Kukułka. Fikcyjny dokument

Inny wymiar teatru

Kukułka urodziła się w Solnikach 44, od kilku lat oryginalnym siedlisku Grupy Coincidentia i koniecznie tam trzeba ją oglądać, bo to spektakl-performans związany z miejscem i okolicami.

Wyprawa zabiera trochę czasu, przedstawienie – z całą solnikową otoczką towarzyską i dwiema przerwami dla pokrzepienia się – też zajmuje niemal trzy godziny, ale wieczór spędzony w lesie, wśród znajomych, wart wyprawy. Twórcy Kukułki również nie mieli łatwej drogi. Partnerzy Coincidentii, Figurentheater Wilde&Vogel oraz Lehmann und Wenzel przemierzali ją z Lipska, wielokrotnie, a to zabiera – jak wspominają w spektaklu – dwanaście godzin.

I od takiej właśnie medytacyjnej sekwencji opisywania trasy podróży z Lipska do Solnik zaczyna się przedstawienie. Piątka aktorów siedzi na krzesłach, vis à vis widzów. Każdy z nich trzyma w dłoniach jakiś przedmiot-artefakt: Stefan Wenzel glinianą figurkę psa, Dagmara Sowa – fotografię, Michael Vogel – zegar z kukułką (choć bez kukułki), Samira Wenzel – omszały słój z ogórkami, Paweł Chomczyk – paczkę papierosów Popularne. Jednocześnie Charlotte Wilde snuje przy swoim muzycznym instrumentarium, pełnym kabli, mikserów, kilku instrumentów, relaksacyjną muzyczno-słowną prezentację nazw budynków, ulic, miast, które trzeba przemierzyć, by z Westflügel Leipzig, przy Hähnelstraße 27, dotrzeć pod adres Solniki 44. Wciąż na Wschód. Z trudem docierają nazwy niemieckie, wzruszają perfekcyjnie wypowiadane polskie słowa, hipnotyczna narracja odbywa się po angielsku. Na scenie, za aktorami, zwyczajny teatralny bałagan: przewody elektryczne, pudełka kartonowe, jeden czy dwa stoły z dziesiątkami technicznych urządzeń i dwa wertykalnie ustawione na statywach panele oświetleniowe, zwrócone w stronę widowni, z ostrym, niemal jarzeniowym, nieprzyjemnym światłem (które jednak w spektaklu zagra całkiem interesująco). Scena medytacyjna trwa długo, pewnie kilkanaście minut, jest czas na rozmaite refleksje (np. co ja tu robię?), ale i zestrojenie się wszystkich uczestników zdarzenia, aktorów i widzów. Bo przecież minutę wcześniej gawędziliśmy wspólnie przy ognisku, aż ktoś przypomniał, że pora zaczynać.

Po tym kontemplacyjnym wstępie dostrzegamy z boku widowni Łukasza Kosa, reżysera spektaklu i zarazem narratora. Przedstawia się, pyta czy rozumiemy po angielsku, wszyscy milczą jakby z przyzwoleniem, zostaje więc ustalony język spektaklu, choć z całą pewnością dla polskiej publiczności, jeśli to możliwe, powinno się grać po polsku. Niby wszyscy rozumiemy, ale czy rzeczywiście? A nawet jeśli rozumiemy – uciekają słowa trudniejsze, tracimy coś, czego tracić nie musimy, zwłaszcza że są i takie sceny w przedstawieniu, w których na narrację Łukasza Kosa nakłada się sfera dźwiękowa budowana przez Charlottę Wilde, niekiedy silnie ekspresyjna i nawet tekst mówiony po polsku, prawdopodobnie ważny, dociera w znikomym procencie. Gdzieś w połowie przedstawienia do reżysera podchodzi Dagmara Sowa i coś mu szepce, być może prosi, by angielską narrację przeplatał polskimi choćby wtrętami, bo zaraz tak się zaczyna dziać.

Łukasz Kos jest w przedstawieniu rzeczywiście narratorem, koryfeuszem. Wypowiadany przez niego tekst (a wygłasza większą część wszystkich padających w spektaklu słów) ma charakter reportażowo-dokumentalny. Zgodnie z podtytułem spektaklu: Fikcyjny dokument. Ustala i przypomina kolejne sceny, które zapowiada w formie numerowanych artefaktów. Po tych zapowiedziach rozpoczynają się realizowane przez aktorów sceny z użyciem zapowiedzianych przedmiotów. Jest ich kilkadziesiąt. One budują spektakl, który w konsekwencji ma strukturę epizodyczną, asocjacyjną. Konteksty i znaczenia wielokrotnie widownia musi tworzyć samodzielnie i pewnie stąd wynikną rozmaite interpretacje. Możemy coś po prostu przegapić, czegoś nie rozpoznać, coś widzieć w zupełnie innej konfiguracji. Ale to cecha wielu współczesnych przedstawień, dlatego też są one tak fascynujące. Nie opowiada się tu żadnej linearnej historii. Musimy ją budować sami, aktywnie, odwołując się do demonstrowanych znaków, ale i własnej wiedzy, doświadczenia, wrażliwości. Nad dramaturgią spektaklu czuwała Fiona Ebner. Wykonała inteligentną i skomplikowaną pracę, bo przecież z tych rozproszonych okruchów układa się zajmująca historia.

Przedstawienie jest osobliwą teatralną historią miejsca: Kukułka to opowieść o Solnikach i pobliskim Zabłudowie. Fascynująca, ale jeszcze ciekawszy jest teatralny sposób jej opowiadania. Prezentację artefaktów i całą historię rozpoczyna scena z zegarem z kukułką. To klucz do spektaklu. Znakomity właśnie teatralnie. Jest okazją do pierwszej wielogłosowej wokalizy melodii Kukułeczka kuka (takich wokaliz, precyzyjnych, znakomicie wykonanych, będzie więcej, głównie na piosenkach Beatlesów, co pozwala określać m.in. czas akcji). Mały ścienny zegar z okienkiem dla kukułki (bo jej tam już nie ma) okazuje się bramą czasu. Trzyma go Michael Vogel, przytrzymując jednocześnie pustą ramkę będącą obrysem tego zegara. Przez tę ramkę wysuwa swoje ramię w stronę partnera (Stefan Wenzel), budując jakby pomost ze współczesnością. Wenzel ociąga się z uściśnięciem dłoni Vogla, nie jest pewien zawarcia przymierza z przeszłością, z czasem, który odmierzał stary zegar. To niezwykłe odniesienie do naszych czasów. Też nie potrafimy oswoić przeszłości. Albo ją gloryfikujemy, albo potępiamy, nie umiemy jej zrozumieć i pogodzić się z nią!

Dalej następuje cała seria scen z kolejnymi artefaktami. Niemal wszystkie trzymane przez aktorów przedmioty pochodzą z domu, który widzimy przez otwarte drzwi stodoły-sali teatralnej, w której odbywa się spektakl. Jeszcze rok temu była to stara, rozwalająca się chałupa. Dziś, z nowym oszalowaniem i dachem, z dobudowanym tarasem, wygląda całkiem apetycznie. Przedmioty-artefakty znaleziono podczas remontu: w piwnicy, na strychu, w zapomnianych izbach. Będzie ich więcej: nie tylko papierosy Popularne czy słój z pradawnymi ogórkami, ale i telewizor Koral, który posłuży do rozmaitych projekcji multimedialnych i cieniowych, fragment starej tapety, na odwrocie której znaleziono naklejone rosyjskie gazety, figurka Matki Boskiej, a choćby i fragment spróchniałego bala drewna, użytego ongiś do budowy chałupy... wszystkie te przedmioty są znaczące, związane z jakimiś historiami z przeszłości. Pierwsza część spektaklu dotyczy owych przedmiotów-artefaktów, komentowanych przez Łukasza Kosa i rozwijanych w etiudy przez aktorów. Przywołują obrazy, wspomnienia z przeszłości, a to działki po dawnej żydowskiej synagodze, a to cudu zabłudowskiego, a to lokalnych zwyczajnych ludzkich spraw. Do ich prezentacji czasem służy odnaleziony telewizor, na ekranie którego pojawiają się zamglone, niewyraźne migawki zdjęć czy specjalnie spreparowanych cieni budynków, czasem wystarczy po prostu przestrzeń sceny. W którymś momencie otwierają się drzwi stodoły-sceny w głębi, światło z wielkich paneli pada na widniejący z tyłu las (prawdziwy las!), na tle którego jakby procesyjnie wnoszona jest figurka Matki Boskiej. Wspomnienie zabłudowskiego cudu! Niezwykły obraz! Nie do powtórzenia w innych warunkach. Wszystkie etiudy, poprzez wykorzystywane przedmioty, opisują lokalną społeczność, środowisko, region, ów specyficzny genius loci. Świat zewnętrzny.

Druga część przedstawienia odnosi się do świata wewnątrz domu, do życia konkretnej rodziny, niekoniecznie tej zamieszkującej solnicką chałupę. Pokazuje – w nieco kabaretowej, przerysowanej formie – życie lokalnych mieszkańców: ich obyczaje, codzienne rytuały, pasje i rodzinne relacje. Aktorzy na podłodze sceny wyklejają białą taśmą rzut poziomy domu, z gankiem, kuchnią, pokojem i sypialnią, ustawiają w poszczególnych izbach podstawowe przedmioty. W miejscu drzwi wejściowych wklejają ruchomą listewkę. Przy bocznej linii, na zewnątrz obrysu domu, układają małe okienko. Nad sceną wisi zegar z kukułką. Ta niewielka przestrzeń będzie teraz ich polem gry. Wkładają kostiumy (dotychczas występowali w swoich codziennych ubraniach) i otrzymują role, które przydziela narrator. Wenzel, zramolały wiejski gospodarz, jest mężem, Sowa – jego biuściastą żoną, Samira Wenzel – starą i garbatą babką, Vogel – wujem pijanicą, Chomczyk – małomiasteczkowym dandysem, kuzynem pracującym na stacji benzynowej. Ich kostiumy są też kabaretowe, przesadne, byle jakie, ale w jakimś stopniu wpisane w sytuacyjny kontekst.

W części tej tekstu nie ma w ogóle. Aktorzy wykonują rozmaite codzienne czynności. Budują dziesiątki atrakcyjnych, chwilami wirtuozerskich mikroscenek. Babka człapie po mieszkaniu i przez kilka minut obiera kartofle. Jest staruszką i długo wpatrujemy się w jej niespieszne ruchy. Płynie czas, którego powolność wszak nas nie męczy. Przychodzą małżonkowie, każdy inaczej ogrywa ułożoną na podłodze listewkę drzwi. Mąż wychodzi raz i drugi na ganek na papierosa. Zawsze trzeba przecisnąć się przez maleńki plan domu, pokonać drzwi wejściowe, a i sama scenka palenia jest wielce atrakcyjna, zwłaszcza wypuszczanie dymu, pospieszne i sekwencjonowane. Sowa ma popisową etiudkę przy gotowaniu zupy. Wejście Kuzyna jest gwałtowne, zawadiackie, Pijaka – śmieszne. Wszyscy entuzjazmują się meczem transmitowanym w telewizji. Ktoś wychodzi na podwórko, podgląda co się dzieje w środku domu, podnosząc wówczas go góry leżące przy linii wyznaczającej obrys budynku małe okienko, ktoś inny ogrywa to samo okienko, by spojrzeć na podwórze z wnętrza domu. Same drobiazgi, ale z nich właśnie utkana jest niezwykła teatralna akcja. Życie płynie leniwie, czas prawie stoi, a kiedy wszyscy popadną w sen-letarg, Vogel pojawia się z marionetką pająka. To jakby zapowiedź lęków, koszmarów z nieuporządkowanej przeszłości, źle pozałatwianych spraw, niesprawiedliwych ocen i postępków. Pająk łazi po różnych postaciach, w sumie nie jest groźny, rzuca intrygujące cienie na ściany stodoły, ruchy jego członków są precyzyjne, mistrzowskie. Zza tylnej ścianki zegara z kukułką wyłania się inna lalka-potworek, animowana niewidocznie z odległości. Figurka Matki Boskiej zabłudowskiej obrasta bluszczem, otacza ją inny lalkowy demon z gigantycznymi dłońmi, turpistyczną czaszką i wydłużonymi ramionami-skrzydłami. Lalki Vogla są fascynujące, poruszają się błyskotliwie. Czas upływa niepostrzeżenie... W finale podnosi się z podłogi białe płótno-kurtyna, zakrywając całą przestrzeń gry.

I kiedy zdawać by się mogło, że to już finał, że solnicka historia dobiegła końca, aktorzy zapowiadają kolejną przerwę, w czasie której przygotowują nową przestrzeń. Biała kurtyna staje się ekranem, na niej wyświetlana jest projekcja pracowni Vogla i on sam przy pracy nad lalkami, coś jakby making of, aktorzy ustawiają przed widownią stół, na nim dziwne lalki, Voglowskie truchła, ale nie te z dotychczasowych scen. Możliwości jednej z nich (wokalne, muzyczne, animacyjne) znakomicie demonstruje Paweł Chomczyk. Trudno doszukać się sensu tej sceny, choć jest znów zajmująca, zwłaszcza lalkarsko. To wyższy poziom sztuki lalkarskiej, przecież niemal nieobecnej w całym przedstawieniu? Za chwilę wszystko się wyjaśnia (chyba?). Czworo aktorów z lalkami owych trucheł zajmuje prawą stronę stołu, po lewej siada Wenzel, którego bohater (Mąż) zostaje zastrzelony w końcówce przedstawienia, w wyniku jakiejś rodzinnej sprzeczki. Wracamy zatem do początku spektaklu, do sceny zegara z kukułką, który był bramą pomiędzy dwoma światami, bramą pamięci. Teraz wszyscy bohaterowie należą do tej samej przeszłości. Z nowo przybyłym Mężem lalki prowadzą leniwy dialog: kim jest, co myśli. I raczej z rzadka wypowiadane kwestie nie mają większego znaczenia. Ważny jest spokój, cisza, powolne ruchy lalek, do których dostosowuje się Wenzel. Może więc tam, po drugiej stronie dochodzi do ukojenia, zapomnienia krzywd, wyzbycia się nigdy nieuporządkowanej pamięci?

Aktorzy jeszcze raz wielogłosowo śpiewają angielski tekst piosenki Beatlesów: „ponieważ świat jest okrąły – to mnie nakręca..., ponieważ wiatr tak mocno wieje, odlatuję..., miłość jest stara, miłość jest nowa, miłość jest wszystkim, miłość jest tobą..., ponieważ niebo jest niebieskie – to doprowadza mnie do łez... Ach!"

Dziwne choć fascynujące, szalone lecz mądre, błyskotliwe choć miejscami niezbyt klarowne przedstawienie. Inny wymiar teatru. Ogromnie zajmujący! Czy wyniosłem z niego coś, o co chodziło twórcom? Nie wiem. Wiem tylko, że było to piękne spotkanie ze sztuką teatru, całkiem innego teatru niż ten, do którego się przyzwyczailiśmy. I to spotkanie pozostanie w pamięci.

Marek Waszkiel
Blog Marka Waszkiela
12 sierpnia 2019
Portrety
Łukasz Kos

Książka tygodnia

Tamara Łempicka. Sztuka i skandal
Wydawnictwo Marginesy
Laura Claridge

Trailer tygodnia

12. Festiwal Sztuk Alt...
Paweł Wrona
Odkrywanie świata sztuk alternatywnyc...