Kot kaparot

"Capri – wyspa uciekinierów" - reż. Krystian Lupa - Teatr Powszechny w Warszawie

W przeddzień wyborów Krystian Lupa pokazał "Capri - wyspę uciekinierów", sześciogodzinny teatralny fresk o faszyzmie, wojnie, ofierze i czekaniu na lepszy świat.

Grany w warszawskim Teatrze Powszechnym spektakl zaczyna się projekcją fragmentów "Pogardy" Jean-Luca Godarda z 1963 r. Fritz Lang gra w tym filmie samego siebie - reżysera ekranizującego "Odyseję" Homera. Na wychodzącym na morze tarasie Casa Malaparte - willi Curzio Malapartego na włoskiej wyspie Capri - kręci scenę, w której Odyseusz po raz pierwszy widzi ukochaną ojczyznę, Itakę, do której powrót po wojnie trojańskiej zajął mu dekadę. Radośnie wymachuje mieczem, podskakuje z ekscytacji. Ale kiedy kamera podąży za jego wzrokiem, pokaże nam jedynie spokojne morze bez śladu lądu na horyzoncie.

Wcześniej zaś zobaczymy wypadek drogowy, w którym zginął filmowy producent i żona scenarzysty, wskutek czego "Odyseja" nie została ukończona. A jej twórcy - Lang, Godard, Brigitte Bardot czy Michel Piccoli - dołączają do grona postaci, które w willi Malapartego szukają schronienia, azylu czy jakiejś wersji raju. Jest tu m.in. sam Malaparte, autor książek, które są podstawą scenariusza spektaklu: zbioru reportaży z okresu drugiej wojny światowej "Kaputt" i "Skóry", obrazu powojennego, zrujnowanego Neapolu. Jest Axel Munthe, rezydent Capri i autor też ważnej "Księgi z San Michele", są bohaterowie we współczesnych ubraniach i są też aktorki w halkach i szlafrokach, czekające na instrukcje, kogo właściwie grają. Wpadają tu (po jabłko) nadzy Adam i Ewa, aprowizacją zajmuje się Jezus, a cud z chlebem i rybami pojawiającymi się nagle w pustej lodówce wywołuje na widowni wybuch śmiechu.

Atmosfera przypomina z początku tę z "Miasta snów", przedstawienia Lupy sprzed 7 lat, ale zamiast metafizycznych sporów i ogólnego pytania o możliwość utopii czy nowej formy humanizmu, jest konkret-wojna: pierwsza, druga, trzecia, a może permanentna. Razem z bohaterami oglądamy kolejną projekcję, tym razem obraz zrujnowanego, jak po przejściu frontu, miasta. Czy to część programu wyborczego? Obietnice wyborcze? - zastanawiają się. Premiera "Capri" rozpoczęła się w sobotę o 18.00 i skończyła o północy. 7 godzin później otworzono lokale wyborcze.

Reżyser w zapowiedziach przypominał, że robi spektakl współczesny. O "potrzebie ucieczki z rzeczywistości, która niweczy nadzieję, blokuje parcie naszego marzenia. Ucieczki od populacji, która znowu ma nacjonalistyczne sny karmiące poczucie pustki i resentymentu. Ucieczki przed zagrożeniem i gęstą atmosferą, która te mechanizmy wywołuje" - mówił w Onecie. I tamże przypominał: "Faszyzm nie jest czymś jednorazowym i niepowtarzalnym. Faszyzm to stale odradzający się produkt miernych umysłów i zamkniętych w przestrzeniach resentymentów dusz ludzkich. Faszyzm to infantylne dążenie do siły przez stygmatyzację i wykluczenie wroga. (...) To, co dziś myślą i mówią nasi rządzący, to nieświadome (a czasem świadome) cytaty tamtego sposobu myślenia i tamtych argumentów. Jedynie dzisiejszy kontekst, istnienie wewnątrz UE, nie zezwala na radykalniejsze gesty autorytaryzmu, na wyraźniejsze tropy faszystowskiego motywu. Mam nieodparte poczucie, że gdy tylko nasza sytuacja wykolei się z tego kontekstu, ci ludzie nie będą mieli skrupułów".

Na scenie bohaterki próbują grać w brydża, ale ich myśli zajmuje pytanie: Co robić? Czekać, przeczekać, aż pojawi się sens, którego będzie się można chwycić - radzą sobie nawzajem. "Nie przypuszczałam, że ludzie, którzy mną rządzą, mogą być tacy głupi" - dziwi się jedna z nich. Patrzą na widzów, spektakl jest długimi momentami zawieszony między (odgrywaną) prywatnością a grą. Część aktorów wchodzi na scenę z widowni, nagi Adam Juliana Świeżewskiego prawie taranuje pierwszy rząd. Malapartego gra trzech aktorów. Najstarszy z nich, Piotr Skiba, bywa też narratorem komentującym kolejne sceny, przechadzającym się na granicy między proscenium a pierwszym rzędem. Do najważniejszych scen należą te, podczas których bohaterowie siedzą na schodach prowadzących z proscenium na widownię i w milczeniu, jedząc, patrzą nam w oczy. Jakby pytali: Czy jedzenie jest ceną za milczenie? I chodzi nie tylko o słynne 500+.

No i jest Krystian Lupa. Od lat bierze, trochę wzorem Tadeusza Kantora, aktywny udział w swoich spektaklach. Kiedyś jednak wystarczało mu uderzanie w bęben, nadające rytm poszczególnym scenom. Z czasem doszły pomruki i pokrzykiwanie do mikrofonu. W najnowszym spektaklu - przynajmniej na premierze - reżyser prawie nie odrywa się od mikrofonu. Siedząc z tyłu widowni, wciela się w konferansjera, zapowiada postaci, wprowadza tematy, podkreśla ważne kwestie i konteksty ("Malaparte - zła część, Bonaparte - dobra część", ironizuje za samym Malapartem), komentuje poczynania aktorów.

Lupa szuka nadziei cokolwiek desperacko. Sześciogodzinny spektakl jest też pytaniem o wojnę jako ceremonię ofiarną w intencji narodzin nowego świata. Tak postrzegał hekatombę drugiej wojny światowej Malaparte. Europa zbombardowana to Europa uratowana - tłumaczy w przedstawieniu. W jej gruzach legł XIX-wieczny, patriarchalny, maczystowski, narodowo-centryczny świat. Wraz z jego skompromitowanymi elitami, zakłamaną sztuką i kulturą. Opowiada księżniczce Luizie Hohenzollern przypowieść o Zygfrydzie i kocie. Słowo kot ma pochodzić od hebrajskiego kaparot, oznaczającego ofiarę. Zygfryd symbolizuje Niemcy, kot - wszystkie inne narody, składane w ofierze.

Curzio Malaparte (1898-1957), urodzony jako Kurt Erich Suckert, włosko-niemiecki pisarz, dziennikarz i dyplomata (był włoskim attache kulturalnym w Warszawie we wczesnych latach 20. XX w.), miał bujny życiorys, celne oko i pióro oraz wielkie ego. Zaczynał jako fan włoskiego faszyzmu. Zrażony kultem jednostki w wykonaniu Mussoliniego, napisał w 1931 r. pamflet na totalitaryzmy "Zamach stanu". Za karę został zesłany na wyspę Lipari. W czasie drugiej wojny był korespondentem z frontu wschodniego. Niemcy odesłali go po serii krytycznych artykułów piętnujących okrucieństwo ich armii. Następnie współpracował z amerykańskimi wojskami okupującymi Włochy. A na koniec życia został maoistą i swoją willę na Capri zapisał w testamencie... Chińskiej Republice Ludowej.

Pierwsze cztery godziny spektaklu zabiera niespieszne i momentami męczące, wręcz celebracyjne odgrywanie opisanych przez Malapartego spotkań, podczas których autor obnażał i inteligentnie punktował cynizm, megalomanię i głupotę kolejnych władców świata. Tak przynajmniej chce, żebyśmy zapamiętali jego rolę. Brzmi znajomo? Świat kultury czy inteligencja mogą się śmiało w tej postaci przejrzeć.

Królewskie aspiracje Hansa Franka dezawuował Malaparte podczas kolacji na Wawelu, pijąc dobre wino pod portretem Jana III Sobieskiego, a ignorancję i poczucie wyższości Amerykanów podczas kolacji w renesansowym pałacu w Neapolu (genialne kreacje Wojciecha Ziemiańskiego i Haliny Rasiakówny!). Dla równowagi są też sceny z ofiarami wojny - był empatycznym obserwatorem losu kobiet w burdelu w Soroce, a w kawiarni, pijąc herbatę z księżniczką Hohenzollern, nie zapomniał o okaleczonych żołnierzach i cywilach. Ofiary staną się w dłuższej perspektywie zwycięzcami. Wojnę wygrały kurwy i pedały - dosadnie stwierdza Malaparte, a za nim reżyser. Druga wojna otworzyła drogę rewolucji seksualnej i obyczajowej lat 60. i pozwoliła dojść do głosu grupom dotąd wykluczanym. W trzeciej części spektaklu polska prawica i kler mogą zobaczyć swój ziszczony koszmar: jest szalona gejowska orgia, męska nagość pokazywana pod każdym kątem, a nawet gej rodzący. I znów usypiająca sytość.

Czy Lupa zaleca nam spokój, bo kiedyś znów i za olbrzymią cenę przyjdzie czas na realizację wolnościowych utopii? A może w ogóle stracił wiarę w ludzkość? W ostatniej części spektaklu żywy plan przenika się z projekcją wideo, ale po obu stronach jest czekanie. I schron w Casa Malaparte. W finałowym obrazie nadzy bohaterowie pozują nieruchomo w pięknej, otwartej na morze jaskini, kamera stopniowo się oddala - aż przypominają freski z Lascaux. Mogłaby je dostrzec załoga któregoś z przepływających obok jachtów.

Przed premierą Lupa, odpowiadając w "Rzeczpospolitej" na pytanie, co dalej, mówił, że odechciało mu się prorokować: "Jak mówi Malaparte, gdy wielka skala kłamstwa rusza do pracy w mózgach ludzi i wszystko może być przeinaczone - zaczyna panować Corleone i społeczeństwo mafijne. Wtedy zbudowany z trudem system cywilizacyjnych zabezpieczeń musi zacząć działać również w ludzkich duszach, bo ci, którzy przekroczyli moralne granice, nie będą oddawać władzy w demokratyczny sposób".

Po ubiegłorocznej premierze spektaklu Warlikowskiego "Wyjeżdżamy" Lupa żartował, że w swoim nowym dziele zapyta: Dokąd? Warlikowski nowy spektakl planuje na maj przyszłego roku. Ma być adaptacją "Odysei" Homera. Gdzie jego Odys ujrzy ojczyznę i czy - w przeciwieństwie do Godarda i Langa - reżyser pozwoli ją zobaczyć także widzom?

Aneta Kyzioł
Polityka
21 października 2019
Portrety
Krystian Lupa

Książka tygodnia

Życie niedokończone
Wydawnictwo Żywosłowie
Lech Raczak, Jacek Głomb

Trailer tygodnia