Ku bezmyślnej uciesze gawiedzi

"Pożegnania" - reż: Agnieszka Glińska - Teatr Narodowy w Warszawie

Po obejrzeniu "Pożegnań" w Teatrze Narodowym w Warszawie jawi się pytanie o powód "reanimacji" tej właśnie powieści Stanisława Dygata. Agnieszka Glińska, jako współautorka adaptacji i reżyser przedstawienia, swoim spektaklem nie wyjaśnia tej kwestii. Bo na kanwie powieści ani nie zbudowała dobrego, tętniącego życiem spektaklu, ani nie polemizuje z wymową ideologiczną utworu i jego przesłaniem, ani też nie odnosi się do sytuacji tuż powojennej, kiedy następowała sowiecka okupacja i niszczono przede wszystkim polską inteligencję.

Wprawdzie jest scena, kiedy w lęku przed nadejściem Rosjan bohaterowie siedzą ukryci pod stołem oraz gdy hrabianka (Dominika Kluźniak) zostaje kelnerką w restauracji należącej obecnie do Feliksa, byłego służącego hrabiny (dobra rola Wojciecha Solarza), ale nagle kończy się przedstawienie. Bez pointy. Jedyny wniosek, jaki się nasuwa, to ten, że zamiarem pani reżyser było rozśmieszyć widownię do rozpuku. Nie miałabym nic przeciwko spektaklowi zrealizowanemu wyłącznie ku uciesze gawiedzi. Tyle tylko, że w tym przedstawieniu głównym powodem do śmiechu są wartości tradycyjne, chrześcijańskie i patriotyczne. 

Scena, w której uczestnicy Powstania Warszawskiego pojawiają się w salonie hrabiny Róży (dobra rola Ewy Konstancji Bułhak w roli Róży, natomiast bezsensowna jako ciotka Lola na wrotkach) w opaskach biało-czerwonych na ramieniu i z polską flagą, ma wyraźny cel dyskredytujący i perfidnie ośmieszający patriotyczne zachowania Polaków. "Pożegnania" napisał Dygat w roku 1948, a więc tym samym, kiedy wstąpił do PZPR. Wprawdzie w 1957 roku zrezygnował z przynależności do partii, ale "lewoskrętne" widzenie świata pozostało. Choć, jak wiadomo, Dygat w kilka lat po wyjściu z partii "nawrócił się" tak, że podpisywał listy protestacyjne przeciwko władzom PRL.

Powieść Dygata swoim krytycznym spojrzeniem na polską przedwojenną inteligencję wywodzącą się z arystokracji i ziemiaństwa, którym to sferom bliskie były wartości patriotyczne, narodowe, chrześcijańskie i na nich budowały swój etos inteligencki - siłą rzeczy wpisywała się w przemiany ustrojowe w powojennej Polsce. A więc w czas tępienia "burżujów i krwiopijców". Choć niektórzy krytycy uważali, iż autor za mało skrytykował "burżuazyjny" kapitalizm przedwojnia.

"Pożegnania", zwłaszcza dziś, po latach, nie są ani odkrywcze, ani rewelacyjne artystycznie. Mieszczą się w nurcie tzw. prześmiewczo-rozrachunkowym. To rodzaj rozrachunku z przedwojenną Polską, z naszą tradycją romantyczną i narodową, którą zwolennicy kosmopolityzmu określają jako stereotypy narodowe. Agnieszka Glińska odczytuje "Pożegnania" poprzez Gombrowicza (budowa postaci, relacje między nimi, stylistyka i sposób narracji). Ale nie buduje na nim, tylko naśladuje.

Przedstawienie jest rozwlekłe, chaotyczne, brak mu spoistości, niepotrzebnie rozbudowany jest wątek paryski, który niczego nie wnosi, akcenty postawione na mniej ważne rzeczy i kompletny brak poczucia stylu. Główna rola Pawła, z którego perspektywy oglądamy rzeczywistość sceniczną - to nieporozumienie. Marcin Hycnar jest aktorem znakomitym, ale - jak widać - nie do wszystkiego. Lidka Patrycji Soliman poprawna, ale nie budzi emocji. Krzysztof Stelmaszyk gra postać ojca kabaretowo. Interesująco poprowadził rolę Cacharda Karol Pocheć. Ale najlepsza rola to Gospodyni w doskonałym wykonaniu Doroty Landowskiej.

Temida Stankiewicz-Podhorecka
Nasz Dziennik
15 września 2012

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia