Krótka historia Wielkiej Wojny

"Obcy z Mons" - reż. Maciej Masztalski - Teatr Ad Spectatores

Sierpień 1914 roku. Rozkręcają się trybiki I wojny światowej, wojska niemieckie wkraczają na teren Belgii. Francuzi ponoszą klęskę za klęską, kiedy na kontynencie ląduje Brytyjski Korpus Ekspedycyjny. Pod miasteczkiem Mons dochodzi do jego spotkania z siłami germańskiego II Korpusu. Anglikom udaje się osiągnąć krótkotrwałe, taktyczne zwycięstwo. Wkrótce wygrana obrasta legendą: podobno w trakcie bitwy pojawił się św. Jerzy, a niebiańskie zastępy łuczników (potomków zwycięzców spod Crecy) położyły trupem nacierające wojska niemieckie.

Historyczne wydarzenie i jego kulturowa otoczka stały się kanwą spektaklu Macieja Masztalskiego. Nawiązanie w tytule przedstawienia do "obcych" wzięło się z późniejszych interpretacji legendy o zwycięstwie Anglików, według której z nieba zamiast łuczników zlecieli kosmici. Ale Mons jest tutaj tylko pretekstem.

Scenariusz spektaklu pokazuje skrócony przebieg całej wojny, włącznie z wydarzeniami w Sarajewie i rokowaniami w Wersalu. I być może ta narracja nie byłaby szczególnie warta uwagi, gdyby nie jej nowatorska forma. Ad Spectatores sięga bowiem po konwencję kina niemego. W teatrze pojawiały się już nawiązania do tej poetyki. Wystarczy wspomnieć słynną "Ostatnią sztuczkę Georgesa Meliesa" z Divadlo Drak, "Charlie bokserem" Piotra Cieplaka czy chociażby "Kino Palace" Marka Zákostelecký'ego. Co natomiast wyróżnia wrocławski spektakl?

Inscenizacja "Obcego z Mons" zasadza się na prostym, ale konsekwentnie i perfekcyjnie zrealizowanym koncepcie. Aktorzy leżą na podłodze. Nad nimi znajduje się kamera filmująca na bieżąco ich działania. Na ekranie umieszczonym z tyłu sali obserwujemy kolejne sekwencje. Wyświetlany przez Edgara de Poraya obraz jest czarno-biały. Aktorzy przesuwają się po ziemi, próbując zachować pełną naturalność ruchu. Na ekranie pojawiają się tablice z napisami, pełniące w starym kinie funkcję informacyjną i przekaźnika dialogów.

Zaskakuje solidne fizyczne przygotowanie aktorów - między innymi Marcina Chabowskiego, Aleksandry Dytki, Jakuba Giela - którzy poruszają się bardzo pewnie. Masztalski wykorzystuje to do stworzenia swoistego slapsticku poświęconego Wielkiej Wojnie. Wybuch konfliktu ukazuje przez alegoryczną sekwencję w sarajewskiej kawiarni. Gdy już zaczynają się działania wojenne, Niemcy przekraczają granicę. ,,Przesuwają" śpiącego wartownika, przenosząc go niczym przedmiot i przechodząc pod nim Pod Mons z obłoków wyłania się święty Jerzy i pomaga Anglikom wygrać bitwę. Kwintesencją twórczej metody Masztalskiego jest obraz drobnej żołnierki obracającej "w powietrzu" postawnym Niemcem niczym piłką od koszykówki.

W tej komediowej konwencji, sięgającej po paradoksy fizyki rodem z ,"Benny'ego Hilla", jest miejsce na czarny humor tak charakterystyczny dla Ad Spectatores. W sekwencji bożonarodzeniowego pojednania pod Ypres z ziemi wystają ludzkie ,"szczątki": kawałki ciał rozrzucone po ziemi niczyjej. Lektor opisuje rozgrywające się wypadki: wspólne śpiewanie kolęd przez obie strony, spotkanie Boba i Hansa, po czym Po pobojowisku przechodzi korowód pogrzebowy, który literalnie wbija w ziemię sztywnego trupa. Groteskowego obrazu dopełnia postawienie krzyża, na który składają się nogi denata i mała łopatka.

Dopełnieniem tego rodzaju zabiegów jest muzyka, stanowiąca bezpośredni komentarz do wydarzeń na scenie. Gdy trwają rokowania w Wersalu, uczestnicy rozmów próbują zgasić tlący się na mapie Europy ogień w rytm ,,Płonącej stodoły"; kiedy w konflikt wtrącają się w Amerykanie, z głośników leci ironiczne "We no speak americano"; konferującym przywódcom towarzyszy ,"Puttin on the Ritz". Kiedy ogłoszony zostaje koniec wojny, lud całej Europy bawi się w rytm ,"Mueve la colita". Pojawiają się migawki z kolejnych miast. Może tylko zastanawiać pewna nieścisłość: czy na pewno w Berlinie cieszyli się z niekorzystnego dla nich zakończenia konfliktu?

Szalone, zaledwie kilkunastominutowe przedstawienie kończy się w nieoczekiwany sposób. Na szablonach zostają wyświetlane informacje o jedynej masowej rzezi, która pod względem liczby ofiar przewyższyła wojny światowe: kolonizację obu Ameryk, która doprowadziła do eksterminacji niemal całej rdzennej ludności Nowego Świata. Zapewne dlatego spektakl rozpoczyna cytat z Johna Donne'a: ,"Śmierć każdego człowieka umniejsza mnie, albowiem jestem zespolony z ludzkością".

Cała slapstickowość wrocławskiego spektaklu jest w gruncie rzeczy kpiną z zachodniego europocentryzmu, który mitologizuje wyłącznie własną przeszłość. Nakłada na to wzorce popkulturowe - stąd pojawienie się kosmitów. Wielka polityka zostaje ukazana jako bójki pijanych bywalców baru, prostackie kłótnie silniejszych nad pokonanym czy ubijanie interesu na wojnie przez markietankę. Realizacyjna perfekcja "Obcego z Mons" podkreśla jedynie złośliwość twórców w odniesieniu do oficjalnych wersji historii powszechnej. Masztalski upomina nas, że nie jesteśmy sami, ups!, jedyni we wszechświecie. Quod erat demonstrandum.

Szymon Spichalski
e-teatr.pl
14 stycznia 2016

Książka tygodnia

Kantor Nie/Obecność
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Katarzyna Fazan

Trailer tygodnia

Dzień Dziecka w Baju P...
Zbigniew Lisowski
Wycieczka po Teatrze Baj Pomorski w T...