Kto kogo odprawia w „Odprawie posłów greckich"?

"Odprawa posłów greckich" - reż. Bartłomiej Wyszomirski - Teatr im. Juliusza Osterwy w Gorzowie Wlkp.

Zakupowy wózek z hipermarketu, plażowy parasol, automat do gier, didżeje zamiast chóru i Helena susząca włosy elektryczną suszarką – to tylko niektóre elementy składające się na wizję „Odprawy posłów greckich" jaką przed widzami gorzowskiego teatru roztacza Bartłomiej Wyszomirski. Czy uwspółcześniona wersja odrodzeniowego dramatu, któremu Kochanowski również nadał historyczny kostium, wzbogacona o nowoczesne gadżety, symbole i wszystkie te swoiste czary odprawiane przez reżysera rzeczywiście prowadzi do odprawy posłów? A może grupą odprawioną z kwitkiem są tak naprawdę widzowie?

Premierowy spektakl, oparty na dramacie Jana z Czarnolasu, zainaugurował Rok Polskiego Teatru Publicznego w Teatrze im. Juliusza Osterwy. Zamiast gromkich braw aktorzy usłyszeli jednak tylko grzecznościowe oklaski, które stały się przyczynkiem do ożywionej kuluarowej debaty nad zaprezentowaną przez Wyszomirskiego awangardową wersją „Odprawy". Co wpłynęło na taki odbiór spektaklu? Dlaczego wielu widzów uznało jego przekaz za nieprzejrzysty i czy ich reakcja jest uzasadniona? Odpowiedź na to pytanie wymaga przeanalizowania poszczególnych czynników organizujących tę oryginalną reżyserską kreację.

Spektakl rozpoczyna się – podobnie jak dzieło Kochanowskiego – od rozmowy Antenora (Michał Anioł) z Aleksandrem (Artur Nełkowski), który próbuje przekupić trojańskiego polityka, by ten uznał jego prywatny interes ponad interesami państwa. Ów, najważniejszy dla dramatu, złowróżbny dialog zawiązujący całą akcję i sugerujący widzowi jej dalszy przebieg z niejasnych przyczyn wypowiedziany zostaje tyłem do publiczności. Przykucający przed swoim rozmówcą Aleksander dosłownie cedzi słowa przez zaciśnięte zęby, a ton, jaki im nadaje, daleki jest od czającej się w tych zdaniach prośby przechodzącej w gniew. Taki sposób prezentacji jednego z naistotniejszych dialogów w połączeniu ze staropolskimi wyrażeniami, którymi posługują się prowadzący go bohaterowie, praktycznie uniemożliwia zrozumienie, co właściwie dzieje się na scenie podczas pierwszych minut spektaklu. Efekt ten wzmacnia jeszcze fakt, że Aleksander został tu przedstawiony jako ubrany w dres osiłek, przywykły do osiągania swoich celów przemocą. Dresiarz operujący ledwie słyszalnym głosem to połączenie przypominające bitą śmietanę z musztardą – zbyt oksymoroniczne, by można je było uznać za realne. Zaznaczony przeze mnie problem narasta zresztą wraz z rozwojem akcji. Kasandra (Marzena Wieczorek), która – jak wiemy z powszechnie znanego mitu o wojnie trojańskiej – bardzo przeżywała przepowiadany przez siebie upadek Troi oraz fakt, że nikt nie chce wysłuchać jej ostrzeżeń, wypowiada swoja przepowiednię cichym, beznamiętnym tonem, przez co również wydaje się niewiarygodna. Moment ożywienia następuje dopiero na końcu jej monologu, kiedy to z wściekłością potrząsa jednym z bohaterów, wrzeszcząc: „wyć będziecie!", czemu towarzyszy niepokojące światło stroboskopów. Gdyby cały monolog został tak wykrzyczany, efekt byłby zapewne piorunujący, a widzom włos naprawdę jeżyłby się na głowie. Niestety tkwiący w pomyśle potencjał został zmarnowany.

Co więcej, niezwykle współczesny kostium, jaki reżyser zdecydował się nadać odrodzeniowemu dramatowi, ubranemu już w kostium antyczny, doprowadził do nawarstwienia sensów, którego nie rozjaśniają staropolskie dialogi i monologi. Zdaję sobie oczywiście sprawę z faktu, iż współczesny teatr rzadko ingeruje w oryginalny tekst, nawet jeżeli decyduje się nadać mu zupełnie nowatorską formę. Należy jednak pamiętać, że „Odprawa posłów greckich" to tekst wyjątkowo bogaty w anachronizmy, o czym świadczy już sam fakt, iż każde jej wydanie zaopatrzone jest w bardzo obszerne przypisy, tłumaczące znaczenie poszczególnych słów. Młodzież szkolna – do której, jak mniemam, w szczególności adresowane jest to przedstawienie – z pewnością będzie mieć duże trudności ze zrozumieniem tekstu ze słuchu, a awangardowa kreacja całości niestety go nie ułatwi. I nie pomogą tu wcale rozwiązania schlebiające młodym ludziom, takie jak zastąpienie tradycyjnego antycznego chóru bitującymi dj-ami (Bartosz Bandura i Jan Mierzyński) czy wplecenie w treść dzieła współczesnych polskich szlagierów, choć oczywiście ubarwiają one spektakl. Dodatkową trudnością, zaciemniającą odbiór spektaklu jest ponadto osadzenie niektórych aktorów w kilku rolach, które nie zostaje w spektaklu szczególnie zaakcentowane. Bandura i Mierzyński raz wcielają się we wspomnianych już dj-ów, a raz wykrzykują kwestie posła i trojańskiego polityka Iketaona, co sprawia, że spektakl wydaje się jeszcze bardziej chaotyczny. Przypadkowość niektórych pojawiających się tu rekwizytów, takich jak suszarka do włosów czy plażowy parasol, niestety pogłębia tylko ten wydźwięk.

Jednocześnie wiele aspektów „Odprawy posłów greckich" Wyszomirskiego załuguje na uznanie. Sam pomysł przypomnienia pacyfistycznego dzieła, napisanego w obliczu grożącej Rzeczpospolitej wojnie z Rosją o Inflanty i ziemię połocką, jest bardzo trafny w sytuacji, gdy Rosja prowadzi kolejne konflikty zbrojne tuż za naszą granicą, a coraz głośniejsze polityczne afery w Polsce uświadamiają nam, jak często interes publiczny przegrywa z prywatnym. Ciekawym zabiegiem jest także umieszczenie akcji dramatu na państwowej granicy, stanowiące sugestię, iż bohaterowie będą przekraczać swoim zachowaniem granice moralne (dotyczy to zwłaszcza Aleksandra, który najpierw porwie żonę Menelaosa, a później kupi sobie przychylność skorumpowanych polityków). Interesujące są również inne elementy scenografii autorstwa Izy Toroniewicz, nadającej przedmiotom wartość symboliczną. Maszyna do gier, na jakiej Aleksander gra naprzemiennie z jednym z posłów doskonale obrazuje nadmierne zdawanie się bohaterów na łut szczęścia, które – jak wiemy – w konsekwencji okazało się dla Trojan zgubne. Spadający z góry zakupowy koszyk, w którym najpierw wożona jest ubezwłasnowolniona przez Aleksandra Helena, a do którego później wrzucony zostaje Antenor, pełni dwuznaczną rolę. Raz symbolizuje więzienie, a raz zdroworozsądkowe racje Antenora, wrzucone wraz z nim „do kosza" i przegrywające z racją siły i zasady: „szabla ostra przy boku to pan: ta rozstrzygnie, kto komu czołem bić ma". Wykrzykiwanie tej racji przez mężczyzn w rewolucyjnych pomarańczowych kurtkach (w tej roli ponownie wspaniali – Bandura i Mierzyński) to kolejny godny pochwały aspekt przedstawienia, odnoszący się do wciąż rządzącego naszym światem „prawa dżungli". Na uznanie zasługuje także ciekawe ujęcie trudnego dla bohaterów oczekiwania na decyzję rady, manifestującego się m.in. w niekończącej się monotonnej czynności jedzenia, wykonywanej przez posłów oraz wspaniała ewolucja postaci Heleny (w tej roli rewelacyjna Marta Karmowska), która z bezwolnego „przedmiotu sporu" przemienia się w ognistą femme fatale, zmywającą mężczyznom głowy.

Szkoda, że efekt wywoływany przez wszystkie te kreatywne rozwiązania, zatraca się w ostatecznym przekazie całego spektaklu, który – muszę się tu niestety zgodzić z dużą częścią odbiorców – został (z opisanych przeze mnie przyczyn) zaciemniony. Pomimo, iż aktorzy Teatru Osterwy (znani zresztą ze swojej ekspresji i dużych umiejętności scenicznych) robią co mogą, by jakoś zespoić chaotyczny spektakl, indywidualność Wyszomirskiego (reżysera wyjątkowego i wielokrotnie nagradzanego za swoje realizacje) wydaje się jednak odciskać na nim zbyt silne piętno.

Agnieszka Moroz
Dziennik Teatralny Szczecin
17 lutego 2015

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia