Kostki biodrowe jak muszelki

"Walentina. The Last Human Dog" - reż. Natalia Sołtysik - Wrocławski Teatr Współczesny im. Edmunda Wiercińskiego

Tytuł wywoływał skojarzenie z Tierieszkową, pierwszą kosmonautką. Jednak główna bohaterka okazała się inną Walentiną - Timifeijewną Anansiewicz, żoną likwidatora. I nie chodziło bynajmniej o zabójcę (terminatora), lecz o ofiarę. Stało się to jasne dopiero po dłuższej chwili, gdyż mały pokój, w którym rozegrała się akcja spektaklu trochę przypominał swoją ciasnotą, śnieżącymi ekranami i zdeformowanymi dźwiękami w tle kapsułę statku kosmicznego z odległych lat. Biały kombinezon kobiety nie od razu przywiódł na myśl odzież ochronną. Także data 26 kwietnia 1986 roku - widoczna na monitorze - zapewne niewielu ludziom skojarzyła się w sposób natychmiastowy z jakimś ważnym zdarzeniem. A to właśnie ono stało się nieoczywistym, dodajmy, początkiem osobistej tragedii, opowiedzianej ze sceny.

Niedługo minie 30 lat od katastrofy elektrowni atomowej w Czarnobylu. Do likwidacji jej skutków w skażonym rejonie skierowano, jak można było się dowiedzieć z wystawy towarzyszącej spektaklowi, 34 tysiące żołnierzy. Wielu ambitnych młodych mężczyzn, pomimo braku materialnych zachęt, zgłosiło się na ochotnika, nie będąc świadomymi zagrożenia. Bezpośrednio po katastrofie bez odpowiedniej odzieży ochronnej pracowali tam strażacy. Ich śmierć była później okrutniejsza i powolniejsza niż ich kolegów, którzy piętnaście lat później zostali wysłani do gaszenia World Trade Centre. Zapewne jednak nie różniła się aż tak bardzo od śmierci amerykańskich żołnierzy, którzy zostali przez rząd własnego kraju oddelegowani na poligon doświadczalny, gdzie mieli doświadczać następstw wybuchu bomb atomowych. Nie różniła się także od męczarni i powolnego konania tych cywilów z Hiroszimy i Nagasaki, których bomby nie zabiły od razu.

Jednak to nie wielka polityka i niemoralność rządów mocarstw - ani tych autorytarnych, jak ZSRR, ani tych demokratycznych, jak poniekąd USA - była głównym tematem przedstawienia. Jego treść stanowiła osobista relacja z towarzyszenia ukochanemu mężczyźnie w trakcie umierania na chorobę popromienną. "To nie była nawet miłość, ale długie zakochanie", wspominała Walentina, która spędziła wspólnie ze swoim wysokim, przystojnym ukochanym 22 lata. Jako szesnastolatka, jak stwierdziła, "ożeniła go ze sobą sama". Wspominała randkę, na którą się spóźnił, bo musiał dłużej zostać w pracy, urodziny w rodzinnym Mińsku, które wobec braku miejsc w restauracji spędzili na ławce, jedząc ciastka i pijąc szampana. Dziwiła się, ona, bibliotekarka, jaka można namiętnie kochać pracę, bo ona "kochała tylko jego".

Ale wspominała też krew płynącą z szyi, z policzków, z miednicy, wspominała, jak usunęli mu tarczycę i krtań, jak karmiła go strzykawką przez rurkę, jak krzyczał przez cały dzień i kupowała mu wódkę, aby choć na trochę ukoić jego ból. Wspominała, jak nie był w stanie już nawet szeptać i porozumiewał się nią pisząc na kartce, wspominała, jak nie chciała mu dać lusterka, udając, że nie rozumie, nie może znaleźć i dopiero na trzeci dzień przyniosła mu takie najmniejsze, tak jakby w nim jego zdeformowana chorobą twarz mogła go mniej przerazić. Wspominała też dyplom przyniesiony w czerwonej teczce ze zdjęciem Lenina i urnę z prochami męża, w której grzechotało coś jak muszelki. Wspominała, jak przychodził potem we śnie, ale tylko na chwilę i od razu znikał.

Spektakl, choć kameralny i wyciszony, w paru miejscach zaskoczył. Po raz pierwszy, gdy ten "ludzki z pies" z tytułu zareagował na bezduszny komunikat z telefonu, po raz kolejny, gdy głośne i namolnie powtarzane słowa o niemożności udzielenia pomocy jej mężowi spadały niczym grad na bezradną, niemą żonę. Zaklejone usta mogły być symbolem systemowej przemocy. Przypomnijmy, że o tragedii poinformowano z opóźnieniem, a o późniejszych ofiarach mówiono niechętnie. Sama Walentina zdawała się właśnie nadzwyczajnością sytuacji, a może i trochę charakterem tamtego systemu, wyjaśniać to, co się stało z jej mężem: "To były inne czasy, jakby wojenne".

Przedstawienie w zasadzie można by było uznać za monodram, gdyby nie to, że w końcowej scenie pojawił się mąż, a może duch męża. Realizm tej sceny, jej cielesny i seksualny charakter, nie pasował do tego, co działo się wcześniej, rozbił konwencję, zaszokował, wywołał nieprzyjemny zgrzyt. Moim zdaniem nie był potrzebny, podobnie jak nie była potrzebna zdeformowana maska wodza Rewolucji Październikowej. Lepiej, moim zdaniem, było zostawić całości walory uniwersalnego oskarżenia bezdusznych mechanizmów politycznych, zamiast wydobywać i podkreślać konkretny kontekst polityczny, popychając przekaz w kierunku publicystyki.

Jako całość "Walentina" jednak się obroniła. Głównym jej atutem była znakomita gra Ireny Rybickiej, która w nieodparty sposób dzieliła się radością (zwłaszcza radością), smutkiem, przerażeniem wywoływanym przez żywe wspomnienia. Jak powiedziała o aktorce Ela: "wybitna: żywa, różnorodna, w każdej sytuacji prawdziwa". Scenografia i projekcje, między innymi telewizyjny hipnotyzer Kaszpirowski, doskonale zbudowały klimat dawnych lat. Siła tekstu Swietłany Aliksiejewicz została dobitnie wydobyta.

Wyszliśmy z Elą z teatru oboje głęboko poruszeni. Nie tylko opowiedzianą historią. Przeczytaliśmy dokładnie opisy pod miniaturowymi eksponatami wystawy poświęconej likwidacji skutków awarii Czernobyla. Cała ta sprawa dostarcza powracających emocji. Będziemy długo pamiętać to przedstawienie.

Jarosław Klebaniuk
Teatr dla Was online
9 kwietnia 2016

Książka tygodnia

Tamara Łempicka. Sztuka i skandal
Wydawnictwo Marginesy
Laura Claridge

Trailer tygodnia