Kreseczki

"Łagodna" - reż. Barbara Wysocka - Teatr Polski w Bydgoszczy

"Łagodna" Barbary Wysockiej burzy zaaranżowaną przez Fiodora Dostojewskiego sytuację. W opowiadaniu ekspresyjny monolog wypełnia statyczną przestrzeń, słychać tylko wzburzony głos mówiącego do siebie mężczyzny i jego kroki, kiedy miota się wokół martwego ciała kobiety. Przed kilkoma godzinami jego żona wyskoczyła przez okno, a on próbuje teraz opowiedzieć sobie historię ich wspólnego życia, nie pojmując zrazu, że sam doprowadził do katastrofy

"Chodzi o to, że teraz chcę wszystko odtworzyć, każdy taki drobiazg, każdą kreseczkę. Wciąż usiłuję skupić myśli i - nie mogę, a to właśnie owe kreseczki, kreseczki..." - powie bohater Dostojewskiego. W spektaklu nie liczą się jednak ani minione zdarzenia, ani wspomnienie tamtych emocji i uczuć, reżyserka zajmuje się teraźniejszością - zamętem, jaki ogarnął mężczyznę. Próbuje więc znaleźć formę dla tłoczących się kreseczek i odtworzyć dynamiczny obrazek, w jaki scalają się one w jego głowie, dlatego na scenie musi być zgiełki bałagan, scenografia pokazuje bowiem pejzaż mentalny.

Mężczyzna (Mirosław Guzowski) posługuje się jedną intonacją. Poddał się dziecięcemu zdziwieniu, jakby znane, ale nigdy wcześniej nie wypowiedziane fakty teraz sobie głucho oznajmiał. Lepiej, że aktor mówi mechanicznie, niż gdyby próbował cieniować emocje. Zrównując je, pokazuje bowiem dominujący nad uczuciami stan ducha. Cała skomplikowana psychologia jest w spektaklu sprowadzona do jednego pojęcia - wewnętrznego chaosu, i wyłącznie ono zajmuje twórców, a inscenizacja ma dać mu wyraz.

Na początku scenę zasłania wielki ekran, wyświetlane są na nim nieme scenki, jak w filmowych etiudach pooddzielane krótkimi napisami zacytowanymi ze wstępu autora do Łagodnej i ironicznie skomentowanymi. Dojrzałego mężczyznę i młodą dziewczynę (Dominika Biernat) podglądamy w codziennych sytuacjach. On obserwuje, jak przed lustrem ona robi makijaż, a potem bierze szminkę i dla żartu maluje swoje wargi. W innej odsłonie ona gwałtownie gestykuluje podczas kłótni przy samochodzie, jeszcze później robią sobie grzanki na śniadanie, potem są razem w łóżku. W związku tych dwojga współczesnych nam ludzi to kobieta jest działającym żywiołem, a mężczyzna na to czule patrzy. Inaczej niż u Dostojewskiego, gdzie mąż dąży do tego, aby całkowicie dominować nad żoną, poskromić jej "ambitny" charakter i uczynić potulną. Sam pozbawia się możliwości wejścia z nią w prawdziwą relację, z żelazną konsekwencją kontroluje wszystkie swoje słowa i odruchy, zupełnie nieracjonalnie wierząc, że ta potworna manipulacja doprowadzi ich do małżeńskiej idylli. Doprowadza do samobójstwa. W opowiadaniu - w spektaklu zaś motywy samobójstwa są niezrozumiałe.

Kiedy po kilku minutach kurtyna, na której wyświetlany był film, idzie w górę, dziewczyna nie znika. Nadal widzimy ją na wysoko zawieszonym ekranie i w małym telewizorze, gdzie mężczyzna ogląda ten sam obraz, zatrzymując go w wybranych momentach pilotem. Jednocześnie na scenie działa aktorka, która energicznie mówi, zmienia stroje, szybko się porusza, tak, że wręcz trudno uwierzyć w śmierć kogoś, kogo wszędzie pełno. Jej obecność pokazuje, jak żona bez reszty wypełnia pamięć męża, ale powoduje też, że widz nie może przejąć się losem kobiety. Ona patrzy, uśmiecha się, zapamiętujemy to, ale nie poznajemy jej uczuć, a przez to jej dramat zostaje bardzo zmarginalizowany.

W podobny sposób: filmem, stop-klatką czy fotografią, Wysocka posługiwała się wcześniej, na przykład w Zagładzie domu Usherów w Operze Narodowej w Warszawie. Reżyserka przypomniała efekt, jaki robiły takie powiększone na cały ekran twarze w dawnym, czarno-białym kinie, i wykorzystała w teatrze to, że milcząc, mówią one w jednym zamrożonym błysku. Słuchając opowieści o, schowanej gdzieś w głębi domu Usherów, Madeline i o Łagodnej, uwięzionej w pamięci swojego męża, uważnie wpatrujemy się w miny nieobecnych kobiet, próbując coś z nich wyczytać. To jednak także mogą być czyjeś projekcje.

Wysocka zastanowiła się, jak w granicznej sytuacji, w której znalazł się bohater, funkcjonuje jego pamięć i utkała swoją narrację z sekwencji pokazujących te mechanizmy. Harmonijne, wysmakowane, czarno-białe kadry niemego filmu skontrastowane są z tym, co odbywa się na zagraconej scenie, gdzie jest kolorowo, głośno i panuje rozgardiasz. Tak, jakby na ekranie widać było, już wygładzone wspomnienie wokół zaś wewnętrzną rzeczywistość, której nie można uporządkować, bo jest ona jeszcze poza kontrolą, dzieje się właśnie, staje. Chcąc ją pokazać, reżyserka musiała w precyzyjny sposób skonstruować chaos - i zrobiła to.

Rozstawione nieporządnie meble stoją na obrotowym podeście: przewrócone krzesła, spakowane pudła, przykryty prześcieradłem fotel, zawinięty w przezroczystą folię solidny drewniany stół - jakby przed planowaną przeprowadzką, choć jeden okrągły stolik, na którym pozostawiono dwa kubki, przypomina, że tragedia wydarzyła się chwilę temu. Pomiędzy domowymi sprzętami, jak wyspa, stoją skupione obok siebie reflektory, zawieszone na stojakach, które, gdy scena się kręci, błyskają widzom światłem w oczy. Wśród rekwizytów leniwie łażą albo leżą cztery inne osoby. Obserwują tamtych dwoje, zbliżają się do nich, czasem odzywają przez mikrofon, wygłaszając fragmenty monologu Dostojewskiego albo komentarze do niego. Spektakl uciekając od sytuacji psychologicznych, zbliża się do wykładu filozoficznego, w którym kojarzone są ze sobą kawałki myśli i tekstów. Na takiej zasadzie funkcjonują tu cytaty z Alberta Camusa na temat samobójstwa, użyte trochę szkolnie, jakby jedną lekturę zderzano z drugą. Może jednak właśnie projekt ten przeznaczony jest dla młodzieży, której dużo było nawet na premierze?

"Dopóki ona tu jest, wszystko jeszcze dobrze" - taką klamrą Dostojewski spina swój utwór. "Tu" dla Barbary Wysockiej to także - w pamięci. Jak pokazuje ona tę pamięć na scenie? Niektóre sytuacje inscenizowane są dokładnie, wysłuchujemy nawet dialogów. Ilustrowane są czasem ogólniejsze uwagi, jak choćby ta, że na początku dziewczyna ciągle mówiła. Aktorka, siedząc na kanapie, stopniowo ścisza głos tak, że po chwili tylko brzęczy on w uchu, nie można już rozróżnić słów, ale ruch warg i żywe gesty świadczą o tym, że słowotok nie ustał (szkoda, że głos Biernat zanika też wtedy, kiedy nie powinien i z ostatnich rzędów nie słychać, co aktorka mówi, gdy nie korzysta z mikrofonu). Również ten chwyt przypomina poetykę etiud filmowych. Pamięć umożliwia powracanie do wybranych chwil, którymi można się rozkoszować lub dręczyć. Przełomowym momentem jest ten, kiedy mąż porzuca swoją dotychczasową taktykę i okazuje żonie, jak ją kocha. Ta scena powtarza się kilka razy. On domyśla się, że to zmiana w jego zachowaniu pchnęła ją do samobójstwa, uparcie odtwarza więc to zdarzenie.

Człowiek, którego obserwujemy w spektaklu, chce na nowo przeżywać przeszłość, nie pozwala jej zniknąć. Ale obrazy, które tworzy jego pamięć, to nie są już byle jak sporządzane notatki i kreseczki wypływające z autentycznej rozpaczy, tylko kulturo-wougruntowaneklisze,ilustrujące, a może wręcz reżyserujące stany i emocje. Projekcja jest czarno-biała i brak w niej dźwięku, ponieważ nie pokazuje ona życia, z którego uciekła Łagodna, jest raczej sentymentalnym filmem o tym życiu. Widzimy ruch warg - nie słyszymy głosu, skupiamy się na tym, co ważne, a rozmywają się nam dalsze plany. Można sobie następnie taki idealny film nie-o-nas przewijać w głowie.

Wysocka zauważa, że estetyzujemy nasze wspomnienia, nawet gdy przywołujemy je tylko dla siebie, że nawet w najbardziej dramatycznej sytuacji nasiąkają one konwencjami, których pełno w kiczowatej popkulturze. Na koniec spektaklu przecież znów opada kurtyna i pojawia się na niej złoty brzeg morza, nad którym zachodzi słońce, jak w finale romantycznego filmu. Tylko że przecież nic ma happy endu, ona leży martwa, on siedzi na krzesełku sam. To może wzruszać - samotny, zrozpaczony, udręczony mężczyzna patrzy na rozbryzgujące się fale morza w Boulogne, gdzie planował zabrać żonę. Być może jednak kiczowaty obrazek powinien nas rozzłościć.

Katarzyna Tokarska-Stangret
Teatr
26 stycznia 2011

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...