Kowalscy szturmują teatr

"Mayday 2" - reż. Krystyna Janda - Och-Teatr w Warszawie

Płodozmian jest bardzo wskazany, to wiadomo już od dawna. Ziemia żyźniej obradza, jak się ją traktuje różnymi gatunkami roślinności. Ja mam podobnie, lubię sobie wpaść do różnych teatrów na różne spektakle.

Moje ekumeniczne podejście do życia gna mnie do Nowego i do Komedii, do Dramatycznego i do Studio, do Żydowskiego (bo jestem nie tylko ekumeniczny, ale i odważny!) i do Narodowego. Wszędzie jestem w stanie pofatygować swoje cztery litery. Tym razem los mnie zagnał do Och-Teatru na "Mayday 2" Raya Cooneya w reżyserii Krystyny Jandy.

Janda ostatnio, w jakimś wywiadzie, powiedziała, że ma gust jak przeciętny Kowalski i takie spektakle gra w swoich teatrach. To by się zgadzało. W sobotni wieczór przed kasą Och-Teatru kłębił się dziki tłum Kowalskich. Ledwo się przebiłem do foyer otoczony przez ludzi wyglądających na królów przeciętności. Żadnego kolorowego ptaszyska, świrusa, żadnej ekstrawagancji, nic. Same beże, garsoneczki i białe koszule. Kowalscy zjechali do Jandy. Ale zjechali! I to się chwali. Doceniam to, że zamiast siedzieć przed telewizorem, wsiedli w swoje służbowe bobofruty i przyjechali do teatru. 450-osobowa widownia Ochu pękała w szwach, nie było ani jednego wolnego miejsca. Przysięgam na Czarną Madonnę.

Fabuły nie ma co szczegółowo opowiadać. "Mayday 2 to kontynuacja "Mayday", historii taksówkarza-bigamisty Johna Smitha (czyli po polsku, cóż za zbieg okoliczności!, Jana Kowalskiego), który dzielnie, przy wsparciu swojego przyjaciela, prowadzi podwójne życie. Oczywiście do czasu. Kres świetnie zaplanowanemu żywotowi mogą położyć dzieci Johna - Gavin i Vicki (każde z innego małżeństwa), które się poznają przez Internet i chcą się umówić na randkę w realu. Młodzi oczywiście nie wiedzą, że mają tego samego (przynajmniej teoretycznie) ojca, a ten robi wszystko, by dzieci się nie spotkały. I zaczyna się akcja

"Mayday 2" Jandy jest bardzo sprawnie wyreżyserowaną farsą. Janda farsy czuje i widać, że lubi je robić. A sztuka Cooneya wymaga sporej ekwilibrystyki, bo fabuła to prawdziwa pajęcza sieć. Całość umieszczona jest w nowoczesnej, bardzo zgrabnej pop-artowskiej scenografii (Arkadiusz Kośmider) i muzycznym disco-sosie spod znaku Boney M., wzmacniającym wartkość akcji. Udane są też kostiumy, o które zadbał Tomasz Ossoliński.

A aktorstwo? Cóż, po raz kolejny oglądam w Ochu spektakl, w którym świetnie sobie radzi męska część obsady, a gorzej jest z kobiecą. Zabawny i bardzo kabaretowy jest Rafał Rutkowski jako John Smith. Sprawny i wiarygodny w swojej lekko i z finezją poprowadzonej roli jest Bartłomiej Firlet grający Gavina, syna Johna. Dowcipnie swoją obecność na scenie zaznacza Jerzy Łapiński (ojciec Stanleya). Ale gwiazdą najjaśniejszą jest bez wątpienia Artur Barciś (Stanley Gardner, przyjaciel Johna) i dopiero, kiedy on się pojawia na scenie, całość nabiera rumieńców. Komediowe pokłady w wątłym Barcisiowym ciałku są po prostu niewyczerpalne. Na szczęście! Stanley niesie spektakl do końca. A panie? Olga Sarzyńska (Vicki Smith, córka Johna) i Monika Fronczek (Barbara, żona Johna) grają jeszcze jak cię mogę, przeciętnie, po Kowalsku. Ale co wyrabia na scenie Maria Seweryn (Mary Smith, także żona Johna), Bóg jeden raczy wiedzieć! Ma nieustannie skwaszoną minę, szczerzy zęby, mruży oczy, dziwacznie chodzi i nie mówi, tylko skrzeczy jak żaba nad Jeziorkiem Kamionkowskim. Jest sztuczna i irytująca. Dlaczego Krystyna Janda kazała własnej córce tak grać? Czy naprawdę uważa, że to jest zabawne?Pojąć tego nie mogę.

Jednak summa summarum trzeba powiedzieć, że "Mayday 2" to porządnie uszyty produkt. Nie pruje się, nie farbuje w praniu, będzie z pewnością noszony długo. Zdaje się, że i Smithowie na scenie, i Kowalscy na widowni byli zadowoleni. Śmiechom i owcajom nie było końca. Ja też trochę chichotałem. Znaczy się - całość udana. A co!

Mike Urbaniak
http://panodkultury.wordpress.com
14 sierpnia 2013

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia