Królowa życia

Rozmowa z Aleksandrą Kurzak

Lepszego miejsca na jubileuszowy koncert nie mogłabym sobie wymarzyć! Może się narażę Warszawie, ale mamy, jakkolwiek by patrzeć, 17 monarchów rządzących na Wawelu, a dziewięciu w Warszawie. Jak szłam na próbę, to panowie ochroniarze spytali, jak się czuję w tak niezwykłych okolicznościach przyrody. Odpowiedziałam, że czuję się jak królowa Bona, tylko tym razem jest na odwrót - mąż włoski, a żona Polka. Czułam się tam naprawdę wspaniale i nagrodę dostałam jak najbardziej zasłużenie, bo ten medal jest za propagowanie polskiej kultury, a to przecież robię nieustannie.

Absolutnie spełniona. Osiągnęła apogeum kariery i sukcesów. Najwybitniejsza polska śpiewaczka operowa nagrała z mężem fenomenalną płytę "Puccini In Love". O czym jeszcze może marzyć Aleksandra Kurzak? - z artystką rozmawia Marzena Rogalska w miesięczniku Uroda.

Marzena Rogalska: Gdzie jest teraz twój dom?

Aleksandra Kurzak: - Domów się trochę nazbierało, bo jak się z mężem poznaliśmy, to każde z nas miało już swój dorobek. Ostatnio dużo jesteśmy we Francji, bo tam najwięcej śpiewamy, mamy spektakle w dwóch operach w Paryżu - Bastille i Garnier. Ale dla mnie ten prawdziwy dom to Warszawa, jestem Polką i najlepiej czuję się w Warszawie. Co ciekawe, tu śpiewam najmniej, a szkoda. Generalnie jak gdzieś wynajmujemy mieszkanie, a potem znowu wybieramy się w to samo miejsce, to staramy się wynajmować te same apartamenty, żeby mieć wrażenie, że wracamy do siebie.

Jak wytrzymujesz tę ciągłą włóczęgę, nawet jeśli jest to włóczęga luksusowa?

- Kiedy kilkanaście lat temu zaczynałam moją jazdę po świecie, pamiętam, że wchodziłam do mieszkania z walizami i pierwsza rzecz, którą robiłam, to siadałam i potwornie ryczałam. Bo samotność w tym zawodzie jest po prostu zabijająca. Moment prób jest jeszcze fajny, chodzimy do pracy i mamy czas zorganizowany od rana do wieczora. Natomiast później zaczyna się dramat, kiedy są dni wolne między spektaklami. W naszej profesji nie można śpiewać codziennie, więc przerwy są niezbędne, ale wtedy dopada nas totalna pustka, każdy narzeka, że jest samotny. Nie wychodzimy prawie nigdzie razem, nie spotykamy się, bo każdy się boi, że jak się rozchoruje, to po prostu będzie musiał odmówić udziału w spektaklu, a w naszej branży zarabia się podczas spektakli, a nie podczas prób.

Ale to paranoja!

- Cały okres prób jest niepłatny, mieszkanie wynajmujesz na własny koszt, więc w tych pierwszych tygodniach pracujesz za darmo, a jak się rozchorujesz przed premierą i wypadniesz ze spektaklu, to jesteś na minusie. Nikt ci nie zapłaci za wydatki, które miałaś przez półtora miesiąca, a musisz wiedzieć, że mieszkania wynajmowane na krótki termin są za granicą masakrycznie drogie. Dlatego każdy na siebie tak chucha i dmucha, stąd ten obraz śpiewaka z szalikiem, który się boi o siebie.

A moje wyobrażenie było zgoła inne - jesteś divą, więc wszyscy dwoją się i troją, żeby ułatwiać ci życie!

- Tak rzeczywiście kiedyś było, nawet całkiem niedawno, bo jakieś 30 lat temu świat opery wyglądał inaczej. Przykład, którym się posłużę, to podpisanie kontraktu płytowego. Kiedy podpisywałam kontrakt płytowy z Decca Records, to przysłano mi go kurierem, złożyłam swój podpis i go odesłałam. Natomiast Roberto, mój mąż, jak podpisywał kontrakt z EMI, to rano w Paryżu było uroczyste śniadanie pod wieżą Eiffla, po południu pojechali eurostarem do Londynu na ekskluzywny lunch i zasadzenie drzewka pamiątkowego gdzieś przy pałacu Buckingham. I to jeszcze nie wszystko, bo wieczorem polecieli concorde'em na kolację do Nowego Jorku w Central Parku, a potem odbyła się uroczysta konferencja prasowa. Jest różnica, prawda?

Roberto jest starszy od ciebie o 14 lat, jak takie dwie silne osobowości funkcjonują w stałym związku?

- Powiem teraz coś, co może być uznane za straszny stereotyp: facet musi czuć się w związku ważniejszy i według mnie to jest prawda. Ciężko jest, kiedy kobieta robi większą karierę od mężczyzny. Być może to nie przeszkadza, jeśli wykonują różne zawody, ale jeśli pracują na tym samym podwórku, to facetowi ciężko przełknąć, że żona jest bardziej znana. Poza tym ja, kobieta, muszę mieć mężczyznę, którego szczerze podziwiam, podoba mi się to, że w karierze jest ode mnie wyżej. Potrzebuję tego, ale jednocześnie lubię w domu grać pierwsze skrzypce, ot, taka wewnętrzna sprzeczność.

Ale Roberto cię wspiera w karierze, dodaje skrzydeł?

- Jak najbardziej, ale jest takim Michaelem Jacksonem opery. Królem. Ja też mam piękną światową karierę, niemniej to nie to samo, choćby dlatego, że Roberto zaczął w innych czasach. Tak jak były złote czasy Hollywood, tak były złote czasy opery - on ich doświadczył. Zaczął wtedy, kiedy zdobywało się sławę dlatego, że się znakomicie śpiewa, a dziś można zostać gwiazdą z powodu wykreowanego wizerunku. I zdarza się, że to są gwiazdy zaledwie kilku sezonów, które potem znikają, bo ich popularność nie jest poparta jakością - jest talent, ale nie ma pracy, teraz są ważne Instagram i Facebook.

Uważaj, bo śledzę cię na Instagramie i Facebooku!

- Bardzo to lubię, ale w odpowiednich proporcjach. Ktoś mi niedawno zarzucił, że - cytuję - "wycieram się po telewizjach śniadaniowych", więc oświadczam, że nadal wycierać się będę, bo jestem absolutnie przeciwko temu, żeby stawiać operę na piedestał, ale i traktować jako coś elitarnego, luksusowego i niedostępnego. Totalna bzdura. Opera musi stać się ludziom bliższa, to jest moja misja i dlatego wystąpiłam na Męskim Graniu, kiedy zaprosiła mnie Kasia Nosowska. Wszyscy mówili, że Kurzak zwariowała, a ja pamiętam jak dziś: wychodzę w sukni na scenę, a przede mną irokezy, rockmani. Publiczność dziwnie na mnie patrzy, niektórzy gwiżdżą, kiedy zaczynam śpiewać arie operowe, a potem... Potem zapalają się zapalniczki i zaczyna się bujanie do Pucciniego. I owacje. Owacje od ludzi, którzy najprawdopodobniej pierwszy raz w życiu usłyszeli, co to jest opera. To była dla mnie jedna z największych satysfakcji, jakie miałam w życiu zawodowym.

Być może stracę w twoich oczach, ale i tak powiem, że uwielbiam komedię "Pretty Woman" i scenę, w której Richard Gere zabiera Julię Roberts do opery. I Julia słucha, i oczywiście płacze ze wzruszenia...

- Ależ ja uwielbiam ten film! Poza tym on ją zabiera na "Traviatę", czyli historię kiedyś kurtyzany, która dziś nazwana byłaby prostytutką, więc ona ogląda własną historię w operze, producenci hollywoodzcy bardzo dobrze to rozegrali. Płaczemy w operze, bo dotyka nas muzyka, tekst też jest ważny, ale to muzyka najbardziej nas wzrusza.

Nie bałaś się zajść w ciążę i wypaść z rytmu tak dobrze rozkręconej kariery?

- Oczywiście, że się bałam, ale jak poznałam Roberta, to wszystko wydarzyło się błyskawicznie. Poznaliśmy się w operze pod koniec października, a dwa dni później byliśmy na tej samej imprezie halloweenowej, gdzie poczuliśmy do siebie miętę przez rumianek. Już po dwóch tygodniach Roberto zapytał mnie, czy dam się zaprosić na Boże Narodzenie do Nowego Jorku.

Powiedziałam wprost, że z miłą chęcią, bo akurat mam wolne, ale nie pojadę tam, jeśli będziemy musieli się chować przed ludźmi. Roberto nie miał uporządkowanej sytuacji prawnej, mimo że był w separacji od wielu lat, a jego małżeństwo istniało tylko na papierze. Usłyszałam: "Wiesz, szanuję cię bardzo i nie pozwolę na to, aby ktoś nazwał cię moją kochanką". To mnie ujęło, bo kochanką już byłam. Myślę, że wiele kobiet przez to przeszło, zaryzykuję stwierdzenie, że 80 procent miało w swoim życiu takie doświadczenie i pewnie spora część się do tego nie przyznaje. W każdym razie w naszym zawodzie, gdzie rzeczywiście cały czas się żyje na walizkach i jest się samotnym, łatwo o takie zatracenie się... Na scenie gra się role zakochanych i łatwo o flirt, który kończy się zaraz po wyjeździe. Ujęło mnie więc, że Roberto natychmiast poprosił menedżerkę, żeby go skontaktowała z adwokatem, ponieważ chce złożyć papiery rozwodowe. I tak pojechałam do Nowego Jorku.

Czy tak samo wprost powiedziałaś mu, że chcesz mieć dziecko?

- Oczywiście! Spędzaliśmy wieczór w Londynie przed jego wyjazdem do Nowego Jorku, pomyślałam, że nie mam nic do stracenia. Powiedziałam: "Słuchaj, dla mnie ważną rzeczą jest rodzina, chcę mieć dziecko, mam 35 lat, mój czas się kurczy i jeśli nie jesteś na to gotowy, to nie kontynuujmy tej znajomości, bo mnie nie chce się bawić w randki, jeżdżenie - to mnie nie interesuje". Był w szoku, ale zrozumiał... Dużo później Roberto wyznał mi, że był w szoku, że się nie wstydziłam powiedzieć mu to wprost. Ludzie rzadko grają w otwarte karty.

Zawsze powtarzam, że byłoby więcej dobrych związków, gdyby ludzie na początku omawiali swój stosunek do pieniędzy, religii i dzieci.

- Racja. U nas wprawdzie finansów nie obgadaliśmy, każdy miał swoje pieniądze, więc nie było kłopotu. Poza tym Roberto jest niezwykle hojną osobą, to ja jestem tą, która trzyma rękę na kasie, która stopuje i mówi: nie przesadzaj. Natomiast naszego stosunku do religii możesz się domyślić - Sycylia, Polska, tu i tu jest kult Madonny, więc z tym problemu nie było.

Niedawno na Wawelu miałaś koncert "Najpiękniejsze arie świata" z okazji 20-lecia twojej pracy artystycznej. Podczas koncertu odznaczono cię złotym medalem Zasłużony dla Kultury Gloria Artis. To był jubileusz godny twojego talentu.

- Lepszego miejsca na jubileuszowy koncert nie mogłabym sobie wymarzyć! Może się narażę Warszawie, ale mamy, jakkolwiek by patrzeć, 17 monarchów rządzących na Wawelu, a dziewięciu w Warszawie. Jak szłam na próbę, to panowie ochroniarze spytali, jak się czuję w tak niezwykłych okolicznościach przyrody. Odpowiedziałam, że czuję się jak królowa Bona, tylko tym razem jest na odwrót - mąż włoski, a żona Polka. Czułam się tam naprawdę wspaniale i nagrodę dostałam jak najbardziej zasłużenie, bo ten medal jest za propagowanie polskiej kultury, a to przecież robię nieustannie.

Byłam na tym koncercie i zobaczyłam, że jesteś absolutnie w szczytowej formie, śpiewasz jak złoto i bije od ciebie niesamowita energia!

- I tak się czuję! Czterdziestka to jest taki niesamowity czas, kiedy kobieta czuje się jeszcze młoda, ale ten wiek jest doprawiony taką fajną dojrzałością, wiedzą, doświadczeniem, ma się większą świadomość, o co chodzi w życiu i czego chce się w pracy. Nawet w aspekcie technicznym, bo śpiewanie to nie jest tylko talent, ale również technika, której nabywa się przez doświadczenie, latami. Pytałaś, czy się nie bałam ciąży, więc muszę ci powiedzieć, że ciąża otworzyła mi drugie drzwi do kariery, zmieniła mi się barwa głosu, zresztą jest to naukowo udowodnione, że kobietom zmienia się głos po urodzenia dziecka. Ciąża otworzyła mi drzwi do ról, o których zawsze marzyłam, czyli Butterfly i Tosca. To są dwie opery, na których zawsze totalnie się wzruszam, nie ma możliwości, żebym na "Madame Butrerfly" nie ryczała jak bóbr. Moment, kiedy ona żegna się z dzieckiem, a potem się zabija, to jest scena, która rozwala mi serce... I zastanawiam się już teraz, jak ja to zaśpiewam? Przecież jak zacznę płakać, to nie dokończę... Ale mam wreszcie tę rolę, w przyszłym sezonie zaśpiewam partię Butterfly w Neapolu i w Warszawie, a "Tosca" będzie w Paryżu za trzy lata.

Widziałam cię też w Metropolitan Opera w Nowym Jorku w "Napoju miłosnym" i nawet nie podejrzewałam, że będzie to dla mnie tak wielkie przeżycie. Miałam ciarki, widząc, jak czarujesz publiczność.

- Jest w tym coś niesamowitego, że dziewczyna z Wrocławia śpiewa w takim miejscu. Pamiętam, jak będąc nastolatką, oglądałam w telewizji "Rewelację miesiąca", program, który prowadził Bogusław Kaczyński. Puszczał w nim najpiękniejsze spektakle operowe. I kiedy oglądałam "Rigoletto" z Metropolitan Opera, wykrzyknęłam: "Mamo, jak ja bym kiedyś chciała tam zaśpiewać! Mamo, czyja tam kiedyś pojadę?". A mama milczała i dużo później przyznała mi się, że w głębi serca zastanawiała się, o czym jej dziecko mówi. Jaki Nowy Jork? Jaka Metropolitan Opera? Marzenie ściętej głowy! A było to jeszcze przed 1989 rokiem. I dokładnie 20 lat później, w 2009 roku, staję na scenie Metropolitan Opera w tym samym spektaklu, który wtedy oglądałam z mamą w telewizji. To było właśnie "Rigoletto".

Idąc na spektakl z tobą, widziałam plakaty reklamujące premierę "Don Giovanniego" z Mariuszem Kwietniem w Metropolitan Opera, w "Onieginie" śpiewa też Piotr Beczała. Czy trzymacie się razem?

- Trochę za rzadko się widujemy. Mariusz jest superkolegą i z nim widuję się dość często. Ostatnio był na moich "Pajacach", po spektaklu przyszedł za kulisy i powiedział: "Wiesz, słyszę cię pierwszy raz po ciąży. Ale masz power! Jestem w szoku, jak ci się zmienił głos, taki jestem dumny z tego, że na scenie jest Polka, moja koleżanka! Byłem tak wzruszony, że aż się rozpłakałem, bo to, co zrobiliście razem z Robertem, jest po prostu niesamowite!". Fakt, daliśmy z siebie wszystko, był to fenomenalny spektakl, mieliśmy obłędne recenzje.

Wiesz coś o nowych polskich talentach?

- Jest dwóch chłopaków, którzy są znakomici, a jeśli chodzi o kobiety, to wciąż jestem sama. Dobrze mi z tym, bo królowa jest tylko jedna - że tak zacytuję koleżankę. Pojawili się: nowy baryton Andrzej Filończyk i Krzysztof Bączyk, bas. Mają już podpisane kontrakty i za chwilę będą ich debiuty na wielkich scenach. O jednym z nich wiem, że śpiewał w Londynie, wkrótce powinno być o nich bardzo głośno.

Lubisz występować ze swoim mężem?

- Uwielbiam! Jestem bardzo szczera na scenie, oczywiście trzymam się zasad, które obowiązują w reżyserii, ale lubię żeby spektakl był świeży i zawsze zostawiam odrobinę miejsca na improwizację, na zaskakiwanie partnera na scenie. Roberto też to ma. Podam przykład "Pajaców", opery, która jest historią objazdowej grupy teatralnej. Część tej opowieści to spektakl w spektaklu. Rzeczywistość przenika się ze sceną, ja, Nedda, zdradzam Cania w życiu prywatnym i zdradzam go na scenie, a na końcu opery on mnie zabija. Ten moment jest tak przejmujący, że członkowie chóru, którzy są na scenie i grają publiczność, powiedzieli nam, że od lat nie przytrafiło im się coś tak poruszającego, żeby siedzieli cały czas z zapartym tchem. Powiedzieli nam, że za każdym razem dajemy im takie emocje, że nie muszą niczego udawać. Potrafimy razem z mężem wzbudzać takie emocje nie tylko wśród prawdziwej publiczności, ale i wśród chóru, bo chórzyści są pierwsi, którzy krytykują, ich zdanie jest bardzo ważne. To są osoby, które pracują na tych scenach od wielu lat, czasem kilkudziesięciu, niejedną legendę widziały, a nazwisko Callas nie było im obce.

O tak! Z ich opinią trzeba się liczyć.

- Kiedy śpiewałam partię Traviaty w Turynie, jeden pan z ekipy technicznej powiedział: "Pracowałem tu już, jak występowała Callas, słyszałem, jak ona śpiewa Traviatę. Od tamtego czasu nikt nie potrafił mnie wzruszyć, dopóki nie usłyszałem, jak pani śpiewa w czwartym akcie". Niedawno wzruszyła mnie też wiadomość od innego pana technicznego, który pracował 44 lata w Royal Opera House. Miał swój ostatni spektakl, a mnie nie było w Londynie, ale pamiętał

0 mnie i wysłał mi wiadomość: "Szkoda, że cię tu nie ma, bo należysz do moich najukochańszych artystek tej sceny".

Co z projektem nagrania wspólnej płyty z mężem?

- To się już stało, a płyta jest po prostu obłędna. "Puccini In Love" to najpiękniejsze duety operowe, które do tej pory nie zostały nagrane w takiej formie, premiera była 26 października.

A córka, Maleńka, ma dobry słuch?

- I to jak dobry! W ogóle jest niesamowita. Ostatnio jak byliśmy w Wiedniu, to wybraliśmy się na przejażdżkę dorożką. Wiedeń, wiadomo, miasto na wskroś przesiąknięte muzyką klasyczną, pan nas obwozi i opowiada: a w tym domu Mozart napisał "Czarodziejski flet", a w tym to i to... Wciąż Mozart i Mozart... W końcu córka spytała, kto to jest ten Mozart, więc wyjaśniliśmy, że kompozytor. Kilka dni później Maleńka mówi: "Wiesz, rozmawiałam z Mozartem". "Tak? - pytam. - A gdzie, przecież on nie żyje". "Wiem, że nie żyje - odpowiada moje dziecko - ale ja z nim rozmawiałam". "No i co ci powiedział?" "Powiedział mi, że kiedyś w przyszłości będę śpiewać jego muzykę". "No ale gdzie rozmawiałaś z tym Mozartem?" - dopytuję ją. "Tam na chmurce! Mamo, przecież jak czekałam, żeby wejść do twojego brzucha, to siedziałam na chmurce i sobie z nim rozmawiałam".

A co będzie zjeżdżeniem po świecie, kiedy Maleńka pójdzie do szkoły?

- Katastrofa. Cały czas nie wiemy, co robić. Teraz, gdy spędzamy większość czasu w Paryżu, posłałam ją do przedszkola, więc Maleńka zrobiła już postępy we francuskim. Lubię myśleć, że jeśli będzie szkoła, to jednak w Polsce, ale ostatnio coraz więcej osób będących w takiej samej sytuacji jak my, poleca nam szkołę internetową. Zapewniają nas, że to się świetnie sprawdza. Mam obawy, bo dziecko jednak potrzebuje kontaktu z rówieśnikami.

Może wyjściem jest etat w jednym teatrze?

- Etat to nie jest dobry pomysł dla kogoś, kto zasmakował życia wolnego strzelca. Są jeszcze kontrakty rezydencjalne, kiedy umawiasz się na większą ilość spektakli i obniżasz za to gażę. A może zmniejszymy liczbę występów, a może stanie na tym, że nie będziemy mogli z Robertem już występować razem, co uwielbiamy, no ale trzeba się będzie jakoś podzielić opieką nad dzieckiem -jak tata śpiewa w teatrze, to mama jest w domu i na odwrót.

Jakim językiem posługuje się Maleńka?

- Ze mną mówi przepięknie po polsku, z tatą porozumiewa się po francusku, a my z Robertem rozmawiamy po włosku. Niedawno zorientowaliśmy się, że ona nas rozumie, bo wtrąca się do rozmowy po polsku lub po francusku i mówi na temat. Oczywiście bezbłędnie wyłapuje wszystkie brzydkie włoskie słowa, jak sobie jej mama przeklina. Bo ja, nie wiem czemu, ale klnę po włosku. Czasem lubię sobie przekląć i zauważyłam, że mam większe opory, żeby to robić w ojczystym języku niż we włoskim. Z drugiej strony kiedy człowiek przeklina w obcym języku, to nie do końca zdaje sobie sprawę z wagi słów, których używa, i łatwo można z tym przesadzić.

W tak dobrym momencie swojej kariery czego byś jeszcze chciała?

- Butterfly i Tosca - tego mi życz. A jak to dojdzie do skutku, to naprawdę nie będę już miała o czym marzyć, bo to będzie pełnia szczęścia! Co ja mówię? Przecież jeszcze mam pomysł na superprogram telewizyjny i mam nadzieję, że w końcu uda mi się go zrobić. Oczywiście program będzie opowiadał o operze.

Olu, a jak tak wchodzisz w te wszystkie swoje postaci, to którą z nich najmocniej czujesz w swoim DNA?

- Zdecydowanie Butterfly! Zawsze o niej marzyłam i ona jest we mnie. Pamiętam taką zabawną sytuację z bardzo dawna, kiedy odwiedziłam moją pierwszą teściową na wielkopolskiej wsi. Jak zobaczyły mnie dzieci z sąsiedniego podwórka, to pytały ją: "Prose pani, prose pani, a kim jest ta pani podobna do Japonki?".

Marzena Rogalska
Uroda
27 grudnia 2018

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia

Napój miłosny
Jitka Stokalska
Opera na Zamku w Szczecinie zaprasza ...