Kubłami, kubłami!

"Zemsta" - reż. Krzysztof Jasiński - Teatr Polski w Warszawie

Cała ta "Zemsta" i ustawienie Fredry jako podkładu do Rubika - brzmi nie za dobrze. Czuję wstyd wobec młodzieży. Jak uwierzyć ma w genialność dzieła?

Zaczyna się fatalnie. Półnagi Daniel Olbrychski zażywa kąpieli w beczce, przepowiadając pierwsze słowa fredrowskiego arcydzieła. Pręży klatę, na której ma ryby siną barwą wykłute, rozumiem, że to takie oczko puszczone do publiczności, iż to jest nie tylko Cześnik, ale także aktor znany z ekranizacji wielkiej polskiej literatury. Nawiązanie jest idiotyczne - o ile dałoby się przeprowadzić linię między pieniaczem spierającym się o mur graniczny a bohaterami wspaniałej dawnej Polski, o tyle Azja Tuhajbejowicz jako człowiek na starość spierający się o mur graniczny sensu jakoś nie ma.

I to nie tylko dlatego, że skonał na palu. No ale widocznie reżyser sprowadzony z Krakowa uznał, że tak będzie śmiesznie, a recenzenci już coś wymyślą na usprawiedliwienie tego głupstwa.

Pręży się więc pan Daniel w beczce, napina muskury zachwycony sam sobą i ten zachwyt przekracza już rolę, bo pręży oraz grzeje w takt discopolowej muzyki Piotra Rubika, wśród szmerku publiczności. Jak kocur w wiosennym słońcu, jak spełniony samiec, jak... no, jak to Daniel potrafi. Faktycznie, jak na 70-latka bez dwóch lat nasz aktor narodowy trzyma się świetnie. Szeroka klata, mocne ramiona, a i niżej, zapewnia nas aktor, nie jest tak źle. Gdy Fredro delikatnym tekstem Dyndalskiego sugeruje, że może sprawność Cześnika już nie taka i start do Podstoliny niefortunny, Olbrychski, prowadzony pewną ręką reżysera Jasińskiego, nie bawi się w subtelności, tylko przy słowach cienkiej fredrowskiej aluzji dumnie zerka w głąb beczki, gdzie jak się domyślamy i chichoczemy wraz, pręży się jeszcze niezły Tuhaj-bej.

No tak, Dyndalski wylewa na nagiego Olbrychskiego kubeł wody, pryskając na pierwsze rzędy, i dostajemy w teatralnym języku zapowiedź, że tu będzie się grało kubłami, że nie rna litości, nie bierzemy jeńców, będzie śmiesznie. A do tego ci licealiści zaludniający widownię. Dostrzegam znajomą młodą nauczycielkę, a więc to Reytan, może nie będzie tak źle i uczniaki nie zepsują mi wieczoru swym chichotem. Głupie wątpliwości. Młodzież zachowuje się świetnie. Skupiona. To raczej starsi na scenie odstawiają blamaż zupełny i utrudniają polonistom zadanie.

Bo jak tu zadać wypracowanie "Źródła komizmu w Zemście Fredry" czy "Artyzm Zemsty", gdy Daniel Olbrychski już w pierwszej scenie pokazuje, że ma gdzieś subtelności arcykomedii narodowej, i zachowuje się, jakby uczestniczył w castingu do reklamy medykamentu na prostatę czy udany seks? Jak pisać o delikatnych grach językowych u Fredry, skoro Wacław prowadzi miłosny dialog z Klarą, leżąc na niej rozciągniętej na blacie stołu, objęty ściśle jej nogami? Skoro kobiety w "Zemście" coraz to rozkładają kolana, a źródłem komizmu jest nie słowo iskrzące się między bohaterami, tylko jakieś przerysowane zachowania. I wreszcie, skoro aktorzy grają do publiczności, a nie do siebie wzajem, to faktycznie polonistki nie będą miały łatwo.

Dziwne czary na scenie

Rozumiem, że na scenie Teatru Polskiego rozgrywają się jakieś dziwne czary. Nie wiem, może to jest zrozumiałe dla czytelników jakichś PRL-owskich Pudelków: zdaje się, że Daniel Olbrychski rywalizował z Krzysztofem Jasińskim o względy Maryli Rodowicz i może w tym kabaretowym wystawieniu "Zemsty" są tego jakieś ślady i aluzje do tamtych czasów. Nie wiem też, czemu w finale ręka Cześnika wyciągnięta na zgodę zastyga w powietrzu i Andrzej Seweryn, grający Rejenta, obejmie Daniela Olbrychskiego dopiero przy wychodzeniu do braw, ale zapewne ponieważ towarzyszy temu muzyka Rubika, owo do braw wychodzenie jest integralnym elementem przedstawienia.

Cała ta "Zemsta" i ustawienie Fredry jako podkładu do Rubika brzmi nie za dobrze.

Kupiłem sobie wejściówkę, bo dyrekcja Teatru Polskiego z lekka - jakby powiedziała Bożena Dykiel - "pożydziła". Na szczęście znajomy ze szkoły mecenas kiwnął na mnie z widowni, bo jedna z ich kobiet złapała grypę i mają wolne miejsce. I oto siedzę w trzecim rzędzie i obracam w dłoniach piękny grubo lakierowany program sponsorowany przez Kulczyk Investments (a to Polska właśnie!), w którym tekst Andrzeja Łapickiego "Mój Fredro" wystarczyłby za mowę oskarżycielską przeciw barbarzyńskiemu widowisku, które rozgrywa się tuż przed moimi oczyma.

A propos "pożydziła". Zastanawiałem się, jak sobie poradzą nasi twórcy z "Żydem", co to wskoczył w scenę dyktowania listu Dyndalskiemu. I oto przy pytaniu Cześnika: "Cóż to jest?", Dyndalski mówiąc: "Żyd", wskazuje palcem na Papkina, młodzież rechocze głupawo, a może niegłupawo, może kojarzy to, cholera wie, z "Zemstą" tak beznadziejnie zekranizowaną przez Andrzeja Wajdę, gdzie faktycznie Papkina przedzierającego się przez bezsensowny, za to kosztowny śnieg grał Polański i jacyś interpretatorzy z "Wyborczej" próbowali połączyć to z Holokaustem.

I po co to, i po co? Po co ta "Zemsta"? Jakiś dziwaczny Andrzej Seweryn, w naciągniętym na głowę czepku kąpielowym niezdarnie imitującym łysinę, podrygujący na koniec w rytm disco polo... Rozumiem, że aktor przeżywać chce którąś tam młodość, ale skoro tak, to może niech lepiej pójdzie sobie na festiwal "Gorzkie żale", który w tym roku poświęcony jest mitowi faustowskiemu, a nie demoluje zasłużoną scenę.

To jest szok. Czuję wstyd wobec młodzieży. Jak uwierzyć ma w genialność "Zemsty" i celebrować dziwną koincydencję, że dwa arcydzieła Polski zniewolonej - "Zemsta" i "Pan Tadeusz" - opierają się na podobnym wątku pieniackiego sporu szlachty? Jak oceniać, że dwaj nasi mistrzowie słowa starali się humorem ocieplić przerażający obraz polskiego warcholstwa, które stało się emblematem naszego upadku? Jak analizować subtelności analiz hrabiego Tarnowskiego o resentymencie Milczka, który nienawidzi Cześnika za jego szlacheckie życie pełną piersią? Kubłami, kubłami grają nasi aktorzy i dosłownie "klaszczą u Rubika". Bo stukaniem i klaskaniem witają nas po antrakcie i skłaniają publiczność do włączenia się w wybijanie rytmu. Cóż...

No i najlepsza rola - Jarosław Gajewski, niestety, też przez reżysera wkręcony w to, by grał do publiczności, wobec czego musi wchodzić w manierę telewizyjnych dwójkowych kabaretów. Przez co magia Fredry gdzieś ulata zastąpiona sztuczkami z innych rejestrów. Owszem, defunesowska etiuda na temat "krokodyla daj mi luby" śmieszy nieodparcie, ale powinien być to dodatek do delektowania się humorem Fredry, a nie odszkodowanie za fatalne ustawienie spektaklu.

Rzeźnia total

W 1999 r. Grzegorz Jarzyna w teatrze Rozmaitości wystawił "Magnetyzm serca" na podstawie fredrowskich "Ślubów panieńskich" o wiadomym podtytule, Był to fantastycznie zainscenizowany protest-niezgoda na teatr akademicki, "majstersztyczne" opowiedzenie się przeciw sztuce słowa a la Andrzej Łapicki. Rosnące tempo spektaklu, przedrzeźnianie maniery szkolnej, porzucanie jej, a wreszcie wejście w żywiołowy rytm dyktowany przez młode ciała i zerwanie z zasłonami oraz peryfrazami - to wszystko było radosną pochwałą buntu i nowej estetyki. Estetyki, która na piedestale stawiała teledysk, szybki montaż, kondensację sensu.

Kapitulując przed nowymi czasami, Jasiński niezdarnie podążając za estetyczną rewolucją, postawił na Rubika. Takie to nasze MTV. Nie ocalało nic. Ani Fredro, ani godność.

Klątwa Teatru Polskiego trwa. I to wbrew logice. Wydawało się: cóż to za problem? - przecież siedem lat temu Jacques Lassalle pokazał, jak arcymistrzowsko można wystawić stare dzieło. Andrzej Seweryn mógł sobie obejrzeć realizację swojego znajomego z Paryża: "Tartuffe'a" skrzącego się wieloma barwami z fenomenalnym Radziwiłowiczem jako Orgonem. Mógł podpatrzeć, jak pietyzm wobec słowa nie musi oznaczać nudy, jak psychologia postaci nie musi niszczyć humoru. Ale nie. Tu gramy kubłami, tu jest casting, reklamodawcy czekają!

To wszystko jest potworne. Wyobrażam sobie, co też zrobiono z "Zemstą" w Och-Teatrze, skoro wytrawny krytyk Wanda Zwinogrodzka po obejrzeniu obu spektakli pisze o wystawieniu w Teatrze Polskim, że zachwyca brawurową grą aktorów i iskrzy dowcipem. Tam to musi być już rzeźnia total.

Nie lubiłem nigdy za bardzo "Zemsty". Pewnie winę za to ponosiła aura towarzysząca jej współczesnym wystawieniom. Gdy z błogosławieństwem aktualnych władców obłudnie nakłaniać miała do narodowej zgody. By Polacy przestali się wreszcie kłócić. Zdawała mi się - w teatralnych koturnowych realizacjach - zawsze jakimś gwałtem rządzących skierowanym przeciw wierzgającym poddanym. (Zresztą, ten nurt reprezentuje chyba towarzyszące premierze "Forum dyskusyjne" pt. "Zgoda, zgoda, a Bóg wtedy rękę poda"). Ale przecież, gdy po szoku, jakim jest kubłami grana "Zemsta" w Teatrze Polskim, w domowej ciszy wziąłem do ręki tekst Fredry, popłynęły frazy arcymistrzowskiej polszczyzny, a delikatny dowcip kazał pomyśleć o tych pokoleniach aktorów, które niosły radość Fredry, o tych wytrawnych interpretatorach, którzy spierali się o twórczość hrabiego. I to jakże różnych: wielbiącego dawne czasy Stanisława Tarnowskiego, Boya z trzeźwymi obrachunkami, wreszcie Jarosława Marka Rymkiewicza pytającego o zły humor Aleksandra Fredry, To straszne, że trzeba uciekać do domowej biblioteki przed barbarzyństwem Teatru Polskiego niezdarnie fetującego swój jubileusz. Nieradzącego sobie ani z "Irydionem", ani z "Zemstą". Kubłami, kubłami.

Andrzej Horubała
Do Rzeczy
21 marca 2013

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia