Kuchnia polska

"Dwanaście stacji" - reż: Mikołaj Grabowski - Teatr im. Kochanowskiego w Opolu

Pogrążeni w kuchennych rozmowach bohaterowie "Dwunastu stacji" podróżują przez Polskę i historię. A reżyser Mikołaj Grabowski ponownie bada prowincję, na której czas się zatrzymał.

Imponuje mi spójność repertuarowych poszukiwań Mikołaja Grabowskiego w ostatnich sezonach. Sarmackim "O północy przybyłem do Widawy, czyli opis obyczajów III" według Kitowicza opowiadał o Polsce tymczasowej, chwiejnej, wymyślanej na nowo z kolejnych nieszczęść narodowych i nieuchronnych zderzeń z nowoczesnością oraz Europą. Potem był "Dziennik" Gombrowicza, pęknięty na dwie części - polską i egzystencjalną - w którym ciało wygrywało z ideą, strach przed nieistnieniem był silniejszy od lęku uwięzienia w narodowości. Wreszcie pojawił się krakowski "Pan Tadeusz" 

- historia pielgrzymującej gromady, którą w niepewną przyszłość wiodą mit polskiej przeszłości, pilna potrzeba ofiary i jakiegokolwiek bohatera. Grabowski szukał u Mickiewicza opisu społeczności niedojrzałej i zdziecinniałej, fałszującej rzeczywistość na sielsko-anielski wzór, żeby tylko przykryć codzienną brzydotę i złość na świat oraz ludzi.

"Dwanaście stacji" - poemat Tomasza Różyckiego - uzupełnia, a po części nawet powtarza badania reżysera nad polską prowincją, na której czas się zatrzymał, gdzie wciąż trwa rodzinno-sąsiedzka wspólnota. Różycki oczywiście dialoguje z Mickiewiczem - tytuł jego utworu nie przypadkiem nawiązuje do liczby ksiąg "Pana Tadeusza", poszczególne sceny są echem, parodią lub naniesieniem dobrze znanej narracji na inną skalę. Ale Grabowskiego te podobieństwa i współbrzmienia interesują znacznie mniej, bo chce iść dalej i mocniej wyartykułować pewne sprawy.

Wyprawa ośmiorga weteranów

Spektakl zaczyna się od filmu. Na scenie wisi wielki ekran, z którego gada do nas sam poeta. Słuchamy, jak brzmi w jego wykonaniu inwokacja, jak rodzą się kolejne poetyckie frazy, widzimy, jak wprowadza Wnuka - rozdzielonego na czwórkę aktorów bohatera utworu.

Niesamowita jest twarz Różyckiego, genialnie odnajdującego się nie tylko w roli przewodnika i demiurga scenicznego świata, ale też postaci wysnuwającej z siebie temat, miejsca akcji i kolejne detale. Czuć w nim boleść i skupienie, przecinane raz po raz ostrzem ironii czy absurdu. Różycki śmieje się z siebie w sytuacji odgrywania wiersza, pokazywania swego świata, formowania języka. Ale ten śmiech równocześnie rani go i pcha do dalszego mówienia. Opolskie mieszkanie z filmowego obrazu przeistacza się w realny moduł przestrzenny, za ekranem odkrywamy kuchnię Babci, strefę tajemnych kulinarnych rytuałów, miejsce rodzinnych debat i czarodziejską krainę przeszłości. U Grabowskiego do tej kuchni włażą dwa pokolenia przesiedleńców z Kresów, którzy zmienili się w opolskich autochtonów. Oprócz młodych, widać tu pięciu starców i trzy seniorki. Piękni i dostojni, rozdokazywani i łobuzerscy weterani opolskiego teatru skandują tekst Różyckiego, jakby pałaszowali michę lokalnych specjałów. Są w nich ciepło i duma, moc i poczucie językowej oraz sytuacyjnej bezkarności. Siedzą w miejscu, a jakby stale przez Polskę i historię wędrowali. Bo przecież Różycki rekonstruuje nie tylko ich rodowo-lokalną mentalność - porusza ich wizją powrotu do ukraińskiego matecznika w celu odbudowy spalonego podczas wojny i rzezi wołyńskich kościółka.

Misję zjednoczenia wygnańców, przygotowania trasy sentymentalnego powrotu i imprezy okolicznościowej otrzymuje Wnuk. I to on wędruje po okolicznych wsiach, od Opola do Prudnika, krąży ulicami znanymi z dzieciństwa, telepie się w pekaesie, gubi na kolejowych rozdrożach. Jego monolog, scalanie pamięci, ludzi i szczegółów, zmienia się w ciąg komicznych scenek, w których trzech chłopaków (Schmidt, Namysło, Ciołek) i dziewczyna (Kornelia Angowska) musi przekrzyczeć nie tylko chóry seniorskie, ale także zrozumieć świat, z którego wyszli i który ich uformował.

Grabowski nie napuszcza generacji na siebie. Pozwala młodym podglądać odchodzący świat dziadków, sycić się jego prostotą i prawdą. Ale też dziwić jego irracjonalnym uprzedzeniom oraz niedzisiejszym przyzwyczajeniom. Najefektowniejsze są tu oczywiście sceny, które zawsze Grabowskiemu wychodziły - relacje z monumentalnego pijaństwa polskiego, afirmacja rodzinnych spotkań i wspólnych posiłków, portret prowincjonalnych cudaków. Fragmenty filmowe, nakręcone przez syna reżysera Michała, to wartość sama w sobie w tym spektaklu, kręcone z dziwnej perspektywy, jak najbliżej twarzy aktorów zakrzywiające rzeczywistość. Powinna z nich powstać pełnometrażowa opowieść o poemacie Różyckiego.

Elegancka i drelichowa polskość

W finale moduł kuchenny zostaje wrzucony w filmową arkadię, stoi gdzieś pośrodku łąki wypełniony śpiącymi, spitymi bohaterami. I dopiero wtedy zaczyna się ich fantasmagoryczna - a może przez to jedynie prawdziwa - podróż na Wschód. Przebrani w eleganckie stroje retro podchodzą do makiety wagonu CK. kolei. Rusza teatralna obrotówka, a oni przez okienka recytują nam sen o powrocie do miejsca narodzin, o drodze pod prąd czasu. Grabowski uderza w ton nostalgii, ale nie ma w tym zabiegu ani grama czułostkowości. Bucha pieśń "A chachary żyją!", biesiadna, wstydliwa, rubaszna. Starzy ludzie w pociągu, żywi i umarli, prawdziwi i wyśnieni, nie żegnają się ani z ojczyzną, ani z życiem, ani z przeszłością. Śnią i są razem, jadą i zarazem nigdzie się nie ruszają.

Dom to język - mówi na koniec Grabowski - ojczyzna to nie tylko pamięć, ale i nieustanne jej zapominanie oraz przypominanie. A polskość nakłada się raz jak odświętne ubranie, raz jak robociarski drelich. W tym sedno.

Łukasz Drewniak
Przekrój
11 lipca 2012

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia