Krwawy kostium Historii

"Ślub" - reż. Zbigniew Lisowski - Teatr Baj Pomorski

Wielu już kluczy użyto do otwierania szkatułki, którą jest Gombrowiczowski ,,Ślub". Ten chyba najsłynniejszy dramat "Witka" był odczytywany przez rozmaite schematy interpretacyjne. Sześciokrotnie wystawiał go Jerzy Jarocki. Między innymi w słynnej inscenizacji krakowskiej z 1991 roku reżyser poruszał problem samostanowienia jednostki i moralnych konsekwencji jej wyborów. Łódzka adaptacja autorstwa Waldemara Zawodzińskiego położyła nacisk na pustkę świata, w którym funkcjonuje Henryk. Mechanizacja reguł rządzących życiem rodzinnym była zaś głównym tematem bydgoskiego przedstawienia Pawła Wodzińskiego.

Pojawiały się zatem interpretacje psychoanalityczne czy egzystencjalistyczne. Na tym tle pewnym zaskoczeniem okazuje się być toruński spektakl Zbigniewa Lisowskiego. Dyrektor Baja konkretyzuje otwartą strukturę sztuki Gombrowicza i odnosi się do określonej rzeczywistości historycznej. Polskie tropy ,,Ślubu" wysuwają się zatem na plan pierwszy. Jak przyznają twórcy, inspiracją była dla nich ,,Prześniona rewolucja" Andrzeja Ledera. I rzeczywiście - doświadczenia wojny i czasów stalinowskich okazują się być najważniejsze w tej interpretacji utworu małoszycanina.

Lisowski nie wprowadza jednak na scenę konkretnych postaci historycznych, nie odnosi się też do określonych pojedynczych faktów. Jego ,,Ślub" jest raczej rodzajem sennego koszmaru, przez który przeszło polskie społeczeństwo międzywojnia, a którego echa powracają we współczesnej świadomości. Dlatego też historia rozgrywa się tutaj przede wszystkim w przestrzeni symbolicznej. Nieprzypadkowo najważniejsza okazuje się plastyczna strona przedstawienia. To głównie za jej pomocą Lisowski wprowadza widownię w przestrzeń polskich mar i lęków.

Scenografia Pavla Hubički przedstawia pracownię artysty - Autora (Jacek Pysiak). Na parkiecie stoją bezgłowe korpusy, abstrakcyjna rzeźba, rama i biurko. Autor rysuje wizerunek Gombrowicza. Obrazek zostaje wyświetlony na siatce rozwieszonej przed sceną. Dość jasne jest zatem utożsamienie postaci Pysiaka z twórcą ,,Kosmosu". Autor pojawia się w spektaklu jako malarz - nieprzypadkowo aktor ubrany jest w skafander poplamiony farbą. Pisarstwo Gombrowicza zyskuje swoje wizualne odbicie w plastycznych rozwiązaniach.

Nieco chaotyczny prolog wprowadza widzów w mętlik myśli kłębiących się w głowie artysty. Tekst złożony z fragmentów ,,Dzienników", ,,Ferdydurke" i ,,Listu do ferdydurkistów" traktuje o twórczości, która staje się pełnym wyrazem ducha; o realności, która jest ,,nierzeczywistością"; o międzyludzkich starciach, które mogą doprowadzić do znalezienia własnej podmiotowości. Autor bierze strug i hebluje swoje ciało. To samo robi z postaciami, które pojawiają się wkrótce na scenie. W trakcie artystycznych poszukiwań twórca wchodzi w swoją podświadomość, która materializuje się w postaci sennych wizji. Postacie ,,Ślubu" są tutaj projekcją osobistych lęków Gombrowicza-autora, ale też Gombrowicza-Polaka.

Osobowość Henryka jest zatem naznaczona piętnem historycznych traum. Postać Krzysztofa Pardy porusza się w świecie, w którym upadają kolejne wartości. Przeszłość powraca zaś w swojej skrzywionej formie. Kiedy Henryk z Władziem zjeżdżają z frontu, wkraczają do znanej im gospody. Znajdują się w niej rodzice protagonisty. Mariusz Wójtowicz i Edyta Łukaszewicz-Lisowska wnoszą groteskowe marionetki. Ukazują one powykrzywiane twarze z asymetrycznie przymocowanymi rękami i nogami, podobne do postaci z portretów Francisa Bacona. Mańka (Marta Parfieniuk-Białowicz) pojawia się jako monstrum z środkowej części tryptyku ,,Ukrzyżowanie" tego samego malarza. Równie demoniczna jest postać Pijaka - twarz Krzysztofa Grzędy wymalowano na wzór makijażu Jokera. Aktor jest ponadto ubrany w klasyczny kowbojski strój, który wyróżnia się krwistoczerwonym kolorem. Pijak gra w spektaklu rolę komunisty, ,,Czerwonego-Szeryfa", który ustanawia nowy porządek społeczny. Grzęda animuje marionetką-dłonią z olbrzymim środkowym palcem. Ten ,,palic" jest wyrazicielem ładu, w którym siłę sprawczą ma już tylko chamska, brutalna siła. Pijakowi towarzyszy kobiecy Demon (Marta Zawadzka) - tajemnicza postać w czarno-czerwonym skafandrze i szarej woalce. Lisowski wprowadza do ,,Ślubu" elementy moralitetu. W boski porządek wkracza Szatan ze swoimi pobratymcami. To jego dziełem są okropności wojny, które obserwujemy na obrazach Beksińskiego wyświetlanych z tyłu sceny.

Dopełnieniem tego pierwszego planu są kukły-korpusy pozbawione głów. Od zewnątrz mają na sobie ,,skórę" - malarskie kompozycje, sięgające po rozmaite symbole, przewijające się przez polską historię. Na piersiach poszczególnych manekinów znajdują się: dworek szlachecki, gwiazda Dawida, wizerunek Chrystusa Kukły były swoistymi strojami, w które ubierali się Polacy na przestrzeni wieków. Stanowiły one o ich tożsamości. Kiedy nadchodzi wojna i kolejne krwawe doświadczenia, Pijak wraz z Demonem wyrywają wspomniane wizerunki z manekinów. W finałowej scenie w tych korpusach znajdują się już wiejące pustką dziury. Historia przemaglowała naród, dawne symbole zatraciły swoją wartość.

Polski porządek symboliczny zdaje się należeć do przeszłości - jest zużytym ubraniem, w które nie chce już ubierać się Henryk. Głośno deklarowany ateizm protagonisty nie jest tu bez znaczenia. Bez sakralizacji narodowych emblematów nasze historyczne kostiumy stają się pozbawionymi wyrazu, zdeformowanymi abakanami. Podobne niebezpieczeństwo grozi zepchnięciem Kościoła do roli wyłącznie ziemskiej instytucji - Pandulf pojawia się jako manekin w biskupich szatach i tiarze, i zostaje brutalnie uciszony. Cóż nam zatem pozostaje? Tylko biologiczne ciało, skazane na powolne gnicie i śmierć. Nieprzypadkowo aktorzy mają na sobie skafandry, pokazujące układ krwionośny. Co przetrwa w świecie pozbawionym trwałych symboli, imponderabiliów? Etyczna pustka i prymitywna cielesność - odpowiada Lisowski.

Toruński ,,Ślub" opowiada zatem o stanie duszy współczesnego Polaka, który zapomina o swoich korzeniach. Człowieka, który stara się ustanowić nowy porządek symboliczny, oparty wyłącznie na indywidualnym ego. Ale Henryk Pardy traci w końcu wiarę w możliwość samostanowienia. Kiedy wypowiada monolog o deklamatorach niezdolnych do odmiany rzeczywistości, sadza dotychczas wycofanego Autora naprzeciwko widowni. Twórcy przedstawienia wskazują zatem, że sztuka musi niejako skapitulować wobec realności. Ale ważne jest samo poszukiwanie. W końcu dążenia Gombrowicza miały na celu odnalezienie nowych form sakralizacji życia. Ale czy jest to możliwe przez przekreślenie przeszłości? Słabość Henryka jest słabością samego Gombrowicza.

Najważniejszy przekaz przedstawienia buduje zatem oprawa plastyczna, bardzo konsekwentnie skomponowana i związana z samym tekstem. Dominują w niej kolory czerwieni, jedyne momenty estetycznego wytchnienia pojawiają się w scenach ,,fajf-o-kloka" i próbach Henryka w zapanowaniu nad materią. W tle widać wtedy dający błękitną poświatę ,,Kwitnący migdałowiec" Van Gogha Tak na marginesie: w czasach starożytnych gałęzie tego drzewa służyły do tworzenia berła dla królów. W spektaklu Lisowskiego zaskakująco komponuje się ten fakt z dążeniami kolejnych samozwańczych monarchów do stanowienia kolejnych porządków wartości. Berło ma ten, kto zapanuje nad świadomością - a zatem nad rzeczywistością.

Spektakl Lisowskiego składa się z wielu nitek. Można je po kolei wysuwać niczym z wielkiego płótna i oglądać każdą z osobna. Wielość zapożyczeń i kontekstów doprowadza jednak chwilami do pewnego chaosu. Przedstawienie uderza wieloma bodźcami naraz (także dźwiękowymi). Można odnieść wrażenie, że twórcy momentami nie panują nad sceniczną materią. Nie do końca też rozumiem relacje między użytymi w widowisku piosenkami (m.in. Kultu, Lao Che) a tekstem Gombrowicza. Songi wydają się być raczej zwykłą audialną oprawą, wyrazem ekspresji maniakalnego Pijaka. Ale co dokładnie mają oznaczać? Nawiązanie do kontrkultury?

Aktorzy Baja są zgranym zespołem, co udowadniają w sekwencjach zbiorowych. Znakomite kreacje stworzyli Wójtowicz, Grzęda i Łukaszewicz-Lisowska. Świetnie wypadają sceny z szybkimi wymianami zdań, ale młodzi aktorzy nie dźwigają dłuższych rozmów (jak w akcie trzecim). Widać też, że Pardzie jako Henrykowi brakuje jeszcze aktorskiego doświadczenia. Chwilami przedstawienie traci tempo, chociaż w skali całego spektaklu są to zaledwie krótkie przestoje. Twórcom z Piernikarskiej udało się stworzyć oryginalne, ciekawe przedstawienie. Klasyczny tekst, cytaty z sztuki współczesnej, elementy lalkarskie i rzeźbiarskie czy dobre aktorstwo złożyły się na traktat pytający o obecność metafizyki w życiu współczesnego Polaka. I na to pytanie udzielający surowej odpowiedzi.

Szymon Spichalski
Teatr dla Was
24 czerwca 2015

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia