Kultura a władza

Każda władza to przecież tylko ludzie.

Taki tytuł nosi debata w Sopocie, na którą dostałem zaproszenie od Fundacji Pomysłodalnia. Ponieważ nie będę mógł wziąć w niej udziału, pragnę podzielić się kilkoma refleksjami na ten obszerny temat, jakiemu poświęciłem lwią część życia.

Jego pierwsza połowa upłynęła w systemie totalitarnym, który dla młodych pokoleń znany jest tylko z opisów i legend. Nikt, kto tego nie przeżył, nie zdaje sobie sprawy, z jak wielu misternych nici spleciona była lina, na której twórcy uwiązani zostali do rydwanów władzy. Zdobywamy o tym wiedzę z setek książek, ale dopiero codzienna praktyka skomplikowanej gry, jaką prowadzili artyści, każdy na swój sposób, z wszechwładną ideologią, dawała poczucie bezradnego miotania się w sieci półprawd i kłamstw literatury, filmu, czy teatru, w tym także teatru operowego. Dzisiaj używa się z oburzeniem słowa cenzura przy każdej okazji krytycznego stosunku władzy do przejawów wolnego ducha w sztuce. Ale w rozumieniu tamtych czasów dzisiaj cenzura nie istnieje. Obecnie wszelkie próby ograniczania wypowiedzi z powodów obyczajowych, czy politycznych, to tylko mniej lub bardziej ostry spór, w porównaniu z czasami, kiedy nie było mowy o jakiejkolwiek publikacji, czy dotarciu do odbiorców bez wcześniejszego zatwierdzenia jej w urzędzie cenzorskim.

Jestem za tym, żeby przykładać właściwą miarę do współczesnych zjawisk w kontekście doświadczeń historycznych. Nie można urzędników kancelarii prezydenckiej nazywać ludźmi pokroju Bieruta i Bermana, bo zginął obraz i kilka drobiazgów. Byłem także przeciwny wołaniu „gestapo" na zomowców, chociaż stałem w tłumie polewanym wodą i rozganianym pałami. Kontrola społeczeństwa i artystów dzisiaj nie jest równa tej, jaką mieliśmy na co dzień za komuny. To oczywiste, że marzy się nam wolność działania i wypowiedzi twórczych, ale nie istnieje tu na ziemi wolność absolutna i możemy tylko starać się przesuwać jej ograniczenia tam, gdzie to możliwe i racjonalne. Tak było zawsze. W teatrze te granice definitywnie wyznacza kontakt z żywą publicznością. Możemy ją prowokować, zmuszać do myślenia na temat stereotypów, jakie wyznaje. Możemy ją nawet obrażać, jeśli jej samoograniczenia wydają nam się naganne. Ale nie da się całkowicie podważyć świata wartości, jakie dana publiczność uważa za istotne dla swojego istnienia, bo wtedy możliwość dotarcia do jej sumień i wzruszenia będzie zamknięta, a nasz akt artystyczny jałowy i niezrozumiały, a może nawet zarozumiały. Każdy artysta ma swój osobisty wydział autocenzury mniej lub bardziej liberalny w zależności od tego, co i dla kogo tworzy.

Zależność od władzy też uległa diametralnej przebudowie. Oczywiście, że nie znikła zupełnie. Nigdy nie zniknie zależność artysty od tego, kto go utrzymuje. Kiedyś ta zależność była bezwzględna, bo miała podwójną strukturę. Byliśmy przez władzę utrzymywani finansowo, ale również całkowicie podporządkowani ideologicznie. W PRLu było stosunkowo dużo wentyli pozwalających na wyrażanie swoich poglądów w porównaniu z innymi krajami obozu socjalistycznego. Byliśmy, jak to się mówiło, w tym obozie najweselszym barakiem. Gwarancje tych ograniczonych swobód nie dawało nasze chojractwo, tylko dwa nieujarzmione do końca filary polskości, czyli kościół i rolnictwo indywidualne. Nie wszyscy o tym wiedzieli. Doceniliśmy te filary właściwie dopiero w stanie wojennym. Dzisiaj kraj jest wolny i demokratyczny. Kto twierdzi inaczej, jest idiotą, albo ma złe intencje, by fałszować obraz rzeczywistości. To jasne, że ta rzeczywistość dostarcza co chwila informacji o faktach, że demokracja została gdzieś naruszona, że państwo pokrzywdziło jakiegoś obywatela niesprawiedliwie, że system nie akceptuje nadmiernych rewizji i podważania jego podstaw. Są też przypadki, że silniejsze mocarstwo lekceważy nasze racje, lub narzuca nam swoje. Ale taki stan rzeczy jest powszechny. Nie ma to nic wspólnego z brakiem wolności jak w systemach totalitarnych. Stawianie znaku równości pomiędzy systemem rynkowej demokracji i komuną świadczy o kompletnej ignorancji.

Żaden teatr nie jest w stanie utrzymać się sam. Nawet popularne dzisiaj teatry prywatne korzystają z dodatkowych dotacji i bankrutują, kiedy się im tych dotacji odmówi. Nigdy bilety nie zapewnią funkcjonowania teatru, a już z pewnością teatru operowego. Według naszych obliczeń bilet do Opery Bałtyckiej powinien kosztować około sześćset złotych, żeby ta instytucja funkcjonowała samodzielnie. Oczywiście pod warunkiem, że widownia dalej byłaby pełna, co jest utopią, bo frekwencja z pewnością wyniosła by zero procent. Gatunek sztuki, który uprawiamy powstał na bogatych dworach i piękna scena w filmie Formana o Mozarcie, gdzie wystawiono „Czarodziejski Flet" dla ludu za pieniądze z biletów jest fikcyjna. Tak więc uzależnienie od władzy, czyli „organu założycielskiego", jak to się dzisiaj pięknie nazywa, jest konkretną rzeczywistością, przed którą nie uciekniemy. Ważna jest więc jakość tej władzy, jej relacje ze sztuką, wyczucie potrzeb społecznych, wśród których sztuka jest jedną z najważniejszych, chociaż pozornie wydaje się to jedynie marzeniem pięknoduchów. To właśnie demokracja i rozwój społeczeństwa obywatelskiego pokazuje, że sztuka wysoka jest tak samo niezbędna do rozwoju każdej populacji, jak edukacja, służba zdrowia i handel. To właśnie demokratyczne władze samorządowe są najbardziej stabilnym płatnikiem dotacji na kulturę. Żadne indywidualne fanaberie nie podważą przekonania większości rządzącego gremium, że bez kultury wartość społecznych zachowań i jakość życia gwałtownie się degradują.

Każda władza to przecież tylko ludzie. To poszczególne jednostki wychowane na konkretnych lekturach i spektaklach. Każdy z nich ma inny gust i swój własny system wartości. Narzucanie władzy dyktatu artystów w tych delikatnych kwestiach wymaga determinacji i odwagi, ale też ostrożności i starannej dyplomacji. Ten nieustanny dialog jest istotą właściwego prowadzenia instytucji artystycznej. Wszelkie manifesty i ich realizacje są rodzajem walki i przekonanie często bardzo opornych decydentów do swoich racji nie zawsze kończy się sukcesem. Trzeba więc w tej pracy, w tych naszych profesjach artystycznych, umieć również przegrywać. To część naszego losu, kiedy kończy się poparcie i kończy się możliwość dalszych kreacji. Nie trzeba wtedy podważać całego systemu, bo to nie on jest winien i nie jest tak, że zastąpienie go innym systemem ułatwi nam życie.

Marek Weiss
Weissblog
29 października 2015

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia