Król Roger kontra straż

"Król Roger" - reż. David Pountney - Teatr Wielki - Opera Narodowa w Warszawie

Pierwsza scena "Króla Rogera" w inscenizacji Davida Pountneya zachwyca prostotą. Na białych schodach stoi czarno ubrany chór. Tylko Archiereios i Diakonissa sąjakby zakuci w lśniące ornaty, sztywne, jak złote suknie na świętych obrazach. Chór ustawiony jest na planie krzyża. Prosty teatralny znak, celny skrót, który uświadamia miejsce i kontekst akcji

Przedstawienie w Operze Narodowej to przeniesienie inscenizacji z prowadzonego przez Pountneya festiwalu w Bregencji (jej rejestracja ukazała się na DVD już kilka miesięcy temu). Podobnie jak w przypadku wystawionej u nas w ubiegłym roku "Pasażerki" Weinberga, brytyjski reżyser stara się trzymać możliwie najbliżej tekstu (choć niekoniecznie ducha) libretta. Najmocniejszą stroną spektaklu okazują się jednak rozwiązania scenograficzne (Raimund Bauer), które są akurat najdalsze od wizji Szymanowskiego i Iwaszkiewicza. Scenę wypełniają owe monumentalne schody, na których kładą się światła o rozmaitych barwach. To mocny znak wznoszenia, drogi, siły, potęgi, duchowego rozwoju. Sprawdzają się jako świątynia, pałac i ruiny antycznego teatru. Na nich rozgrywa się niemal cała akcja, spomiędzy ich stopni wyłaniają się personifikacje prześladujących Rogera lęków.

Po schodach tych biegają w górę i w dół Roger (dysponujący mocnym i bogatym w odcienie barytonem Mikołaj Zalasiński), Edrisi (Karol Kozłowski) oraz Roksana. Wewnętrzną walkę tytułowego bohatera i silne emocje zobrazować mają właśnie owe szalone biegi i czołganie się, a także chwytanie się za głowę (Zalasiński i tak jest dużo bardziej powściągliwy, aktorsko zaś ciekawszy od nieznośnego pod tym względem Scotta Hendricksa w wersji DVD). Nie dane nam było zobaczyć w Warszawie gry aktorskiej zazwyczaj subtelnej Olgi Pasiecznik, bowiem artystka tuż przed premierą złamała nogę i całą swoją partię - walcząc z bólem - zaśpiewała z proscenium. Na scenie natomiast w postać Roksany wcieliła się asystentka reżysera, przedstawiając pantomimę. Nie jestem pewien, czy zmiana ta miała jakieś fundamentalne znaczenie dla całości spektaklu...

Pountneyowi prawdziwe postacie są tu niepotrzebne. Według słów reżysera, Roksana jest niejako odbiciem Rogera, kobiecą częścią jego osobowości. Łysy, mocno zbudowany król wygląda tu niczym sycylijski mafioso; jego małżonka jest również łysa, co ma podkreślać nakładanie się ich tożsamości. Oglądając spektakl i nie wiedząc o zamiarze reżysera, nie miałem jednak pojęcia, o co mu chodziło, bowiem niewiele z pomysłu tego wynika. Pomijając banalność tezy o dwoistości naszej natury, Roger wystawiony "po bożemu" i tak uległby czarowi Pasterza: z czystej ciekawości, z pragnienia nowego, z miłości do Roksany... U Pountneya Król bieży w ślady tajemniczego gościa w poszukiwaniu utraconej wewnętrznej jedności. W finale jednak Pasterz składa krwawą ofiarę z zapatrzonej w niego Roksany, a Król wtedy właśnie osiąga oświecenie. Zatem jego żeńska strona sama się unicestwiła, a Roger stał się przez to silniejszy?

Bardzo to androcentryczna i he-teronormatywna interpretacja dzieła - wzmocniona scenicznymi obrazami, które ewidentnie sugerują, że Pasterz prowadzi owieczki na manowce, zwodzi je. Świadczy o tym finał, w którym scena jest odrażająco wymazana krwią, pełna odciętych zwierzęcych łbów i niemal cuchnąca rozkładem; świadczy o tym również zwierzęco--seksualny (nie erotyczny!) taniec świętego Wita, wykonywany przez podniecony tłum. Nawiasem mówiąc, czułem wstyd i zażenowanie oglądając tak naiwną choreografię w TW-ON kilka tygodni po występach zespołu Sashy Waltz i po udanej premierze Święta wiosny w wykonaniu naszych tancerzy.

W Pasterzu wykreowanym przez Pountneya najwyraźniej jest siła magiczna - ale z pewnością siła erotyczna to nie jest, jak choćby w pamiętnej warszawskiej inscenizacji Mariusza Trelińskiego. Kwestię wyglądu śpiewaka wykonującego tę rolę rozwiązał wtedy Treliński znakomicie: uwagę skupiał na sobie wspaniale zbudowany tancerz, a Pasterz był tylko nierzeczywistym, zaświatowym mistrzem ceremonii. Występujący u Pountneya w tej roli Will Hartmann nie dostał takiej szansy: wymazany od stóp do głów złotą farbą (Złoty Cielec?), zarówno w przepasce biodrowej, jak w czerwonej kiecce (podobnej do sukienki Roksany) prezentuje się nieszczególnie. Nic dziwnego, że musi wspierać się magią: Rogerowi, który próbuje z nim walczyć siłą, opadają ręce; żołnierzom też uginają się kolana.

Takie rozwiązania, bajkowe i dość prymitywne, pogrążają ostatecznie postać, z której muzyczną stroną Hartmann radzi sobie zresztą przyzwoicie. Przewodnik dusz, skupiający w sobie synkretycznie cechy Dionizosa-Hermesa-Erosa-Chrystusa-Indry, staje się pełnym nieuzasadnionego samozachwytu rajfurem. W finale składa krwawą ofiarę z Roksany pokazując, do jakich to opłakanych skutków prowadzą pozamałżeńskie fascynacje (lub, wedle słów reżysera, poddanie się przez mężczyznę ciągotom żeń skiej strony jego natury). Niech już Pountneyowi będzie, mnie jednak tro chę szkoda niejasnego, niepokojące go, erotycznie-filozoficznego przeka zu opery Szymanowskiego. Ale teksti ze sceny i tak nie sposób zrozumie (wyświetlanie napisów po polsku nikomu by nie zaszkodziło), chóru śpię wającego w głębi sceny prawie nie słychać na sali, Pasterz nie uwodzi Roksana jest niedobrą żoną, a Edris grzebie w odpadach masarskich. Duże emocji, mało myśli. Szkoda czasu.

Adam Suprynowicz
Ruch Muzyczny
13 sierpnia 2011

Książka tygodnia

Monty Python. Autobiografia według Monty Pythona
Czwarta Strona - Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o.
Monty Python

Trailer tygodnia