L'chaim – By żyć!

11. Festiwal Kultury Żydowskiej "Warszawa Singera"

Na koniec wakacji według kultywowanego od jedenastu lat w mieście stołecznym zwyczaju odbył się Festiwal Kultury Żydowskiej - „Warszawa Singera". Dedykowano go pamięci Szymona Szurmieja, wieloletniego Dyrektora Naczelnego i Artystycznego Teatru Żydowskiego, ale przede wszystkich wielkiego serca i niekończącego się optymizmu człowieka. Pod wieloma względami tegoroczna edycja była szczególna i przełomowa.

Podjęto się realizacji programu po raz pierwszy poza granicami stolicy. Rozpoczęcie festiwalu przypadło w udziale mieszkańcom Biłgoraja na Lubelszczyźnie. Zaplanowano również podróż do Leoncina i Radzymina, gdzie wytyczono szlak upamiętniający patrona festiwalu, Icchoka Baszewisa Singera. Dla wielu zainteresowanych była to okazja do bliższego zapoznania się z bogactwem kultury żydowskiej oraz zwrócenia uwagi na sposób, w jaki przez lata mieszała się ona z kulturą polską, czego do dziś dnia obserwujemy rezultaty. Między innymi wśród spotkań festiwalu dowiedzieliśmy się jak niesamowitym fenomenem polsko-żydowskim jest muzyka chasydzka. Przekonać się o tym mogliśmy na Uroczystym Koncercie Kapeli ze wsi Warszawa. W programie pojawiły się także improwizacje oparte na starej muzyce chasydzkiej tria Jachna/Urowski/Olszewski. W literaturze pięknej znajdujemy równolegle wzrastające kreacje Matki Polki i niezależnej Jidisze Mame, do których nawiązywał program artystyczny poświęcony poezji Celii Dropkin. Festiwal przenikał wszystkie aspekty sztuki, także tej użytkowej.

Wiele wydarzeń debiutowało, między innymi po raz pierwszy odbył się Jazz Singer Festiwal. Jednym z trzech korzeni jazzu jest właśnie muzyka klezmerska, dlatego przedstawicieli tego gatunku mogliśmy wysłuchać w klimatycznym „Pardon to tu" lub „Składzie butelek". Na ponad połowę wydarzeń festiwalu wstęp był wolny lub za wcześniejszą rezerwacją. Dodatkowym atutem było uwzględnienie najmłodszych oraz zaproszenie całych rodzin do wspólnej nauki przez zabawę podczas projektu „Kibuc Warszawa" oraz „Dziecięca Warszawa Singera". Każdy mógł znaleźć coś dla siebie, od tradycyjnie przygotowanego przeglądu spektakli, po wystawy (możliwość zwiedzania większości także po zakończeniu festiwalu), warsztaty taneczne i językowe. Zaproszono duet kulinarny – Anetę i Jana Kuroniów, którzy zachęcali do wspólnego gotowania czulentu i dzielili się cennymi ciekawostkami kulinarnymi. Rozdawano nie tylko smakołyki, ale nawet książki w ramach szlachetnej akcji „Zaadoptuj książkę". Powodzeniem cieszyły się pouczające wywiady i spotkania związanych z kulturą żydowską autorytetów pod zbiorczym hasłem „Opowiedz mi swoją historię". Szczególnym zainteresowaniem podczas festiwalu, nie bez przyczyny, cieszyły się koncerty oraz różnego rodzaju spotkania poetycko-muzyczne. Zaproszeni zostali nie tylko wybitni kantorzy, ale także zaprzyjaźnione i powiązane z festiwalem zespoły muzyczne, takie jak Kapela ze Wsi Warszawa oraz liczni artyści występujący w ramach Jazz Singer Festiwal.

Brak słów

W pierwszym dniu festiwalu w Warszawie odbyło się czytanie performatywne pod żartobliwym tytułem „Po chińsku do Ciebie mówię", będące jednocześnie pierwszym wydarzeniem zaplanowanym w Warszawie. Sztuka Savyona Liebrechta odczytana została przez pięcioro aktorów Teatru Żydowskiego. Akcja rozgrywa się wokół rodziny Miriam (Małgorzata Trybalska), której rodzice i ciotka jako jedyni ocaleli z Holocaustu. Przedstawienie sztuki poprzez czytanie performatywne w reżyserii i opracowaniu muzycznym Pawła Paszty uwypukliło poruszone w niej problemy w komunikacji międzyludzkiej; forma podkreśla, że w potoku słów nie łatwo o wzajemne zrozumienie. Dom, który próbuje sprzedać Miriam kryje wiele tajemnic, zawiedzionych nadziei i niedopowiedzeń. Pomimo tytułu sugerującego lekki temat, główna bohaterka ze smutkiem opowiada o tragicznym losie swoich rodziców. Z przejęciem i nutą melancholii powraca do czasów dzieciństwa spędzonych w Izraelu. Artykulacja głosowa odgrywała decydującą rolę w przekazaniu emocji, ponieważ rekwizyty i ruch sceniczny znacznie uproszczono. Skupienie skierowano na sposób, w jaki odnosiły się do siebie postaci. Aktorzy nie poprzestawali na odczytaniu swoich ról, manipulowali napisanym pięknym językiem tekstem, oddając silne emocje i w ostateczności pozostawiając widzom pełen nadziei na przyszłość przekaz, zachęcający do dalszej lektury twórczości Savyona Liebrechta. Forma czytania performatywnego daje szerokie pole interpretacyjne, które otwiera się dzięki różnorodnej intonacji głosowej. Napięcie utrzymywane było do ostatniej chwili, dzięki zderzającym się poglądom dwóch sióstr: ciotka głównej bohaterki Karola (Ewa Greś) wypiera się przeszłości i lekceważąco odnosi się do wszystkiego, zaś jej starsza siostra, matka Miriam – Marta (Ewa Tucholska), wciąż żyje wśród umarłych, gdyż nie opuszcza jej poczucie winy i obowiązku względem rodziny. Marta rozkoszuje się w rozpaczy, pozostaje zakleszczona w przeszłości, rozdarta między życiem codziennym, a wspomnieniem kromki chleba, którą rzekomo zabrała młodszej siostrze w getcie. Akcja toczy się głównie w mieszkaniu, przy stole, gdzie ścierają się dwa pokolenia: rodziców, którzy przeżyli wojnę i ich dzieci. Skrajny pesymizm Marty i optymizm Karoli doprowadzają do tragedii w czterech ścianach domu dorastającej Miriam. W spektaklu nie zabrakło, również rozświetlającego przygnębiającą aurę motywu, pojawia się wątek miłosny, w którym Dawid Szurmiej odgrywa rolę odrzuconego kochanka. Aktorka w poruszający sposób przedstawiła swoją niechęć do matki Miriam, ale jednocześnie opowiadała, jak zajmowała się nią, gdy ta ciężko zachorowała. Ewa Tucholska trafnie odegrała kobietę o mani czystości i niewzruszonej postawie, której surowe podejście do córki oraz negatywne nastawienie do świata dają poczucie kontroli, by nie złamać się pod naporem wspomnień. Niechętnie przyjmuje ona pomoc od, jak go sama nazywa, brudnego Palestyńczyka, a w ostateczności pod naporem obcej litości rezygnuje z walki o życie, popełniając samobójstwo.

Rozstania i powroty

Tego samego dnia nie zabrakło także optymistycznych akcentów, dzięki kultowemu przedstawieniu „Skrzypek na dachu", który bawił i zachwycał jednych po raz pierwszy, innych w unowocześnionej odsłonie po wielu latach. Kolebka tradycji i lekcja, gdzie rzeczywiście znajduje się źródło radości. Warto przypominać sobie, że szczęście jest na wyciagnięcie ręki i przejawia się w zwykłej codzienności. Niezawodny Marek Szydło zapewnił wszystkim widzom wspaniały wieczór, dzięki wcieleniu się w rolę poczciwego Tewjego. 11. edycja festiwalu była przełomowa jeśli chodzi o ilość i różnorodność zorganizowanych koncertów, nie można zapomnieć o tym, że to właśnie „Skrzypek na dachu" znacznie przyczynił się do popularyzacji muzyki żydowskiej. Musical obchodził w tym roku swoje 50-lecie, a mimo upływu czasu jego ponadczasowy wydźwięk i piękna oprawa muzyczna wciąż zachęcają do przybycia wielu widzów. Barwne kostiumy (Marta Hubka) , tańce weselne w choreografii Jana Szurmieja przypominały nam, jak piękne może być życie, pełne miłości i codziennej szczęśliwości. Rozbrzmiewały słynne żydowskie powiedzenia L'chaim i Mazel tov, w końcu pogody ducha nigdy za wiele!

Gdziekolwiek jesteśmy, zawsze jesteśmy w połowie drogi

„Ostatnia miłość" po raz pierwszy wystawiona została w Polsce przez Schmuela Atzmona-Wircera. Sztuka powstała na podstawie opowiadania patrona festiwalu, Icchoka Baszewisa Singera udramatyzowanego przez Walerego Muchariamowa. Samotny milioner Harry (Schmuel Atzmon-Wircer) żegna swojego sekretarza i równocześnie najlepszego przyjaciela Marka (Stefan Szmidt), który decyduje się na nowo ułożyć życie, wyjeżdżając z całą rodziną do Izraela. Fakt ten zasmuca Harrego, któremu dotychczas w zupełności wystarczało wyłącznie okrojone towarzystwo w postaci sekretarza. Akcja rozgrywa się w apartamencie milionera, a cała uwaga skupia się wokół jego samotności. Mark próbuje przekonać przyjaciela do zmiany poglądów, co w tym wieku nie tylko zdaje się trudne, ale wręcz niemożliwe. Bieg rzeczy odmienia jednak pojawienie się uroczej Etel Brokeles (Alicja Jachiewicz – Szmidt doskonale wciela się w rolę kobiety dumnej i elokwentnej, lecz głęboko doświadczonej przez życie). Niczego nieświadoma pojawia się w mieszkaniu sąsiada, okazuje się, że wiele ich łączy. Oboje spędzili swoje dzieciństwo w Polsce, zaś aktualnie doskwiera im samotność. Główni bohaterowie, przekomarzając się ze sobą na scenie rozśmieszają publiczność. W ciągu całego przedstawienia rozgrywa się niewiele scen, większość stanowią rozbudowane dialogi, z których dowiadujemy się o losie postaci opowiadania Singera. Momentami widzowie mogą czuć się tym nieco znużeni, ale wyjątkowe poczucie humoru autora, jego cięty dowcip przekonywująco odegrany przez Shmuela Atzmona-Wircera, szybko to wynagradzają. Dodatkowo, aktor po raz pierwszy odgrywa sztukę w języku swojego dzieciństwa i wyraźnie słyszymy, że jest to piękna, melodyjna staropolszczyzna. Mistrzowskie poczucie humoru Singera w połączeniu z dojrzałą grą aktorską Alicji Jachiewicz – Schmidt sprawiają, że niezwykle intrygująca Etel pozostaje do końca uśmiechniętą, uroczą, lecz niosącą brzemię smutku postacią. Scenografia Aleksandra Lisianskiego składała się z niewielu elementów standardowych dla wyposażenia mieszkania oraz umieszczonego na scenie drzewa, który mógł symbolizował jesień życia bohaterów. Zarówno scenografia, jak i kostiumy przygotowane przez Swietłanę Berger oraz Bogdana Bodesa nawiązywały do tradycji żydowskiej i polskiej, oddając temperament bohaterów. Przykładowo, Chawa, której rolę odegrała Ewa Kozłowska nieco za bardzo wystrojona przychodzi do mieszkania Harrego. Przesadzony strój dodawał komizmu postaci, gdy narzucała mu swoje towarzystwo pod pretekstem źle zaadresowanej korespondencji. Podsumowując, tragikomedia w poruszający sposób opowiada o codzienności u schyłku życia, przypomina jak ważna jest miłość i radość bez względu na wiek.

U bram pamięci

Z okazji dziesiątego już zaproszenia Teatru NN z Lublina na Festiwal „Warszawa Singera" odbyła się premiera poematu muzycznego „Opowieści zasłyszane". Widzów powitano krótkim wstępem o szczerej miłości i przywiązaniu aktorów do Lublina, miasta którego historia nierozerwalnie związana jest z kulturą jidysz. Poemat muzyczny zbudowano na powtarzającym się motywie muzycznym w wykonaniu Roberta Brzozowskiego - kontrabas, Mariana Pędzisza – altówka oraz pojawiającym się przed i po krótkich siedmiu opowieściach wyśpiewanym przez Witolda Dąbrowskiego zdaniu w jidysz „Lublin, moje święte, żydowskie miasto". Zasłyszane i przyniesione do Bramy Grodzkiej opowieści sprawiają wrażenie mało znaczących anegdot. Witold Dąbrowski przemawia z mównicy, ton głosu ma przejmujący, patetyczny, robiący wrażenie odzewu rozsądku, pragnącego ocalić od zapomnienia z pozoru nic nieznaczące historie zwykłych ludzi, którzy zginęli w Holokauście. Tu wspomnienie o uczniu i nauczycielce, tam znów dzieci, malujące dzień przed zagładą motyle na ścianach. Ciepłe brzmienie altówki i kontrabasu kontrastuje z absolutnym okrucieństwem czasów, w których rozgrywa się akcja. Tytuł okazał się mylący, ponieważ można było spodziewać się dłuższych, opartych na fabule opowieści, tymczasem opowiastki nie miały ani początku, ani końca, tak jakby nagle zastygły na czyiś ustach. Jeśli taki był zamierzony efekt, to został osiągnięty, chociaż uważam spektakl za mało poruszający, pomimo dogłębnie smutnej tematyki.

Niebo nieustannie otwarte

Tego wieczoru odbył się przez wielu wyczekiwany uroczysty koncert w kościele Wszystkich Świętych. Wybór właśnie tego miejsca ma ogromne znaczenie symboliczne i stanowi potwierdzenie tego, że dwie religie o tych samych korzeniach nie tylko współistnieją obok siebie, ale również prowadzą dialog oparty na tolerancji i akceptacji. Reb Nachman z Bracławia mówił o muzyce chasydzkiej w ten sposób: "Chodźcie, pokażę wam nową drogę do Boga. Nie przez mowę, ale przez śpiew. Będziemy śpiewali i niebo nas zrozumie." Polska muzyka ludowa znajduje wiele wpływów z muzyki żydowskiej, obie rozwijały się tak blisko siebie, że właściwie trudno określić, gdzie zaczyna się jeden gatunek, a kończy drugi. Zespół Kapela ze wsi Warszawa wystąpił z materiałem z płyty „Wiosna ludu" oraz albumu „NORD", pochodzącym z podróży do Skandynawii w poszukiwaniu nowych inspiracji i melodii. Grupa jest bardzo znana i ceniona w Europie oraz USA, gdzie uzyskała nawet nominację do nagrody Grammy. Wiele powstałych utworów pochodzi z okolic Mazowsza, zaś język tekstów różni się od polskiego użytkowego. Mieliśmy okazję usłyszeć polskie kołysanki w urozmaiconej wersji oraz rytmiczne melodie z pogranicza polskiej muzyki ludowej i orientalnej żydowskiej. Przejmujący utwór „Musiałaś Ty dziewce" łączy brzmienia współczesne, wraz z motywem przewodnim „Zapomniałam matkę i ojca, a Ciebie nie do końca" utrzymanym w klimacie folkowym, usłyszeć mogliśmy melodię typowo jazzową, gdzie solówkę na trąbce zagrał Miłosz Gawryłkiewicz. Muzyka kultywowana przez członków Kapeli ze wsi Warszawa należy do pięknej tradycji i historii Polski, dlatego zaszczycić się może zasługą na rzecz pamięci narodowej. W utworze „Bendzie wojna" usłyszeliśmy niezliczone melodie chronione przed zapomnieniem i wprowadzające w muzyczną ekstazę rytmy. Szczególnie moją uwagę zwrócił charakterystyczny, klimatyczny głos Magdaleny Sobczak-Kotnarowskiej, przenoszący nas w mgnieniu oka w dawne czasy, solówki Sylwii Świątkowskiej na oryginalnym instrumencie o nazwie fidel płocka oraz ożywcza gra na skrzypcach Ewy Wałeckiej. Po raz pierwszy od samego powstania kapeli w 1997 roku do niczym niezmąconej harmonii kobiecych głosów dołączył głos męski. Pomysł połączenia oryginalnego śpiewu niezwykłego artysty Jorgosa Skoliasa z równie awangardową grupą okazał się strzałem w dziesiątkę. Artysta współpracował z wieloma znanymi zespołami, jednak w ostateczności wybrał własną drogę rozwoju. Opanował technikę śpiewu harmonicznego, którą zaprezentował, także podczas tego występu. Wysłuchanie na żywo prowadzonych trzech równolegle głosów jest dość nietypowym doświadczeniem muzycznym, ze względu na które przybyło wielu słuchaczy. Koncert był poruszający nie tylko dzięki specjalnie przygotowanemu na tę okoliczność programowi muzycznemu, ale zwłaszcza dzięki akustyce kościelnej, z którą absolutnie nic nie może konkurować. Muzycy kipieli otwartością względem ludzi, emanowali radością z życia i miłością do muzyki, a etnofolkowe brzmienia obijały się echem tego wieczoru na długo po opuszczeniu budynku kościoła.

Zamierzona brutalność

„Opowieść o Zuzannie Ginczance" to spektakl poetycko-muzyczny w reżyserii Ewy Dąbrowskiej oparty na odczytaniu biografii poetki wzbogaconej o wybrane wiersze recytowane lub śpiewane przez Ewę Dąbrowską oraz Dominikę Świątek. Na małej scenie znajdowała się sofa, a w tle animacje Malwiny de Brade, podkreślające piękną, orientalną urodę Zuzanny Ginczanki, która w późniejszych latach życia poetki stała się przyczyną jej napiętnowania. Przyciemniona scena oraz duet: Piotr Kajetan – fortepian, Marcin Dąbrowski – gitara, wprowadzały widza w nostalgiczny nastrój. Przepiękna muzyka, i tu na uznanie zasługuje szczególnie pieśniarka Dominika Świątek, która była autorką wszystkich kompozycji. Oryginalne wykonania nie tylko ułatwiały przekaz, tworzyły klimat, ale również otwierały widza na złożone interpretacje. Można było poczuć się bliżej poetki, wczuć w jej sytuację, wewnętrzną walkę, przede wszystkim dumę z pochodzenia zmieszaną ze strachem ujawnienia go i śmierci. Czas nie był sprzymierzeńcem Zuzanny, została rozstrzelana przez gestapo na kilka tygodni przed końcem wojny. Teraz, w 70. rocznicę jej śmierci podjęto zadanie przypomnienia wszystkim, jak wielce była utalentowana i jak niezwykle melodyjnym językiem posługiwała się w swoich wierszach. To inspirujące, jak trafnie można oddać za pomocą profesjonalnie i starannie dopracowanego spektaklu oblicze artysty. Poezja śpiewana oddaje najgłębsze emocje zamaskowane w wierszach Zuzanny Ginczanki, takich jak: „Non omnis moriar", która w codziennym życiu była raczej zdystansowana i łagodna. W wierszach zaś posługuje się ostrymi sformułowaniami, jak trafnie zauważył Michał Głowiński, wręcz „zamierzoną brutalnością". Wykonania Dominiki Świątek oddawały doskonale buntowniczy i zachłanny styl w wierszach poetki, która nie kontemplowała rzeczywistości, ale pragnęła zatrzymać ją taką, jaka jest. W śpiewie i recytacji kolejnych strof przebłyskiwała tęsknota za życiem, które zbyt szybko może się skończyć. Spektakl to raj dla miłośników poezji Zuzanny Ginczanki i wyjątkowa okazja, by zakochać się w niej po raz pierwszy.

Zmysłowa opresja

W połowie Festiwalu odbył się wieczór poezji Celii Dropkin – pierwszej Damy poezji jidysz. Minispektakl pod tytułem „Der alef-bejs fun der – Alfabet miłości" był niestety technicznie nieprzystosowany do małej sceny. Publiczności anglojęzycznej rozdano tłumaczenie, ale z powodu braku światła nie można było go odczytać. Niewidoczne były także wyświetlane w języku polskim napisy, zasłaniane przez grające aktorki. Zabrakło warunków do głębszych przemyśleń lub wzruszeń lirycznych. Anna Rozenfeld, Joanna Lisek, Benjy Fox-Rosen odczytały wiersze, z których wyłącznie brzmienie języka jidysz dla osób nieznających go wcześniej, można uznać za nowe doświadczenie. Z niewielu fragmentów, do których dotarło tłumaczenie, zauważyć można było bardzo zmysłową poezję. Artystka podejmowała się odważnej tematyki, wyprzedzającej ówczesne zwyczaje. Obecnie wiersze Celii Dropkin zdają się bardzo aktualne, ale szokujące jak na lata 20. i 30. XX wieku. Porusza w nich różne aspekty uczuć, nawiązuje do miłości bezwarunkowej do dziecka, a główna tematyka krąży wokół zmysłowej miłości między oblubieńcami.

Dzielmy się pięknem

Godnym zwieńczeniem oraz adekwatnie do wysokiego poziomu artystycznego zaprezentowanego na festiwalu przygotowanym wydarzeniem okazał się koncert finałowy poprowadzony przez Dawida Szurmieja. Zakończenie festiwalu odbyło się w plenerze, wśród gwaru rozmów gości wielu kultur i narodowości spacerujących ulicami Próżną i Twardą. Wstęp na koncert był wolny, jednak scena umieszczona została na placu Grzybowskim w taki sposób, że niewiele osób z zewnątrz (spoza strefy vip) mogło dostać się bliżej epicentrum rozgrywanego wydarzenia. W pierwszej części koncertu wystąpił uznany za jednego z najwybitniejszych artystów tzw. Nowej Żydowskiej Muzyki, Frank London wraz z Yaakovem Lemmerem, światowej sławy kantorem. Publiczność miała wielką przyjemność wysłuchać odmiennej techniki śpiewu oraz wsłuchać się w czarującą barwę lirycznego tenora. W drugiej części magię wieczoru kreował obdarzony wieloma talentami David D'or.

Śpiewaka, poza oczywistym dla wszystkich spektakularnym głosem, charakteryzuje obycie sceniczne oraz naturalna lekkość wprowadzania publiczności do wspólnego przeżywania muzyki. Z wielką przyjemnością porywał wszystkich, aby podobnie jak on szczerze rozkoszowali się muzyką. Posługiwał się różnorodną techniką wokalną z wielką precyzją, iż ledwo słyszalne były przejścia pomiędzy falsetem, a pełnym głosem. Lata doświadczenia na scenach filharmonicznych i operowych na całym świecie pozwoliły rozwinąć Davidowi D'orowi zdolności wokalne i pewność siebie, mimo to na scenie można było odnieść wrażenie, że przeżywa wszystko, jakby po raz pierwszy w życiu. W ten sposób znajdował się jeszcze bliżej przypadkowych przechodniów, których rzesze zaciekawione orientalnymi skalami, przepięknym brzmieniem języka hebrajskiego, a przede wszystkim jego niepowtarzalną barwą głosu, zatrzymywały się i wsłuchiwały się na przemian w melancholijną balladę lub rytmiczny, żywiołowy utwór, doznając być może muzycznego olśnienia. Nikt nie odszedł rozczarowany, niebo tego wieczoru było jasne i przejrzyste, mieniące się wszystkimi odcieniami niebieskiego i fioletu, jakby cały wszechświat sprzyjał muzycznej ekstazie. David D'Or dawał świadectwo dojrzałej miłości do muzyki i otaczającego go świata. Pod koniec koncertu porywał publiczność do odśpiewania słynnej ludowej pieśni żydowskiej „Hawa nagila, hawa neranena" – „radujmy się i śpiewajmy" oraz wspólnego wykonania kultowego singla zespołu A-ha „Take on me". Swoją chwilę mieli również skrzypkowie Yagel Harush oraz Alexander Kroytor (od tego momentu już każdy podrygiwał w rytm żywiołowej muzyki); w przepięknej interpretacji „Somewhere over the rainbow" łzy wyciskało solo pianisty Giora Linenberga oraz na sam koniec, ku zaskoczeniu uczestników, odbył się pokaz odegranej melodii za pomocą zaledwie...uwaga! dwóch łyżek. Oczywiście widzowie pożegnali Davida gromkimi brawami i doczekali się bisu, po którym odchodzili, jakby dopiero poznali kogoś, o kim nie można zbyt łatwo zapomnieć.

To tylko część wydarzeń, w których miałam przyjemność uczestniczyć w tym roku. Ostatnie tygodnie wakacji obfitowały w wydarzenia i atrakcje, których dostarczał nie tylko warszawiakom, pełen kolorów lata Festiwal Kultury Żydowskiej pod patronatem laureata nagrody Nobla, Isaaca Bashevisa Singera. Gratuluję podjęcia się organizacji przeszło 200 wydarzeń ze wszystkich możliwych odsłon świata kulturalnego Warszawy, nie sposób wyobrazić sobie tyle inicjatyw kończących się sukcesem. Mimo przeszkód i niekiedy niepowodzeń na tle technicznym, „Warszawa Singera" wytrwale i sukcesywnie realizowała ambitny program. Trudno o bogatszy i równocześnie przepełniony takim optymizmem festiwal, L'chaim chce się mówić, Hava nagila śpiewać i pisać w podziękowaniu za kulturalny spacer ulicami przedwojennej żydowskiej Warszawy.

Julia Zdzieszyńska
Dziennik Teatralny Warszawa
22 września 2014

Książka tygodnia

Pokusa przebaczenia
Oficyna Literacka Noir Sur Blanc
Donna Leon

Trailer tygodnia