Korzenie współczesności

"Nie-boska komedia. Wszystko powiem Bogu" - reż. Monika Strzępka - Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie

Olbrzymie korzenie drzew zawieszone są nad Sceną Kameralną, na której Demirski i Strzępka wystawili spektakl „nie-boska komedia. WSZYSTKO POWIEM BOGU!". Scenograficzna sugestia Michała Korchowca jest wymowna – obserwujemy podstawy społecznych traum oraz lęków. Podstawy są o tyle mroczne, że zostajemy sprowadzeni do piekła, inferna ze skrawków współczesności.

 

Ponad rok zajęło przygotowanie wersji 2.0 spektaklu na podstawie (arcy)dramatu Zygmunta Krasińskiego. I chociaż decyzja o odrzuceniu pracy Olivera Frljića nadal zdaje się nieuzasadniona, nowe podsumowanie sezonu Swinarskiego nie wydaje się w jakimkolwiek stopniu substytutem, kontynuacją czy publicystycznym przepracowaniem tematu. Demirski i Strzępka stworzyli dzieło zaskakujące po ostatnich spektaklach dojrzałością, głębią oraz – mimo wszystko – powagą. W „nie-boskiej komedii" groza jest nie tylko anonsowana, jak miało to miejsce w niedokończonej ostatecznie „Klątwie", ale staje się autentycznym doświadczeniem – widownia łączy się w odczuwaniu nieprzyjemnego dreszczu.

Teoretycznie nie pojawia się nic nowego – polifoniczna forma, intertekstualne nawiązania, przeskakiwanie między wydarzeniami, czasami i postaciami. Bohaterowie jednak, niczym Jakub S., stają się hipostazami, widmami-fobiami, ulokowanymi w głębi sceny za półprzezroczystym ekranem. Na obecność duchów wskazują już imiona bohaterów w tekście Demirskiego: Lęki Hrabiego Henryka, Melancholia, Lęki Poranne Codzienne czy Cepelia Winy. Warto wspomnieć o tym od razu – „nie-boska" w Starym Teatrze tekst Krasińskiego traktuje jako luźną inspirację, umieszczając właściwie tylko jeden długi fragment z pierwowzoru: rozmowę Hrabiego Henryka z Pankracym. Reszta to popis możliwości Demirskiego – mniej już ironicznego (choć monolog Rotschilda/Szymona Czackiego jest perełką gorzkiego, acz błyskotliwego humoru) i publicystycznego, ale może starszego? Bardziej katastroficznego i przerażonego opisywaną katastrofą. Tego tonu zabrakło na przykład w „Gyubalu Wahazarze" Pawła Świątka, najnowszej premierze w Starym.

Do tego tonu i – po „Bitwie warszawskiej 1920" – wyjątkowo wspaniale dostosował się zespół teatru. Przy popisach Chrząstowskiego, Radwan-Gancarczyk, Majnicza czy Ojrzyńskiej blado wypada nawet Radomir Rospondek, nie po raz pierwszy współpracujący z duetem. Intensywne, soczyste wręcz wystąpienia mogłyby być wystarczającym powodem do zobaczenia spektaklu. Choreografia z siekierami Strzępki i orkiestralizacja wrzasków są świadomie histeryczne – a przez to staja się subwersywne. Jak o kobiecej histerii pisała Natasza Korczarowska: „Ciało histeryczne to ciało transgresyjne – przekraczające w aurze opętania, szaleństwa i przemocy społeczną normę. To także ciało zagrażające bezpiecznie zdystansowanej pozycji (...)". To przekraczanie normy staje się deklaracją, formą oporu przeciwko niesprawiedliwości i cierpieniom pojawiających się w dziejach na zasadzie repryzy czy pętli symbolizowanej przez karuzelę (niczym z „Campo di Fiori" Miłosza), a utkanym u zarania nowoczesności, w epoce romantyzmu. Z podobnego założenia wychodzili „Towiańczycy" Rubina i Janiczak, którzy jednak stworzyli spektakl zbyt gładki. Strzępka i Demirski gryzą widzów po sumieniu i świadomości.

Nie oznacza to jednak, że sami się wybielają, wytykając grzechy także osobom, których interesy opinia publiczna przyczepia duetowi razem z łatką „lewackiego" teatru – nie bronią rewolucjonistów, a nawet Leonarda/Przechrztę ukazują jako zaślepionego ideą awansu społecznego. Lewicujący ton można dostrzec właśnie w przesunięciu akcentu na ekonomiczne zależności, które generują antysemityzm, klasowe podziały i krwawe, bezideowe rewolucje, a upadlają osoby zachłyśnięte wizją epoki porewolucyjnej – zwłaszcza właśnie Leonarda i jego córkę, pracującą w ksero, a w drugiej inkarnacji – w restauracji doktorantkę kulturoznawstwa. Żarty z „wykształciuchów" są o tyle zasadne, że w spektaklu krytyce poddane są zdobycze cywilizacji próbującej językiem wydostać się z magmy impulsów, fobii i uprzedzeń. Dlatego Papa Wincenty przywdziewa diabelskie rogi, Żyd zamienia się w Wilka z Wall Street, Orcio bywa złośliwy, a jeszcze bardziej jego matka, skręcająca się ze śmiechu na widok kolizji syna, w pierwowzorze ukazywanego jako cudowne dziecko, potrafiące sięgnąć pod powierzchnię, a nie tylko odegrać w teatrzyku lalkowym „kuchenne dramaty" podsłyszane w domu dziadków.

„nie-boska komedia" pokazuje jak ze strachu przed utratą pozycji demonizuje się Innego, który może po prostu zaśpiewać „I'm a creep". Nad tym wszystkim wybrzmiewają kościelno-apokaliptyczne dźwięki i Sarah Kane, co pokazuje podwójną strategię: z jednej strony spektakl opowiada się za indywidualnym cierpieniem, ginącym w dziejowej zawierusze, z drugiej – wzywa nas niejako do wzięcia odpowiedzialności za wszelkie cierpienia ludzkości. Strzępka i Demirski nie przedstawili historycznych mechanizmów, a jeśli można mówić o historiozofii w tym przypadku, to tylko o takiej w postaci skołtunionych przeczuć, nie do końca świadomej, irracjonalnej – bo napędzanej uprzedzeniami i przede wszystkim naszym strachem. Można się skarżyć, wzywać imię Pana Boga swego – ale nadaremno. Tak jak rozpisany na dwie Melancholie finałowy monolog pozostawia widza obezwładnionego, tak podobny proces musiał napędzać twórców. Jeśli w materiałach promocyjnych cytuje się Krasińskiego – „Podobnie jako glob nasz się prostuje lub pochyla na osi swojej przez nagłe rewolucje" – tak w „nie-boskiej" rzeczywistość jest permanentnie przekrzywiona. „Prostowanie", Bóg, sens, historiozofia to iluzja potrzebna nam na co dzień do życia. Demirski i Strzępka odsłonili w Starym Teatrze kryjącą się pod nią (uzasadnioną) histerię.

Marta Stańczyk
Dziennik Teatralny Kraków
4 kwietnia 2015

Książka tygodnia

Rzecz w teatrze Jana Klaty
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Michalina Lubaszewska

Trailer tygodnia