczywistość kosztem własnego poświęcenia i krwi niewinnych. Klata odczytuje "Sprawę Dantona" inaczej - nie niweluje bohaterów tylko do kontekstu politycznego. Rewolucjoniści nie są w przedstawieniu świadomymi graczami przewidującymi swoje ruchy i dążącymi do wiadomego celu. To raczej bezsilne postaci - sytuacja w jakiej się znaleźli determinuje ich decyzje. To bardziej poddani rewolucji, niż jej przywódcy.

Klaty nie interesuje również historyczny aspekt przemian. Scenografię tworzą kartonowe przepierzenia oraz zbite z drewna i dykty domki podobne do prowizorycznych działkowych budyneczków. Podłoga wysypana jest trocinami. Widz obserwuje miejsce, w którym społeczne i polityczne przewroty mogły dokonać się już parokrotnie. Wrażenie rewolucyjnego zmęczenia dopełniają postaci. Ubrane są wprawdzie w stroje z epoki, ale noszą je w sposób niechlujny. Rękawy szustokorów są za długie, a koszule wystają z opadających poniżej bioder bryczesów. Nie ma w spektaklu poważnych sal komitetów, nie ma mitycznych mężów stanu. Jednym słowem - farsa.

W pierwszej scenie rachityczny przywódca jakobinów Maksymilian de Robespierre (Marcin Czarnik) próbuje ułożyć się w wannie w takiej samej pozycji jak Jean Paul Marat na obrazie Jacquesa-Loiusa Davida - polityk został zamordowany w czasie kąpieli. Francuzi obdarzyli go kultem, a ciało przenieśli do Panteonu. Robespierre marzy o tym samym - chce stać się legendą. Jego pragnienie zderzone jest z rzeczywistością. Bohater nie potrafi poradzić sobie z jednoczesną żądzą posłuchu wśród mas i terrorem, który staje się najpewniejszą drogą do objęcia władzy. Polityk jest zagubiony. Kiedy zausznicy pytają się kto jest jego wrogiem jakobin odpowiada: "No ten... No... Ten na D." Czerwieni się, gdy Desmoulins (Bartosz Porczyk) mówi mu, że ma ładne oczy i czule się uśmiecha w czasie antydantonowskiej przemowy w Konwencie trzymając jednocześnie w ręku piłę mechaniczną.

A Danton (Wiesław Cichy)? To aktor i nihilista. Jego stronnictwo to zgraja wystrojonych i wyperfumowanych przebierańców. Ich polityka to sztuczne gesty opakowane w wielkie słowa o wartościach, kraju i wolności. Prawda jest jednak inna: "Ilu jest ludzi? Jakieś dwie, trzy osoby na tysiąc. Reszta to motłoch. Jednego dnia liżą ci buty, a drugiego rozszarpują na strzępy" - mówi Danton. Dwie grupy są zbieraninami krzykaczy. W spektaklu walka nie idzie o przyszłość Francji, ani o idee. "Sprawa Dantona" skomponowana jest raczej jako gra RPG. Zachowanie postaci i ich ruchy umieszczone są w fikcyjnej sytuacji. Wydaje się, że bohaterowie naprędce wymyślają swoje teksty i przerysowane gesty. To nie ludzie panują nad rewolucją, ale ona nad nimi.

Czym jest rewolucja dzisiaj? Historię Przybyszewskiej Klata hartuje we współczesnej rozrywce i masowej perspektywie, z której - czy chcemy tego czy nie - patrzymy na rzeczywistość. Śmierć, groźba dyktatury i uliczny ferment milionów obywateli są tylko niewyraźnym tłem opowieści. Dla rewolucjonistów ważniejsza jest zabawa i odprężenie. Gilotyna tnie głowy dantonistów przy piosenkach T.Rex ("Children od the Revolution"), Blue Lagoon ("Do You Really Want To Hurt Me"), czy Tracy Chapman ("Talkin\' bout a Revolution"). Rewolucję zastępuje przewrót w rytmie pop.

Przedostatnia scena toczy się przy akompaniamencie utworu The Beatles "Revolution 9". Pozostali tylko "zwycięzcy" - stronnictwo Robespierre\'a. Bohaterowie miotają się po scenie, lider jakobinów ze sztucznym uśmiechem stoi na trybunie, by po chwili uciec i schować się za wanną. Z rewolucjonistami igra Marianna (Kinga Preis), przypominająca Wolność z obrazu Delacroix i naszego stańczyka. Mimo, że symbolizuje wielkie idee też jest zdeformowana współczesnością. Na koniec asystuje w rozmowie gadającym głowom Robespierre\'a i Saint-Justa (Wojciech Ziemiański). Popija drinka z ich krwi i puentuje spektakl słowem "rewolucja" obleczonym w pijacką czkawkę. Scena jest pusta i gotowa na następny przewrót.

Marceli Sulecki
Gazeta Wyborcza Toruń
1 czerwca 2009

Książka tygodnia

Cztery Dramaty
Wydawnictwo Ossolineum
Cyprian Norwid

Trailer tygodnia