Kozie tabu

"Koza albo kim jest Sylwia?" - Och-Teatr w Warszawie

Tytuł mówi sam za siebie. Sylwia jest kozą. Martin wyznaje, że zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Poukładany świat dookoła niego zaczyna się walić. Rozpadać na kawałki. Na wierzch wypływają wszystkie pozornie "załatwione" niewygodne sprawy, jak na przykład homoseksualizm syna. Spokój zamienia się w krzyk i histerię. Problem zoofilii staje się punktem wyjścia do ukazania na scenie procesu rozpadu rodziny i przyjaźni

Spektakl „Koza, albo kim jest Sylwia” w reżyserii Kasi Adamik i Olgi Chajdys to nieudana próba przeniesienia na scenę psychologicznego dramatu Edwarda Albee. Przedstawienia to od momentu kulminacyjnego – w którym Stevie dowiaduje się o romansie męża – jest w zasadzie słuchowiskiem. Na scenie oprócz krzyku, nerwowych gestów i nieuzasadnionych przejść przez scenę poszczególnych bohaterów, nie dzieję się praktycznie nic. Czasem ktoś potłucze szklankę, nałoży słuchawki na uszy, albo uda, że wymiotuje. Konstrukcja spektaklu opiera się na dialogu między parą małżonków, dla których problem zoofilii staje się czymś, co doprowadza ich związek do całkowitej destrukcji. Poukładane życie rodzinne rozpada się na masę drobnych niedopowiedzianych spraw, których końcowa kulminacja doprowadza do zbrodni. 

Bardzo mocny tekst dramatu traci jednak swój wydźwięk wśród ciągłych krzyków i przekleństw. Miłość do kozy staje się czymś bardzo błahym. Nie wierzymy Martinowi. Owszem, sam tekst jest materią opartą na przenikaniu się śmieszności i powagi, ale w spektaklu żarty wymuszają raczej uśmiech pobłażliwy, bardzo nieszczery. Do pewnego momentu jesteśmy skłonni wierzyć, że to wszystko to jeden wielki żart sceniczny, którego szczęśliwy, komiczny finał reżyserujemy w głowie. Ten oczywiście nie nadchodzi. Nie nadchodzi również tragizm i cała warstwa psychologiczna, na której opiera się dramat. Wątek homoseksualny poprowadzony jest bardzo stereotypowo, a do jego kulminacji dochodzi w momencie, gdy Bill (syn Martina) zapłakany kładzie swoją głowę na kolanach ojca i po chwili zaczynają się namiętnie całować. To wygląda trochę tak, jakby mała i tania kontrowersja goniła następną kontrowersję w tym spektaklu. Tematy tabu, które nie są już tak naprawdę tabu (nawet na poziomie dramaturgicznym), są przełamywane z taką łatwością, że wcale nie bulwersują, nawet nie poruszają. Nie doceniamy faktu ich przełamywania.

Magda A. Jasińska
Dziennik Teatralny Kraków
6 maja 2011

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia

Maskarada – Międzynaro...