Krzyk tłukący szkło

„Blaszany Bębenek" − reż. Wojciech Kościelniak − Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu

„Blaszany Bębenek" to inscenizacja prezentowana na deskach sceny Teatru Muzycznego Capitol we Wrocławiu zaledwie od października ubiegłego roku. Pierwsza styczniowa odsłona tego teatralnego widowiska nie zawiodła widzów − została nagrodzona owacjami na stojąco. Spektakl jest adaptacją książki Güntera Grassa, pierwszej części napisanej przez niego trylogii, noszącej ten sam tytuł. Jej autor, z pochodzenia Niemiec i Kaszub urodzony w Gdańsku, prezentuje w groteskowej acz bardzo naturalistycznej konwencji losy Oskara Matzeratha, chłopca, który na znak sprzeciwu wobec otaczającej go rzeczywistości przestaje rosnąć.

W sztuce teatralnej jego pragnienie pozostania dzieckiem uosabiają postacie-zabawki. Równocześnie to w ich sylwetkach kryje się mrok kaźni, tłem historii jest bowiem II Wojna Światowa. Sztuka teatralna, podobnie jak jej literacki pierwowzór, igra z emocjami publiczności. Uśmiech pojawiający się na twarzy widzów w różnych momentach spektaklu, szybko niknie wobec grozy ukrytej w absurdalnych zdarzeniach, prowokując tym samym odbiorców do namysłu i refleksji.

Oskar Matzerath urodził się w Gdańsku. Jego matka Agnieszka, z pochodzenia Kaszubka, kocha dwóch mężczyzn, Niemca Alfreda Matzeratha, za którego wychodzi za mąż oraz Polaka Jana Brońskiego. Od początku żyją oni w miłosnym trójkącie, akceptując wzajemne relacje, o czym świadczyć mogą wspólne spotkania spędzane na graniu w Skata. Oskar nie wie, który z mężczyzn jest jego ojcem. Buntuje się wobec otaczającego go świata i postanawia przestać rosnąć. Na trzecie urodziny chłopiec dostaje blaszany bębenek, który szybko staje się przedmiotem bez którego nie może się obyć. Co więcej, Oskar został obdarzony niezwykłym talentem − jego krzyk tłucze znajdujące się wokół niego szklane przedmioty. Wrzask i uderzanie w bębenek wyrażają to, co Oskar ukrywa pod maską obojętności. Jego życie naznaczone jest bowiem dramatami, na które patrzy z dystansu. Jego ojcowie (Jan jest jego ojcem chrzestnym) należą do przeciwnych opcji politycznych, Alfred do NSDAP, Jan wspiera Polaków pracując na Poczcie Polskiej, wkrótce umiera matka chłopca, a przemoc staje się nierozerwalną częścią codzienności...

Już przed rozpoczęciem spektaklu jego nastrój daje się odczuć poprzez kontakt ze scenografią. Ściana przypominająca wyglądem elewację dużej, starej szklarni z szarymi, brudnymi „szybami", oddzielonymi od siebie geometryczną konstrukcją, tworzy rodzaj tła i kurtyny przysłaniającej sceniczną głębię. To rozwiązanie, jak się później okazuje podwójne, przy zmianach oświetlenia, dzięki cieniom, blikom, rzutowanym projekcjom, oraz w wyniku częściowej transparentności wzmaga doznania estetyczne, pomagając lepiej odczuć dramaturgię historii.

Główną zaletą spektaklu jest jednak przede wszystkim gra aktorska, niezwykle poruszająca, zarówno w zestawieniu z choreografią taneczną, jak i sama w sobie. Podziw budzi szczególnie postać Oskara, którą współtworzy aktorka oraz tintamareska. Ten typ lalki zwraca uwagę widzów na niski wzrost głównego bohatera, jak również świetnie oddaje przerażającą dziwaczność tej postaci. Nader silne wrażenia wywołane grą aktorską wzmacniane są przez taniec i śpiew. Utwory grane na żywo przez orkiestrę, muzyczne popisy solowe, recytatywy, czy partie chóralne wraz ze skomplikowaną grupową choreografią (tancerze tworzą plastyczną masę, która wyraża w każdej scenie inną treść) stanowią tu esencję bogatej wodewilowej konwencji. Na pochwałę zasługuje również charakteryzacja bohaterów − kostiumy utrzymane w dopasowanej do scenografii kolorystyce, różnorodne peruki, maski i rekwizyty oraz mroczny, blady makijaż bohaterów.

„Blaszany Bębenek" to sztuka wielowymiarowa, wymagająca znajomości kontekstów oraz nieustającej czujności i skupienia. Przedstawienie teatralne trwa trzy i pół godzinny, intensywność wrażeń jest oczywiście ujmująca, leż przy tej długości spektaklu następowały chwile znużenia i wyczerpania żywiołowością formy. Teatr szczyci się nowymi technologiami. W inscenizacji wielokrotnie zastosowane zostają ruchome elementy sceny Capitolu, co w moim przypadku poskutkowało pewnym zobojętnieniem wobec tego zabiegu. Wertykalność zmian dekoracji, czy metafory jakie niosły ze sobą kolejne układy ruchomej sceny wydawały się dość powtarzalne i przewidywalne. Mam również zastrzeżenie co do śpiewanych kwestii, które czasem, być może z winy nagłośnienia, były (na balkonie) trudne do zrozumienia. Pomimo tych uwag zachęcam do wybrania się na spektakl. Sama chętnie obejrzałabym go ponownie.

Małgorzata Rzerzycha-Myśliwy
Dziennik Teatralny Wrocław
21 stycznia 2019

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...