Koszmar dobrej zmiany

"Klątwa" - reż. Oliver Frljić - Teatr Powszechny w Warszawie

Ta sztuka obraża krzyż, papieża, symbole narodowe, księży, Kaczyńskiego i pro-life. Reakcja na ten spektakl pokaże, jaki jest stan wolności artystycznej w Polsce 2017 roku.

O Klątwie wystawionej przez Olivera Frljića w Teatrze Powszechnym w Warszawie z pewnością będzie głośno. Być może głośniej, niż o jakimkolwiek spektaklu tego sezonu. Klątwa jest jak granat wrzucony we współczesną polską rzeczywistość. Spektakl wygląda, jakby miał sprowadzić pod teatr rozgniewane uczestniczki smoleńskich miesięcznic i kiboli w bluzach „śmierć wrogom ojczyzny". Warto go więc zobaczyć, póki jeszcze można.

Spektakl wychodzi od Klątwy Wyspiańskiego, ale interesuje go tak naprawdę co innego: diagnoza warunków możliwości wolnej debaty w sztuce we współczesnej Polsce. Spektakl jest jak „rozpoznanie bojem", prowokacja mająca na celu spolaryzowanie podziałów i ujawnienie represyjnych mechanizmów naszej sfery publicznej. Reakcja na ten spektakl, to czy widzowie będą mieli możliwość swobodnie się z nim zapoznać, pokaże, jaki jest stan wolności artystycznej w Polsce 2017 roku.

Koszmar dziennikarzy niepokornych

Przedstawienie wygląda jak wcielony koszmar prawicowych krytyków. Wszystko to, o co mieli oni pretensje do nowego polskiego teatru, jest tu zebrane w skondensowanej formie, podkręcone do maksimum scenicznej wytrzymałości. Czego tu nie mamy?

– Postdramatyczność? Jest, tekst jest tylko bardzo odległym pretekstem, spektakl to w zasadzie seria monologów i performansów.
– Instrumentalne wykorzystywanie literackiej klasyki? A jakże.
– Wulgaryzmy, nagość, seks, momenty? Proszę bardzo, do woli.
– Bieżąca publicystyka? Pełno jej.
– Autoreferencyjność, aktorzy wychodzący z roli? Niejednokrotnie.
– Szarganie religijnych i narodowych symboli? W całej pełni i rozciągłości.

Czujemy się czasem tak, jakby reżyser i jego dramaturgiczny zespół zrobili kwerendę z tekstów o „upadku polskiego teatru" z „Do Rzeczy", „wSieci", „Gazety Polskiej", „Naszego Dziennika" i innych podobnych tytułów i powiedzieli: „Wydaje się wam, że teatr obraża wasza uczucia? No to zobaczcie to!".

Już druga, „papieska" scena spektaklu (nie zdradzę, co się w niej dokładnie znajduję, ale zapewniam, że jest moc) ustawia poziom obrazy i obsceny tak wysoko, jakby zaplanowana była po to, by w tym momencie wyszli z sali pierwsi oburzeni widzowie – co na premierze zadziałało średnio, wyszła jedna osoba, ale w innym momencie. Od tego momentu wiemy już, że spektakl operuje w specyficznej konwencji, że zapuścił się poza pewną granicę, rzadko przekraczaną w polskiej sferze publicznej. Na kolejne prowokacje czekamy nie w napięciu, ale jak dziecko oczekujące, jaką kolejną atrakcję przyniesie lunapark. Jak widz, który po pierwszej scenie filmu akcji, gdzie bohater samodzielnie, łamiąc wszelkie prawa fizyki rozwala małą armię, wie, że na tym seansie nie obowiązuje realistyczna konwencja i nie ma co się przejmować prawdopodobieństwem tego, co widzimy na ekranie. Trzeba wygodnie się rozsiąść w fotelu, w oczekiwaniu na kolejne atrakcje.

U Frljića tych atrakcji nie brakuje do samego końca spektaklu. Każda scena jedzie po bandzie, śmieszy, tumani przestrasza. Ciągle się zastanawiamy, czy to wszystko koniec końców nie wywróci się, nie rozpadnie w jakiś nieznośny bełkot. Ale nie rozwala się, udaje się brawurowo dowieźć ten spektakl do końca.

Neuroza inteligenta

Spektakl jest nie tylko prowokacją wobec „drugiej strony", ale także diagnozą naszej – własnych neuroz, słabości, uwarunkowań i zahamowani. Seria obecnych na scenie działań z krzyżem, papieżem, państwowymi symbolami, tematami pedofilii wśród księży, władzy Kaczyńskiego i dostępności przerywania ciąży, odpowiadają na poczucie bezsilności liberalno-lewicowej inteligencji w dzisiejszej Polsce. Liberalna inteligentka, bezsilna wobec sojuszu tronu, ołtarza i grupy rekonstrukcyjnej, panującego w dzisiejszej Polsce, ma jeszcze teatr, w którym może krzyczeć i bluźnić, wyrażać swoją niezgodę, bezczelnie prowokować władzę.

A przy tym nawet w swoim bluźnieniu lewicowo-libealny inteligent sparaliżowany jest neurotyczną samoświadomością, kalkulacją, wiedzą o warunkach, w jakich przemawia, ryzykach prawnych, jakimi w Polsce obciążone jest artystyczne działanie, układach władzy, które ukonkretniają takie bliskie mu wartości, jak „wolność artystycznej ekspresji". Aktorzy ciągle podnoszą ten temat, wychodzą z roli, zastanawiają się nad konsekwencjami swoich działań dla dalszej kariery, miejscem, jakie zajmują w teatralnym systemie oni i reżyser.

Czy podobnie zneurotyzowana przez IV RP nie jest widownia, do której adresowany jest ten spektakl? Publicysta, który chciałby napisać coś ostro o Kościele, ale jednak kalkuje, czy to nie umieści go za bardzo w antyklerykalnej niszy, z którą się na poważnie nie rozmawia? Jego czytelniczka, która prywatnie z chęcią konsumuje memy wulgarnie atakujące Jana Pawła II, ale prywatnie wie, że dla jej pozycji w trzecim sektorze udostępnianie ich w mediach społecznościowych nie byłoby zbyt mądre? Wydawca przerażony tym, co Kaczyńscy zrobią z kulturą, ale swój sprzeciw ograniczający do pójścia raz na jakiś czas na marsz KOD? Jest swoistym paradoksem, że wszystkie neurozy jest nam w stanie wyświetlić dopiero chorwacki reżyser.

Pytanie o przywilej

Ale także druga strona polsko-polskiego sporu powinna zobaczyć ten spektakl. Pokazuje on jej, jak w dzisiejszej Polsce czuje się strona nasza. Chciałbym by ten spektakl zobaczyli moi znajomi, liberalni, otwarci katolicy.

Wiem, że będzie dla nich trudny, przykry, być może nawet obraźliwy. Ale jednocześnie zadaje ważne pytania o uwikłanie ich przekonań w struktury władzy we współczesnej Polsce. O ich własny przywilej. O to, jak w państwie z krzyżem na sejmowej sali czują się niewierzący. Wszystkie te pytania naszym znajomym, otwartym katolikom zadajemy zdecydowanie zbyt rzadko.

Klątwa pozwala skonfrontować się z autentyczną, antyklerykalną emocją, jaka zawsze pojawiała się w Polsce w reakcji na sojusz tronu i ołtarza. Reakcja ta była przy tym zawsze bardzo silnie stygmatyzowana, wykluczana z prawa głosu w kulturze, spychana do pozbawionych widoczności i legitymacji nisz. Spektakl Frljića przywraca tej antyklerykalnej emocji kulturalne obywatelstwo. Ta emocja może wywoływać zrozumiały opór. Sam się już, jak sądzę, dość mocno od niej oddaliłem. Często wydaje mi się, że przydałoby się jej zdecydowanie więcej sublimacji i myślowej pracy.

Tym niemniej to, że dziś może się ta sztuka pojawić w teatrze, jest bardzo cenne.

Bezsiła dekonstrukcji

Kolejne numery w spektaklu Frljića wywoływały salwy śmiechu i braw. Sam śmiałem się głośno i szczerze, z entuzjazmem biłem brawa. A jednak po premierze miałem też poczucie swoistego smutku. Śmiech, jaki wywołuje Klątwa nie jest wyzwalający, raczej bezradny. Nie skruszy murów, który rosną wokół nas.

Nie zrozumcie mnie źle, ten spektakl jest świetnym i koniecznym głosem. Ale niewystarczającym. Wiemy, że nasza strona jest dobra w dekonstrukcji. Ale sama dekonstrukcja nie starcza, potrzeba też jakiś własnych mocnych, pozytywnych narracji. A w tych nasza strona ciągle jest słaba. W tym samym Teatrze Powszechnym niedawno premierę miał Kuroń: Pasja według świętego Jacka.
___
"Klątwa" na motywach dramatu Stanisława Wyspiańskiego w reżyserii Olivera Frljića miała premierę 18 lutego w Teatrze Powszechnym w Warszawie.

Opis:
W momencie, w którym związek Kościoła i państwa wydaje się nierozerwalny, a władza organów kościelnych próbuje wpłynąć na funkcjonowanie świeckich instytucji oraz na decyzje jednostek, twórcy spektaklu sprawdzają, czy opór wobec tych mechanizmów jest jeszcze możliwy. Na ile katolicka moralność przenika podejmowane przez nas decyzje? Jak wpływa na światopogląd osób, które deklarują niezależność od Kościoła, a jakie konsekwencje posiada dla tych, którzy uważają się za katolików? A przede wszystkim: na ile sztuka współczesna jest zdeterminowana przez religijną cenzurę, autocenzurę i unikanie zarzutu o „obrazę uczuć religijnych"?

Spektakl Klątwa wykorzystuje motywy z dramatu Wyspiańskiego do stworzenia wielowątkowego krajobrazu współczesnej religijności i areligijności. W ramach teatru, rządzącego się własną hierarchią oraz często wykorzystującego mechanizm podporządkowania i upokorzenia, twórcy zastanawiają się, czy wyzbycie się lęku przed władzą, a nawet samej władzy, znajduje się w zakresie ich możliwości.

Oliver Frljić, uznany chorwacki reżyser i dramatopisarz, to przedstawiciel europejskiego teatru krytycznego, który poddaje odważnej dyskusji skomplikowane kwestie społeczno-polityczne. Polskiej publiczności znany jest z pokazów spektakli podczas Festiwali Dialog oraz Kontakt. Teatr Powszechny w 2015 roku w ramach bloku tematycznego Krzyczcie! prezentował jego spektakl Przeklęty niech będzie zdrajca swej ojczyzny.

Jakub Majmurek
Krytyka Polityczna
20 lutego 2017
Portrety
Oliver Frljić

Książka tygodnia

Krew z mojej krwi. Wiosna komisarza Ricciardiego
Oficyna Literacka Noir Sur Blanc
Maurizio de Giovanni

Trailer tygodnia