Król bez korony

"Edward II" - reż. Anna Augustynowicz - Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie

„Gram w kiepskiej sztuce życiem zwanej" – śpiewał Jacek Kaczmarski. Zbyt łagodny to epitet, niezbyt przystający do oceny żywota króla Edwarda II. Marność nad marnościami i wszystko marność, ku marności zmierzająca. Bolesny upadek z piedestału wprost do kanału. Bywa. Każdy kto igra z ogniem, musi liczyć się z poparzeniami, chyba że jest szaleńcem. No właśnie... kim był Edward II? Wariatem zaślepionym żądzą władzy i namiętnością do młodego chłopca czy człowiekiem świadomym obranej drogi, zdającym sobie sprawę z nieuniknionej klęski?

Reżyserka – Anna Augustynowicz – wyjaśnia, że podstawową sprzecznością w „Edwardzie II" jest konflikt między prawem społecznym, a potrzebą wolności zakorzenioną w każdym człowieku. Tyle, że król ze względu na swój status, odarty jest z suwerenności – należy przecież do Państwa, do Anglii. Jednakże z drugiej strony nie pozbawia go to przecież statusu człowieczeństwa. Jego rządy to pasmo prowokacji i obserwowania rezultatów swoich poczynań – trwoni majątek, za nic ma radę lordów i lud, na szali kładzie swoją namiętność do Gavestona (Bartosz Bielenia), wypędza Boga z królestwa. Chyba nie ma tu żadnej wątpliwości, co do finału.

Transformacje dokonujące się w jego wnętrzu są wynikiem raz przymusu zewnętrznego, szantażu, a raz buntu wewnętrznego wołającego o wolność. Sam rozpoczął grę, w której stawką jest życie; wyrok się dokonał – szach-mat! Ale jakaś jego część mimo wszystko zatriumfowała.

Christopher Marlowe pisząc dramat o rządach Edwarda II, w roli głównej obsadza historycznego nieudolnego władcę Anglii z XIV wieku. Augustynowicz przenosząc tekst dramaturga na scenę dokonała dwóch zabiegów, w pewien sposób korelujących ze sobą. Po pierwsze spektakl rozgrywa się w duchu konwencji teatru elżbietańskiego, co jest łatwe do zaobserwowania już w konstrukcji scenografii, a także jeśli chodzi o obsadę – wyłącznie męska kadra. Jedyna rola kobieca w owym dramacie, świetnie zbudowana przez Błażeja Peszka, nie pozostawia wątpliwości, że mamy doczynienia z teatrem w teatrze. Jego Izabela jest utkana z parodii i „sztucznych piór". Dziwnie to zabrzmieć może, ale jest bardziej „homoseksualna" niż sam homoseksualista Gaveston.

Wracając jednak do scenografii – została ona potraktowana dość ascetycznie, ale w taki sposób, aby swoją budową podkreślić, że cały spektakl jest grą. Grą, w której uczestniczy również zgromadzona publiczność. Jan Peszek (Edward II), wygłaszając monologi, kieruje je w stronę widzów, upatrując w nich swój lud poddańczy, przed nim też „spowiada" się ze swych myśli, umierając w dole. Reżyserka ustawiła scenę na scenie, a wokół otoczyła ją krzesłami, gdzie zasiadali aktorzy po skończonej kwestii. Oglądają oni siebie nawzajem, nie opuszczają sceny, tak jak nie mogą opuścić gry, w którą wszyscy są zaplątani. Konwencję teatralności podkreślają zjeżdżające na scenę ramy obrazu, dodatkowo akcentujące miejsce rozgrywanych wydarzeń.

Warto zauważyć istotny zabieg przeniesienia konstrukcji teatru elżbietańskiego we współczesne realia. Ówczesna scena była otwarta z trzech stron, jej konstrukcja architektoniczna pozwalała widowni na niemal bezpośredni kontakt z aktorami i rejestrowanie wydarzeń z różnej perspektywy. Podobnie rzecz się ma u Augustynowicz – na deskach Teatru Starego rysuje się analogiczna konstrukcja scenograficzna. Rozgrywane dwie niezależne obok siebie sceny (np. spisek lordów i monolog Edwarda na tronie) podkreślają jej symultaniczność.

„Król bez korony" – tak bym chyba zatytułowała ową sztukę. Peszek nosi przez większą część spektaklu insygnium władzy w dłoni, sporadycznie w kluczowych scenach samozwańczo się koronując – świetnie została ukazana przez to symbolika sposobu jego panowania. Niby król, a nie król... „Gdybym tak mógł wybierać" – zwraca się do lorda, kiedy ten każe mu zrzec się tronu.

Zbyt szybko zmieniające się sceny, zastraszające tempo akcji nie pozwala poczuć dramatyzmu w pełnym wymiarze. Żeby zbudować napięcie, nastroszyć emocje, nurzać się w smutku i cierpieniu, prowadzić batalie między id oraz ego potrzeba czasu. Czasu na to, aby słowa wybrzmiały w pełni, każda emocja wynurzyła się z chaosu wnętrza, przeszyła ciało aktora i uderzyła w widza, aby poczuł – jeśli nie podobny ból – to żeby choć na chwilę szarpnęła delikwentem rozłożonym w wygodnym fotelu. Tego właśnie oczekiwałabym od rozgrywanego dramatu, a warunki warstwy tekstowej sprzyjały zbudowaniu dramatyzmu scen i poszczególnych postaci. To tak jakby ktoś urwał w pół zdania, przerwał pieśń zanim zaczęła rozbrzmiewać pełnym głosem. Poczucie niedosytu ciągnęło się przez cały spektakl, brak momentu kulminacyjnego, rozdzierania szat, mocnego akcentu. Tak, brakuje tu pełni, bądź chociażby dopełnienia.

 

Monika Sobieraj-Mikulska
Dziennik Teatralny Kraków
16 czerwca 2014

Książka tygodnia

Wszystkie nasze lalki
Muzeum Archeologiczne i Etnograficzne w Łodzi
Honorata Sych

Trailer tygodnia