Kto chodzi do teatru, dostaje drugie życie

„O dwóch doktorach i jednej pacjentce czyli seks, władza i medycyna" - reż. Maciej Wojtyszko - Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

To, co było kluczowym wabikiem na najnowszy spektakl Macieja Wojtyszki, to paradoksalnie... plakat. W ostatnim czasie poruszałam się głównie w stylistyce teatru nowoczesnego, z przewagą komedii, i zatęskniłam za taką esencją „teatru w teatrze", za wspomnieniem Teatru Telewizji, a ów wspomniany wyżej plakat kusił kostiumami z epoki, intrygującym tytułem i generalnie wielką niewiadomą, przy mnożących się wyobrażeniach i domysłach. Oczekiwaniach, które nie miały co najmniej w połowie pokrycia w realnym spektaklu, i to „niespodziewane" przeważyło o wartości tej sztuki.

Spodziewałam się wielkiego spektaklu z rozmachem, na dużej scenie Teatru Słowackiego, a okazało się, że spektakl grany jest na małej Scenie Miniatur – w mocno kameralnym i momentami intymnym klimacie – i to było kolejne zaskoczenie, które tak naprawdę zdecydowało o sukcesie tego przedsięwzięcia. W dużych przestrzeniach, wśród rozlicznej widowni, mogłaby się zgubić magia słowa i chwili, nastrój intymności, zawieszonych w powietrzu niewypowiedzianych kwestii i pulsujących emocji, straciłyby na mocy słowa, których waga mogłaby się rozproszyć w tłumie. Będąc uczestnikiem tego performance'u, chciałoby się raczej przycupnąć na rogu kanapy ustawionej na scenie, żeby zatopić się w klimat rozmów i móc jak najwięcej z nich czerpać, zamiast jedynie obserwować z dystansu 5 czy 10 rzędów na widowni. To skrócenie dystansu między aktorem a widzem to największy atut, jeśli chodzi o wybór Sceny Miniatur i kameralnej widowni.

O dwóch doktorach i jednej pacjentce, czyli seks, władza i medycyna to sztuka napisana specjalnie dla aktorów krakowskiej sceny Teatru im. Juliusza Słowackiego przez reżysera Macieja Wojtyszkę. W dialogu na deskach teatru spotykają się Feliks Szajnert, Hanna Bieluszko i Karol Kubasiewicz, serwując publiczności dawkę aktorstwa z najwyższej półki. Fabuła opiera się na osobliwym spotkaniu przeszłości z teraźniejszością, na zatrzymaniu się nad echami minionego. Ale żeby akcja nie poszła w tę sentymentalną, retrospekcyjną stronę, dołącza do niej młody adept seksuologii, patrzący z kolei w przyszłość, z zapałem do zmian i odkrywania „nowego", a w szczególności specjalizujący się w neologizmach, jeśli chodzi o terminologię medyczną. Karol Kubasiewicz wnosi do sztuki powiew świeżości i młodości, ale przede wszystkim równoważy nastroje dużą dawką humoru.

Tak bardzo rozpędziłam się z relacjonowaniem strumienia własnych myśli na temat spektaklu, że do tej pory nie uświadomiłam Państwa, kim są postacie dramatu, o którym rozprawiamy. I zanim dokonam tutaj oficjalnego przedstawienia bohaterów, to pozwolę sobie na jeszcze jedną osobistą wycieczkę. Otóż, kiedy tylko usłyszałam, że sztuka będzie o dwóch doktorach – plus zobaczyłam tą klimatyczną fotografię wołającą do mnie z plakatu – pierwszym, co pojawiło się w mojej głowie, było skojarzenie z Freudem i Jungiem, pojedynku dwóch wybitnych nad trudnym przypadkiem pacjentki. Ta pomyłka była kolejnym z rzędu, jak liczę od początku recenzji, „rozczarowaniem".

I znów rozczarowaniem oczywiście na plus. Może i bohaterowie, którzy wyświetlili się na kliszy w mojej głowie, byliby ciekawym materiałem, dostarczającym wielu kontrowersji i kolorytu charakterologicznego, ale to, co zobaczyłam na scenie, po pierwsze zaskoczyło mnie – a wiadomo, że element zaskoczenia jest zawsze pożądany, żeby widza zaciekawić – a po drugie wniosło do mojego życia, a raczej wiedzy – wartość dodaną. Gdyby nie to sceniczne spotkanie w jednym z krakowskich salonów, nie wgłębiłabym się w postać Józefa Dietla (granego przez Feliksa Szajnerta), a wszak czasem chadzam po ulicy noszącej jego nazwisko, w zasadzie nigdy nie zastanawiając się, czym ów Dietl zasłużył się dla Krakowa, że ma „swój" kawałek drogi i kilka kamieniczek w mieście. Nie poznałabym też niezwykle zabawnej postaci doktora Stanisława Kurkiewicza, usilnie próbującego zrewolucjonizować terminologię rodzącej się wtedy seksuologii. Nie miałabym też okazji podziwiać świetnie skrojonej kobiecej postaci w osobie radczyni Heleny Zakroczymskiej, którą wykreowała niepowtarzalna Hanna Bieluszko, nadając wielowymiarowości bohaterce, która zogniskowała w sobie cechy niby słabej, wątłej hipochondryczki, ale i namiętnej, sensualnej dojrzałej kobiety, która doskonale wie, czego chce.

Wracając do głównego nurtu recenzji – akcja rozgrywa się pod koniec XIX wieku, w krakowskim salonie, jak już wyżej wspomniałam, gdzie spotyka się Józef Dietl – emerytowany lekarz, rektor i prezydent Krakowa – z młodym lekarzem, Stanisławem Kurkiewiczem. Ów salon jest domem pacjentki, a prywatnie dawnej miłości Dietla – Heleny Zakroczymskiej. To z pozoru czysto medyczne spotkanie stanowi katalizator do wspomnień, odradzania emocji, odkurzania namiętności i niespełnionych pragnień. Przewija się tutaj również cień diagnozy ówczesnego społeczeństwa, wyraźne nawiązania do aktualnych wydarzeń czy refleksje na temat relacji międzyludzkich. A te odwołania, bardzo sprytnie i naturalnie, udało się reżyserowi uzyskać za pomocą ciekawego zabiegu, jakiemu poddał aktorów, którzy oprócz tego, że „byli w roli" to od czasu do czasu wychodzili z niej i stawali obok, opowiadając o postaciach czy snując refleksje i przedstawiając treści rezonujące z teraźniejszością.

Świetny to był kawałek teatru, którego miałam niewątpliwą przyjemność być współuczestnikiem. Chciałoby się rzec – stary dobry teatr, w którym kunszt aktorski święci triumfy i wypełnia scenę i opowieść po brzegi. Niczego tu nie jest ani za dużo, ani za mało. Prosta scenografia autorstwa Krzysztofa Małachowskiego – która była sprawnie zmieniana na oczach widzów (nawet przez samych aktorów) w zależności od miejsca, w którym akurat znajdowali się bohaterowie – stanowiła świetne dopełnienie kreacji aktorskich i klimatu wyjętego z XIX wieku.

Aktorom udało się przemycić wiele prawd o życiu. Jedno zdanie – wypowiadane pod koniec sztuki przez Feliksa Szajnerta – utkwiło mi na tyle w głowie, że na jego osi mogłabym oprzeć cała fabułę i interpretację, gdyby ktoś zapytał mnie, jak w dwóch słowach opisałabym sztukę. Doktor Dietl w pewnym momencie stwierdza, że człowiek połowę życia spędza na chceniu bez uczynków, a drugą połowę na uczynkach bez chcenia, i chyba tak bym podsumowała tę sztukę – jest ona głównie o „chceniu" i uczynkach. Zarówno Zakroczymska, jak i Dietl chcieli być kiedyś razem, chcieli tej miłości tak samo, ale jakoś owo chcenie pozostało bez uczynków, natomiast z rozmów dowiadujemy się, że rzeczy, które przez całe swoje życie uczynili, nie wynikały absolutnie z „chcenia". Ta refleksja pozostawia w nas gorzki posmak, mimo że finał jest raczej „słodki". A już w ogóle optymizmem napawa końcowe stwierdzenie, że chodzenie do teatru daje drugie życie.

A ja myślę, że i drugie, i trzecie i czwarte... i za każdym razem, kiedy doświadczamy tego świata przedstawionego na scenie, dostajemy jakby szansę na przeżycie czegoś nowego, często oderwanego od realu, bo w teatrze nasz świat kończy się tam, gdzie gasną światła, zostaje on za zamkniętymi drzwiami widowni, robiąc tym samym miejsce na doświadczanie wykreowanej na scenie przestrzeni, emocji, zdarzeń. I to jest magia teatru.

Monika Sobieraj-Mikulska
Dziennik Teatralny Kraków
18 października 2022
Portrety
Maciej Wojtyszko

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia