Królowa PRL-owskiej sceny

Nina Andrycz

Ukochanej pracy oddała wszystko. Role nazywała swoimi dziećmi. "Wielką damą polskiego teatru" i "królową PRL-owskiej sceny" została wbrew najbliższym. Pytana o największą miłość, nigdy nie wspomniała nazwiska męża — wieloletniego, komunistycznego premiera z czasów PRL Józefa Cyrankiewicza — ani tym bardziej zachwyconego jej urokiem Józefa Stalina, lecz kochanka. Ich uczucie miało smutną historię i tragiczny finał. 11 listopada 1912 r. na świat przyszła Nina Andrycz. Choć data jej urodzin długo stanowiła nie lada zagadkę.

Przez lata Nina Andrycz jako datę swoich urodzin podawała 11 listopada 1915 r. W 2013 r. "Polityka" opublikowała artykuł, w którym przyznała, że urodziła się wcześniej — 11 listopada 1912 r., w Brześciu nad Bugiem. Na pomysł, by zmienić datę, wpadła na początku wojny jej matka. "Przy sympatii AK można było zdobyć papiery, jakie się chciało. Przyniosła nową kenkartę. Domyślała się, że okupacja może potrwać kilka lat i że jak się odejmie te trzy lata, będę lepsza do zamążpójścia" — tłumaczyła.

2/10 "Niepewność zabija talent"
W 1934 r. ukończyła Państwowy Instytut Sztuki Teatralnej pod kierownictwem Aleksandra Zelwerowicza. Przez pierwszy sezon występowała w wileńskim Teatrze na Pohulance; tam stworzyła m.in. Glorię w "Nigdy nie można przewidzieć" i Ofelię w "Hamlecie". Od 1935 r. grała na scenie Teatru Polskiego, czego efektem było ponad 100 ról. Publiczność oglądała ją w postaciach najsławniejszych kobiet świata: jako Marię Stuart, królową Małgorzatę, Świętą Joannę, Kleopatrę czy Panią Dulską. Specjalizowała się we władczyniach, królowych, arystokratkach i damach, dlatego określali ją mianem "królowej PRL-owskiej sceny" i "wielkiej damy polskiego teatru". Powtarzała, że niepewność zabija talent.

3/10 Teatr jak dom
Od końca lat 50., aż do początku lat 70 regularnie pojawiała się w Teatrze Telewizji. W kinie pojawiała się sporadycznie, m.in. w "Warszawskiej premierze" Jana Rybkowskiego, "Kontrakcie" Krzysztofa Zanussiego czy jako ona sama w "Jeszcze nie wieczór" Jacka Bławuta. Ale szczególne miejsce w jej sercu miał zawsze warszawski Teatr Polski: "Zawsze traktowałam ten teatr jak mój dom, szalenie byłam przywiązana do gmachu, do mojej garderoby na pięterku".

4/10 "Pan Bóg nie stworzył mnie do roli sierotki Marysi"
"Wyjątkowemu emploi sprzyjała majestatyczna uroda aktorki. Piękne włosy, nienaganna sylwetka, hipnotyzujące oczy i oczywiście brwi – charakterystyczny znak Andrycz — rosnące wysoko, układające się w idealne łuki. Dobry Pan Bóg nie stworzył mnie do roli sierotki Marysi — zwykła mawiać. Zawsze była świadoma siebie i swoich warunków, urody i głosu, które predestynowały ją do ról wyjątkowych. Pycha, narcyzm, bezgraniczne samouwielbienie? To bardziej skomplikowane" — pisała Emilia Padoł, która uczyniła Andrycz jedną z bohaterek swojej książki "Damy PRL-u".

5/10 Kręta ścieżka do wielkości
Ale droga do aktorstwa Andrycz nie była ani łatwa ani oczywista. Do szkoły teatralnej poszła wbrew swojej matce. "Mówiła: +Po moim trupie+. I w tym trupie wytrwała aż do mojej matury. Ale ja pojechałam do Warszawy na egzamin i zdałam bez żadnych zastrzeżeń. Miałam tylko straszny kresowy zaśpiew" — mówiła w wywiadzie dla "Wysokich Obcasów". Co ciekawe, ostatecznie mama została największą wielbicielką jej talentu.

6/10 Zakazana miłość
Pytana o największą miłość, nigdy nie wspominała nazwiska słynnego męża. W jej gabinecie zawsze stała fotografia kochanka — aktora, reżysera, założyciela Teatru Dramatycznego w Białymstoku, starszego o kilka lat wykładowcy Aleksandra Węgierki. Jak przyznała po latach, miłości jej życia. Poznali się na studiach, gdy Andrycz próbowała pozbierać się po stracie ojca. Związek został skazany na miłosny trójkąt. Węgierko miał żonę, która prosiła Andrycz, by nie zniszczyła jej małżeństwa. Smutna historia miała tragiczny finał. Węgierko zaginął na wojnie. Kiedy wyszło na jaw jego żydowskie pochodzenie, został albo aresztowany i wysłany do obozu koncentracyjnego, albo — w ten przebieg wydarzeń zdawała się wierzyć Andrycz — gestapowcy rozstrzelali go w pobliskim lesie.

7/10 Wszystko byle nie dzieci
Nigdy nie zależało jej na założeniu rodziny. W wywiadach niejednokrotnie podkreślała, że woli role zamiast dzieci. Twierdziła, że jest pozbawiona instynktu macierzyńskiego. Nie zgodziła się urodzić nawet po zapewnieniach swojej matki, że sama wychowa wnuka. To za jej namową poślubiła Józefa Cyrankiewicza. Żartował, że za największego rywala ma teatr. Najdłużej sprawującego swoją funkcję premiera PRL, jedną z czołowych postaci reżimu komunistycznego, wspominała na łamach tomu "Bez początku, bez końca". Choć pisała o nim jako o wspaniałym i kochającym mężu, podkreślała, że nie chciałaby znów trafić do świata polityki: "Wyszłam za mąż za lidera niezależnego PPS-u. A potem zobaczyłam, jak jest ukatowany przez swoich towarzyszy". Gdy zaszła w nieplanowaną ciążę, zdecydowała się na aborcję. Kiedy zrobiła to po raz drugi, mąż się załamał. Rozwiedli się w 1968 r.

8/10 Odmówić Stalinowi
Jej urokowi ulegało wielu mężczyzn, m.in. zbrodniarz wojenny Józef Stalin. Poznała go jako żona Cyrankiewicza podczas wizyty na Kremlu. Ale Andrycz za nic miała jego zaloty. Futro z norek, które jej podarował jako wyraz uznania, od razu trafiło do szafy, stając się pożywką dla moli. Stalin był na tyle zauroczony jej wdziękiem, że tłumaczył jej nieobecność na uroczystym spotkaniu, które porzuciła, a jakże, dla przedstawienia. "Widać, że ta kobieta bardzo kocha swoją pracę" — miał powiedzieć wystraszonym gościom.

9/10 "Wiersze we mnie żyły"
Okrucieństwo wojny i związaną z nią sześcioletnią przerwę, a później odejście z teatru z powodu pogarszającego się stanu zdrowia, pomogło przetrwać jej pisanie. Spod jej ręki wyszła powieść "My rozdwojeni", wiele utworów poetyckich, zebranych w kilku tomikach m.in. "To teatr" i "Róża dla nikogo", a w 2013 r. książka "Patrzę i wspominam". "Pisałam zawsze, od gimnazjum" — relacjonowała na spotkaniu z czytelnikami. Do odkrycia swojej twórczości przed światem namówił ją Jarosław Iwaszkiewicz: "On mnie poklepał po ramieniu i powiedział: Są mądre i piękne. Idź do »Czytelnika«, powołaj się na mnie i niech je wydadzą. Poradził mi też tytuł »Musi być w nim słowo teatr, żeby wyjaśnić, dlaczego w twoim wieku występujesz jako debiutantka ze swoimi wierszami«. I dałam tytuł »To teatr+".

10/10 "Nina Andrycz to symbol"
Zmarła 31 stycznia 2014 r. w Warszawie z powodu niewydolności krążeniowo-oddechowej. Miała 102 lata. W testamencie zapisała, że przekazuje swój spadek na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Zaznaczyła, że pieniądze mają zostać przeznaczone na zakup sprzętu dla warszawskiego Szpitala im. prof. Orłowskiego, w którym leczyła się przed śmiercią. W 2019 r. głośno było o skradzionej, a później szczęśliwie odnalezionej, rzeźbie z jej grobowca. To 30 cm kopia statuetki, którą otrzymała od Związku Artystów Scen Polskich z okazji 75-lecia kariery artystycznej. Na tabliczce pod posążkiem było napisane: "Kolumna dorycka to symbol Grecji. Nina Andrycz to symbol Teatru Polskiego".

(-)
Onet.Kultura
13 listopada 2021
Portrety
Nina Andrycz

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia