Kwaśne miejsce

"Miejsce" - Angelika Pytel – Psychoteatr we Wrocławiu

Reżyserka Angelika Pytel w spektaklu "Miejsce" ujawnia w pełnej okazałości zasadność nazwy wrocławskiego Psychoteatru. To teatr, który uderza prosto w to, co jest najbardziej skrytą naturą ludzką. W najgłębsze lęki i obawy. W najbardziej pierwotne z pierwotnych doświadczeń.

"Miejsce" momentami nawiązuje do innego spektaklu Psychoteatru – „Lasu". Jest to niejako rozwinięcie tej samej historii - pokazanie jej z innej perspektywy. Niemniej jednak i bez znajomości tamtego przedstawienia można na "Miejscu" doświadczyć pełnego, autonomicznego, a może i metafizycznego przeżycia.

Spektakl zaczyna się w kompletnej ciemności. Z ciszy wyłaniają się głośne dźwięki oddechów. Nie wiadomo, kto je wydaje, ilu jest oddychających, jak wyglądają, gdzie się znajdują ani jak daleko są od nas. Trwa to na tyle długo, żebyśmy zdążyli poczuć się naprawdę niekomfortowo. Nie pozostaje nam zatem nic innego, jak tylko poddać się tej niepokojącej niepewności.

Gdy powoli włączają się światła widzimy aktorów ustawionych w dwóch rzędach. Tworzą przeróżne symetryczne układy łączące taniec, oddechy, pantomimę, przeplatane fragmentami tekstu wypowiadanymi przez wszystkich aktorów, budujące się w jedną opowieść. Wrażenie niepokoju potęguje się.

Fragmenty historii opowiadane są ustami aktorów w sposób niechronologiczny, a czasami wręcz chaotyczny. Nie jest to jednak ten rodzaj chaosu, który utrudnia odbiór spektaklu. Powracają wątki z "Lasu". Główna bohaterka ma swoje alter-ego. Razem przeprowadzają nas przez świat złożony ze wspomnień, traum i obłędu. To schizofreniczne rozdzielenie głównej bohaterki na dwie jest ciekawym zabiegiem, gdyż jej postać przygląda się sama sobie – jak w lustrze. Ponadto, dzięki temu możemy poznać i zrozumieć ją z niejednolitej perspektywy. To nie tylko podkreślenie złożoności tej postaci, ale też po prostu pokazanie jej szaleńczego zmagania się z samą sobą, na pograniczu schizofrenii.

Scenografia jest minimalistyczna. Nie licząc tabliczek odbijających światła prosto w nasze oczy, na scenie widzimy wyłącznie aktorów. Wykonują oni specyficzne „dzikie" układy. Miotają się, padają, symulują drgawki. Wszystko opiera się na aktorach i aktorkach. Każda i każdy z nich od początku do końca oprócz budowania jednej wspólnej opowieści, tworzy też własną, indywidualną, spójną historię. W szczególności zwraca na siebie uwagę Malwina Szymaszek. Jej lekkość w ruchu i plastyka ciała zdecydowanie wyróżniają się na tle reszty obsady.

Widowiskowość spektaklu okupiona jest zmniejszoną liczbą piosenek w porównaniu do „Lasu". Nie jest ich całkiem pozbawiony, ale zachwycających utworów Angeliki Pytel słyszymy zaledwie kilka. Niestety zwraca na siebie uwagę fakt, że główna bohaterka do twarzy ma przypięty mikrofon, a na plecach świecący kontrolną diodą microport. Nie wydaje mi się to naprawdę konieczne, zwłaszcza na małej scenie Teatru Polskiego na Świebodzkim. Zakładam jednak, że ma to związek z chęcią dokładniejszego dostosowania poziomów głośności muzyki i wokalu. Ten mały mankament – bądź co bądź charakterystyczny dla współczesnego teatru - oddala nieco od naturalności i bezpośredniej bliskości, po którą chodzi się do kameralnego teatru.

Tym, co czyni Psychoteatr wyjątkowym, jest atmosfera. „Miejsce" wywołuje psychodeliczne wrażenie obcowania z czymś dziwnym, nowym, obcym, a jednocześnie czymś, w jakiś sposób znanym nam i bliskim. Przede wszystkim jest to jednak wrażenie zbliżenia się do mistycznej, pierwotnej prawdy. Jeśli takie wrażenia rzeczywiście chciała wywołać reżyserka, to jak najbardziej jej się to udało.

Dla mnie "Miejsce" było doświadczeniem, takim, po które jedni chodzą do tajemniczych szamanów, inni na psychodeliczne imprezy techno, a jeszcze inni do kościoła.

To kameralny teatr, który dociera głęboko do wrażliwości widza.

Kamil Kacprzak
Dziennik Teatralny Wrocław
10 lutego 2020
Portrety
Angelika Pytel

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia