Kto uzdrowi nasz polski świat?

"New Year's Day" - reż. Joanna Zdrada - Teatr im. Juliusza Osterwy w Gorzowie Wlkp.

Był 1981 rok. Oni mieli po 20-30 lat. Wcielono ich do ZOMO. Stanęli po drugiej stronie barykady o społeczną wolność.

Wchodzą na scenę ostrym, rytmicznym krokiem, głośno biją pałkami w tarcze. Bez twarzy, w jednakowych mundurach. Przerażają. Sieją strach. Terroryzują. Siedzimy na widowni wbici w fotele. Okrutny to był czas.

ON najpierw jest ich dowódcą, wydaje rozkazy, ale coraz więcej w nim miękkości, refleksji, spojrzenia z drugiej strony.

Na drugiej scenicznej płaszczyźnie, powyżej, cztery kobiety opłakują tych, którzy zginęli w walce, tych, którzy walczyli w bratobójczej wojnie, cały świat chylący się ku upadkowi.

*

Mija kilka lat. ON (Jan Mierzyński) jest teraz cenionym poetą. Mówi to samo, co wymyślił, jako refleksyjny ZOMO-wiec, ale teraz nie jest sam. Dostaje wysokie nagrody, koledzy go cenią. To, co kiedyś było opresją, teraz jest powodem do chwały, z ofiary robi się bohaterem. Kapitalny monolog z parodią uzasadnienia wszystkiego wygłasza Artur Nełkowski. Bo nie ma już wartości. Na piętrze lamentujące kobiety zmieniają się w dyskotekowe dziewczyny, by na rurze tańczyć do piosenki "Janek Wiśniewski padł". Scena ostra, wulgarna. Pełna trywializacja śmierci, walki o wolność, tamtych bohaterów. Czy naprawdę aż do tego stopnia współczesna młodzież oswoiła solidarnościowe legendy? Ciarki idą mi po plecach. Wstydzę się. Jedynym jasnym punktem tej sceny jest chłopiec, który dziecięcym głosem mówi balladę Mickiewicza.

*

Zaczyna się scena ostatnia, najdłuższa, najmocniejsza w rozrachunku. Minęło 35 lat. Bohaterowie 1981 roku są starsi o te lata. Jak co roku spotkają się, by wspominać. Siadają za długim stołem, piją wódkę, kłócą się i godzą, w strzępach zdań roztrząsają swoje losy. Być może są to ci sami chłopcy, którzy w pierwszej części tłukli pałkami, ale nie tylko. Jeden był tajnym donosicielem, inny szpiegiem, ktoś pracował dla Urzędu Bezpieczeństwa, ktoś robił karierę w partii. Różne też były przyczyny ich zgody na tamten ustrój. Niektórzy akceptowali go, bo wierzyli w ideę, komuś zaproponowano wyższą pensję i mieszkanie, kogoś zaszachowano przyłapaniem na jakimś przestępstwie lub nieetycznym zachowaniu. Teraz wszyscy mają moralnego kaca. Ich wszystkich historia wyrzuciła na margines. Jeden jest zwykłym pijaczkiem, inny epatuje niepełnosprawnością, jako powodem do chwały, ktoś roztrząsa swoje życie w kategoriach filozoficznych, ktoś inny szuka płaszczyzny usprawiedliwienia, pisze petycję do narodu z prośbą o zrozumienie. Jest wśród zebranych tamten Poeta, ale już nie odgrywa żadnej roli. Łączy ich tylko wódka, do której wygłaszają litanię pełną gorzkiej ironii.

W tej scenie na pierwszy plan wysuwa się jedyna kobieta, brawurowo zagrana przez Marzenę Wieczorek. Teraz jest po prostu pijaczką, ale zanim widz to sobie uświadomi, obserwuje różne jej oblicza: pięknej kobiety, uwodzicielki, matki dzieciom, ideowej propagatorki wolności, demaskatorki także uwikłanej w przemoc, nawet prostytutki. Ubrana w białą bluzkę i czerwoną spódnicę szarga narodowe barwy. Wreszcie demonstracyjnie się rozbiera, bo dla niej na żadnej płaszczyźnie nie ma granic ani hamulców. Ona była gwiazdą tamtych lat, a teraz

Gdy zaperzenie i rozbuchanie starych ważniaków sięga szczytu, z bocznych drzwi sali wkraczają młodzi. Ubrani w czarne kombinezony i białe kominiarki stają jeden obok drugiego przed pierwszym rzędem. Groza. Groza. Groza. Dopiero ich naprawdę się boję.

Dla mnie w tym miejscu przedstawienie mogłoby się zakończyć. Niedopowiedzenie często ma większą siłę niż konkret.

Autor - Piotr Rowicki i reżyserka Joanna Zdrada dołożyli jeszcze jedną, długą scenę opartą tylko na ruchu, bez tekstu. Młodzi w kominiarkach wdzierają się na scenę i fizycznie rzucają się na starszych. Trwa walka, w której przegrywają obie strony. I gdy już zgodnie leżą na podłodze, na scenę wkracza mały chłopiec, ten od Mickiewiczowskiej ballady, w koszulce z orłem w koronie na piersi. Tylko on jest przyszłością - zdają się mówić twórcy.

W moim odczuciu jest to zakończenie zbyt banalne. Uzdrowienia narodu nie można szukać w małym chłopcu.

Tytuł sztuki "New Year's Day" zaczerpnięty został z piosenki Bono zrodzonej z polskich zdarzeń 1980 roku, wtedy niosących nadzieję. Tu jest wielkim wyrzutem sumienia. Co prawda na scenie pokazano świat tylko tych, którzy byli po jednej stronie barykady, ale to też byliśmy my, Polacy. Teraz, po latach, młodzi twórcy przedstawienia oglądają tamto pokolenie z gorzką ironią. Choć rzeczywistość pokazana jest groteskowo, choć się śmiejemy, jednak dominującym wrażeniem po obejrzeniu sztuki jest smutek. Głęboki smutek. Bo pokazane pokolenie skazane jest na przekreślenie, na odrzucenie. Czy mamy czekać dopiero na małego chłopca, który uzdrowi nasz świat?

Przedstawienie przygotowano z myślą o młodych odbiorcach. Jest ono trudne w pełnym zrozumieniu, gdyż w tekście wiele tropów z klasyki literackiej, z kulturowych mitów, z polityki, która się szybko dewaluuje. To inteligentne przedstawienie warte głębokiego przemyślenia pod kierunkiem mądrych nauczycieli. Ciekawa jestem, jak ocenią je pedagodzy. Teatr postawił poprzeczkę bardzo wysoko. Czy młodzi widzowie ją wezmą? Nawet, jeśli nie przeskoczą, jak w sporcie, warto podjęć próbę, czyli je zobaczyć.

Krystyna Kamińska
www.echogorzowa.pl
29 września 2016

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia