Krynolina jak zbroja

"Dokręcanie śruby" - reż. Natalia Babińska - Opera na Zamku w Szczecinie

W szczecińskim finale Miles umarł, tak jak wymyślił to Britten, ale nie wiadomo, czy to śmierć realna czy symboliczna, oznaczająca utratę dziecięcej niewinności, którą ma w sobie każdy człowiek, nim ulegnie ciemnym mocom w nim drzemiącym.

Szczecińskie przedstawienie w sposób nieuchronny dla teatralnej inscenizacji konkretyzuje zło, ale jednocześnie nie dookreśla tego, co się wydarzyło w tajemniczym domu. I na tym polega walor polskiej premiery scenicznej Dokręcania śruby, na którą trzeba było czekać ponad sześćdziesiąt. Tytuł spektaklu jest fatalny i mało atrakcyjny dla przeciętnego widza, ale każde wcześniejsze polskie tłumaczenie także w gruncie rzeczy masakruje sens opery Benjamina Brittena, więc najlepiej pozostać przy oryginale: "The Turn of the Screw".

Britten stworzył dzieło kameralne, niesłychanie precyzyjne. W piętnastu scenach przedzielonych instrumentalnymi interludiami poddał wariacyjnym przetworzeniom dwunastotonowy temat zaprezentowany po raz pierwszy tuż po prologu. Muzyka staje się w ten sposób coraz bardziej obsesyjna, dobrze oddając tytułowy obrót śruby, oznaczający osaczenie bohaterów. Brzmieniowa tkanka Brittena jest subtelna i delikatna, rozpisana na trzynaście instrumentów, ale jeśli dyrygent - tak jak Jerzy Wołosiuk w Operze na Zamku - potrafi odpowiednio wypunktować dwunastotonowy wzór w przebiegu narracji, muzyczna opresyjność robi wrażenie. W Szczecinie każdy instrumentalista przyczynił się do budowania klimatu całości, Jerzy Wołosiuk potrafił zaś z partytury Brittena wydobyć więcej dramatyzmu, niż to się zdarza w innych interpretacjach.

Równie precyzyjna jest reżyseria Natalii Babińskiej. "The Turn of the Screw" należy do najpopularniejszych oper Brittena, a jednak nie jest łatwo tak ją wystawić, by pogodzić pewną staroświeckość opowieści z nowoczesnym teatrem, sceniczną realność z tym, co niedopowiedziane, i by w dziele operowym zbudować nastrój grozy, nie popadając w śmieszność. Babińska nie zrezygnowała z wiktoriańskich strojów i scenerii typowej posiadłości na angielskiej prowincji, bo rozumie, że tylko w takim entourage'u mogła rozegrać się historia opowiedziana przez Brittena i jego librecistkę Myfanwy Piper oraz w noweli Henry'ego Jamesa, którą oboje byli zafascynowani. Reżyserka nie rekonstruowała jednak przeszłości, za to w sposób charakterystyczny dla niej, by przywołać choćby Halkę zrealizowaną trzy lata wcześniej w bydgoskiej Operze Nova, bawiła się kostiumem, prowadząc grę z historią.

W szczecińskim spektaklu wszystkie kobiety Brittena, nawet mała Flora, noszą krynoliny rozpięte na ogromnych klatkach. Ten charakterystyczny szczegół XIX-wiecznego stroju kobiecego ma tu znaczenie symboliczne. Stał się rodzajem ochronnej zbroi. Kiedy Guwernantka kładła się do snu i zdjęła suknię, wtedy właśnie dopadło ją widmo Miss Jessel. Ta zaś odziana jest w rozdartą krynolinę, z odsłoniętymi nogami, a więc nie ma prawa przebywać w realnym świecie. Po przebudzeniu i otrząśnięciu się z koszmarów nocy Guwernantka natychmiast przywdziała kobiecą klatkę, by w niej znów schronić się przed atakami zła.

Cały zaś świat wykreowany przez Natalię Babińską i scenografkę Martynę Kander pogrążony jest w przygnębiających beżo-brązach. Tylko na początku widzimy Guwernantkę na tle białej tiulowej zasłony, gdy z walizką wyrusza w podróż, by zająć się wychowaniem dwójki dzieci. Zasłona jednak uniosi się i od tej chwili akcja toczy się w ponurym domu. Na obrotowej scenie reżyserka dokładnie rozplanowała prowadzenie akcji w poszczególnych jego pomieszczeniach i w ten sposób opera Brittena, oparta na powolnych monologach i dialogach, uległa zdynamizowaniu. Ważną rolę odgrywają wizualizacje Ewy Krasuckiej, dzięki którym ściana domu zmienia się na przykład w ogród, a w miarę rozwoju zdarzeń rzeczywistość ulega coraz większej deformacji.

Wykorzystany został nawet orkiestrowy kanał, który stał się jeziorem. To stąd bowiem wyszła na spotkanie z Florą Miss Jessel. Z tak prostych pomysłów i środków inscenizacyjnych udało się stworzyć bogaty i wciągający spektakl. Jego zaletą jest to, że nic nie zostało dopowiedziane do końca. Widz sam musi ocenić, kim jest Quint nachodzący chłopca w dzień i w nocy, za życia i po śmierci. Oraz co wydarzyło się między Quintem a Miss Jessel i dlaczego ona wciągnęła do tej gry małą Florę? Czy łacińska wyliczanka rzeczowników rodzaju męskiego, którą śpiewa Miles, jest tylko prostą piosenką czy przywołaniem studenckich zabaw o wyraźnie seksualnym podtekście, którym oddawali się młodzi Brytyjczycy? Erotyczny podtekst jest w "Turn ofthe Screw" wyraźnie dostrzegalny, a przecież jedynie zasygnalizowany.

W szczecińskim finale Miles umarł, tak jak wymyślił to Britten, ale nie wiadomo czy to śmierć realna czy symboliczna, oznaczająca utratę dziecięcej niewinności, którą ma w sobie każdy człowiek, nim ulegnie ciemnym mocom w nim drzemiącym. O tym przede wszystkim jest "Turn ofthe Screw" i to pokazała Natalia Babińska z pomocą sześciorga wykonawców.

Wokalny poziom spektaklu jest wysoki. Ewa Olszewska o głosie delikatnym, pełnym szlachetnego brzmienia oraz o jasnych czystych górnych dźwiękach uczyniła z Guwernantki postać kruchą, naiwną, a jednak w decydujących momentach pełną wewnętrznej siły. Bardziej doświadczona scenicznie Liliana Zalesińska stworzyła wyrazistą postać gospodyni domu, Mrs Grose, jej ciemny, a ciepły mezzosopran znakomicie współbrzmiał z sopranem Ewy Olszewskiej. Młoda Bożena Bujnicka znana do tej pory głównie z Mozarta czy Glucka odkryła mroczność w swym głosie, dzięki czemu widmo Miss Jessel nabrało wiarygodności. Kluczową dla opery partię Quinta tenor Pavlo Tolstoy przygotował i zaśpiewał z wielką starannością o każdą frazę, choć może w zbyt tradycyjnie operowym stylu. Głos Quinta - zwłaszcza w początkowych scenach - powinien być bardziej ulotny, nieziemski, zimny. Bardzo dobrze sprawdzili się też dziecięcy wykonawcy ról Milesa i Flory, Mateusz Dąbrowski i Agata Wąsik.

Premierą "Turn of the Screw" powracająca po długim remoncie Opera na Zamku mocno weszła do polskiego życia teatralnego. I ustawiła sobie samej wysoko poprzeczkę, bo po spłaceniu daniny dla miejscowej, szczecińskiej publiczności inscenizacjami Traviaty czy Carmen, której premierę zapowiedziano na przyszły sezon, powinna wrócić do dzieł takich jak "Turn of the Screw" - kameralnych, niestandardowych, wartych poznania. Ze swymi warunkami i możliwościami scenicznymi jest dla nich idealnym miejscem.

Jacek Marczyński
Ruch Muzyczny
4 lipca 2016

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...