Krytycy ganią, publiczność kocha

"Les Misérables" - reż: Wojciech Kępczyński - Teatr Roma

Musical-legenda zawitał na deskach warszawskiego Teatru Roma. Inscenizacja "Les Misérables" jest bardzo dobra, szkoda tylko, że sam musical nudny.

Cameron Mackintosh, legendarny producent kultowych musicali, w tym "Les Misérables", wspominał, jak po londyńskiej premierze przedstawienia (prawie 25 lat temu) pobiegł po gazety, by przeczytać recenzje. W jednej z pierwszych znalazł zdanie - "Niestety, Nędznicy zostali zredukowani do Nudziarzy". Muszę się zgodzić z moim angielskim kolegą.

Oglądając "Les Misérables", miałam podobne uczucie jak pięć lat temu w kinie, kiedy oglądałam "Olivera Twista" w reżyserii Romana Polańskiego. Obie rzeczy przyzwoite, ale po co? Wiem, że kiedy dwa lata temu zaczęły się rozmowy o wystawieniu w Warszawie "Les Misérables", kryzys był już widoczny, ale czy to powód, żeby dołować i zanudzać widownię historią nędzników i niezrozumiałego powstania z 1832 roku? Konflikt między dobrem a złem, między człowieczeństwem a literą prawa, uosabiany przez głównych bohaterów - byłego skazańca Jeana Valjeana i policjanta Javerta ginie wśród smętnych pieśni biedaków i cierpiących kobiet, a zwłaszcza Fantyny i prób rozśmieszenia widowni przez parę komicznych czarnych charakterów - małżeństwo Thenardier. Słynna barykada z II aktu, rzeczywiście, prezentuje się okazale, ale zrozumieć o co i dlaczego walczą na niej paryscy studenci bez wsparcia powieści (albo Wikipedii) nie sposób. A czerwony sztandar dumnie powiewający nad ich głowami nie kojarzy nam się najlepiej.

W sumie jednak artyści na brawa zasłużyli. Nie mieli łatwego zadania - musieli zmierzyć się z legendą i ciągle śpiewać. A kompozytor Claude-Michel Schönberg przygotował dla nich kilka pułapek. Mam wrażenie, że obyło się bez wpadek. Słynne "Wyśniłam sen" w wykonaniu Edyty Krzemień robi przyjemne wrażenie. Kiedy zespół pod wodzą Łukasza Zagrobelnego śpiewa "Słuchaj, kiedy śpiewa lud", energią płynącą ze sceny można by obdzielić kilka teatrów. Dobrze słucha się też konfrontacji Janusza Krucińskiego i Łukasza Dziedzica, czyli Jeana Valjeana i Javerta oraz ich solowych popisów, a Ewa Lachowicz jako Eponine byłaby ozdobą każdej musicalowej sceny. No i Gavroche w wykonaniu Tomasza Chodorowskiego, którego publiczność pokochała miłością wielką i pewnie kilka łez uroniła, gdy zginął pod barykadą. I byłoby pięknie, gdyby nie zgrzyt w postaci Cosette. Mała Cosette śpiewa tak irytująco infantylnie, jak tylko może śpiewać mała dziewczynka. Dorosła Cosette, czyli Paulina Janczak, powinna zaś przenieść się na scenę operetki.

55 mln widzów na całym świecie świadczy jednak o tym, że "Les Misérables" są przedstawieniem całkowicie recenzjoodpornym. Biorąc pod uwagę to, że w Polsce wciąż brakuje musicali, Roma może być pewna kompletów na widowni przez długie miesiące (do 27 października bilety zostały już właściwie wyprzedane).

Maja Staniszewska
Dziennik Metro
29 września 2010

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia