Lalka staje się artystą

Rozmowa z Lesławem Piecką

Obok Mediolanu, Pragi i Salzburga, Warszawa, po ponad trzech dekadach, przywróci operze lalki. Wyjątkowe w skali Europy, a może i świata, bo grające w towarzystwie solistów i zespołu muzycznego. Każda z nich zawieszona na minimum 18 trzymetrowych niciach. Pojawią się na Scenie Marionetek, zainaugurowanej w Łazienkach Królewskich premierą opery buffa "La serva padrona".

Z reżyserem spektaklu "La serva padrona", Lesławem Piecką, rozmawia Jolanta Gajda-Zadworna.

Jolanta Gajda-Zadworna: "Lalka też człowiek" głosi podtytuł jednego z polskich festiwali. A czy lalka to też artysta?

Lesław Piecka: - Z pewnością lalka jest nie tylko bohaterem spektakli dziecięcych. Dla teatru czy, szerzej, dla kultury, dla tradycji - niezależnie od rejonu - to ważny element. Na przestrzeni wieków, w rytuałach, lalki łączyły świat materialny i duchowy. Jednocześnie były obrazem człowieka. Poddanym mniej lub bardziej temu, kto je animował. Lalka na scenie bywa abstrakcją człowieka, czasem metaforą. Może też być artystą. Postaramy się to pokazać na Operowej Scenie Marionetek otwieranej właśnie w Łazienkach Królewskich. Nawiązujemy tym projektem to teatralnej formy, która narodziła się we Włoszech w XVII w., równocześnie z tradycyjną operą, ale i do polskich doświadczeń sprzed trzech dekad.

O jakich doświadczeniach mowa?

- W 1981 r., dzięki pasji i determinacji ówczesnego dyrektora Warszawskiej Opery Kameralnej Stefana Sutkowskiego, odbyła się pierwsza lalkowa premiera. To był "Aptekarz" Josepha Haydna, jedna z kilku oper stworzonych przez tego kompozytora dla sceny marionetek. Spektakl wystawiony został w foyer Teatru Wielkiego. Scena Marionetek działała z przerwami i bez stałej lokalizacji (gościła m.in. w nieistniejącym już warszawskim kinie Skarb) do 1992 r. Została reaktywowana za sprawą obecnego dyrektora WOK Jerzego Lacha dwa lata temu. Przygotowaliśmy wtedy spektakl Mozartowski "Uprowadzenie z Seraju". Premiera odbyła się w siedzibie Opery Kameralnej, również pięknej i stylowej, teraz jednak dzięki przychylności dyrektora Łazienek Królewskich Tadeusza Zielniewicza wejdziemy do teatru pamiętającego wiek XVIII. Bardzo prawdopodobne, że król Stanisław August Poniatowski, wielbiciel i mecenas sztuki, zaprosił do niego jakiś spektakl operowy wykorzystujący marionetki. Była to wtedy bardzo popularna forma sceniczna.
Mieszczący się w Starej Oranżerii, oddany po kilku latach remontu Teatr Królewski jest wymarzonym miejscem dla Operowej Sceny Marionetek. Scena ta to też realizacja marzenia, które towarzyszy mi od lat, odkąd skończyłem wydział lal-karski we Wrocławiu i zorientowałem się, że w ponad 25 polskich teatrach lalkowych ta wyjątkowo trudna technika - operowania lalką zawieszoną na niciach - jest niemal nieobecna. Miałem szczęście spotkać mistrzów sztuki lalkarskiej także w rodzinnym domu. Rodzice byli lalkarzami. Pierwszym konstruktorem lalek do wspomnianego "Aptekarza" oraz do kolejnych przedstawień był mój ojczym.

Na inaugurację w Teatrze Królewskim proponujecie operę buffa G.B. Pergolesiego. Dlaczego tę?

- "La serva padrona", czyli "Służąca panią", to typowa opera komiczna - o nieskomplikowanej, pełnej humoru fabule i urokliwej muzyce. Przeznaczona jest dla dwojga wokalistów, mima i małego zespołu instrumentalnego. Realizowałem ją równo 30 lat temu dla WOK Stefana Sutkowskiego, oczywiście w innej scenografii, z innymi lalkami i wykonawcami.

Jak duże muszą być marionetki, żeby zaistnieć na scenie?

- Kiedy oczarowany oglądałem spektakle podczas festiwali, ale też na stałych scenach operowych marionetek w Salzburgu, w Mediolanie, miałem wrażenie, że lalki tam występujące są co najmniej metrowe. Tak przykuwały uwagę. Zawieszone na niciach - bo tylko te nazywamy marionetkami, a mamy jeszcze pacynki, kukiełki, jawajki i lalki z teatru cieni - najczęściej liczą ok. 60 cm, maksymalnie 80 cm. Wyższe byłoby trudno animować. Jeśli widzimy lalki ponadmetrowe, ważące nawet 30-40 kg, to "prowadzone" są już one na drutach.

Czy lalka przeznaczona dla opery ma jakieś wyjątkowe cechy?

- Tak. Marionetki spotykane w teatrach prowadzone są najczęściej na krótkich niciach, "przy nodze" animatora. Tak też animował lalkę bohater pamiętnego filmu "Być jak John Malkovich". Pokazywał tam artystyczne mistrzostwo, a jednak przewrotnie powiem, że taka forma marionetki jest prostsza "w obsłudze". Na ogół nie oczekuje się od niej zegarmistrzowskiej precyzji gestów. Inaczej niż w przypadku lalki operowej. Ta poprzez detale musi wyrażać szeroką gamę uczuć. W jej budowie mamy więc liczne stawy umożliwiające cyzelowanie drobnych działań, ale też mamy możliwość rozmachu. Nie bronimy jej nadmiaru ani przerysowania ekspresji. Szczególnie w komicznej operze buffa. Przewagą lalki nad stającym na scenie operowym śpiewakiem jest z pewnością zakres ruchu. Marionetka nie musi pamiętać o przeponie, może "śpiewać" w pozycjach karkołomnych, stawać tyłem i bokiem do widowni, przemieszczać się dynamicznie po scenie.

Jeśli ma odpowiednie wsparcie...

- W naszym spektaklu występują znakomici soliści - Marta Boberska i Sławomir Jurczak. Towarzyszą lalkom głosem, stojąc w półmroku. Powyżej, w całkowitym ukryciu, znajdują się animatorzy, a jednak zależy nam na pokazaniu "potrójnej jedności" zawiązanej między lalką, solistą a aktorem animatorem.

Można powiedzieć, że w waszym spektaklu marionetka bywa bardziej żywotna niż człowiek?

- Myślę, że tak. Przez pięć lat obserwowałem w Nowym Jorku różne sceny, także musicalowe. Błyszczeli na nich najlepsi z najlepszych, kompletni głosowo i aktorsko. Prawda jest jednak taka, że jedynie tam o rolę walczą dziesiątki, a nawet setki rewelacyjnych kandydatów. Na innych scenach walory głosu nie zawsze łączą się z mistrzostwem gry i choreografii. W operze marionetek możemy połączyć talenty człowieka i możliwości lalki.

Jak Operowa Scena Marionetek WOK w Łazienkach Królewskich będzie wyglądać w porównaniu z innymi tego typu teatrami?

- Warto zwrócić uwagę, że to jedyna w Europie (a być może na świecie) scena, na której lalka działa wspólnie z solistą i zespołem (w tym przypadku Instrumentów Dawnych WOK). Muzyka i śpiew towarzyszą spektaklowi na żywo, podczas gdy w Salzburgu oraz w teatrach włoskich czy niemieckich są odtwarzane.

Marionetka musi być pasją dla lalkarza?

- Jak najbardziej. Muszę wykształcić w animatorze potrzebę zaprzyjaźnienia się z lalką, zrozumienia jej konstrukcji, żeby była posłuszna jego woli. Nie ma nic gorszego niż lalka telepiąca się po scenie wbrew staraniom animatora.

Czyli "lalka to też człowiek" i "też artysta", kiedy z talentem jest pociągana za sznurki?

- Lalka zawieszona na niciach jest czymś wyjątkowym nawet dla środowiska lalkarzy. Krąży wśród nich taka anegdota. W XVIII w. żył lalkarz nieprześcigniony. Kiedyś tak oczarował kunsztem zamożnego widza, że dostał propozycję odsprzedania za niebotyczną cenę lalki, którą tak mistrzowsko prowadził. Zgodził się. Kiedy jednak kupiec otworzył skrzynkę, zobaczył samą lalkę. Bez krzyżaka.

Zabrakło duszy?

- I jej narzędzia. To w konstrukcji krzyżaka, skrywanej często w tajemnicy, tkwią sekrety niuansów animacji. Decydujących o artyzmie. W spektaklu "La serva padrona", który premierę będzie miał 26 lutego, widzowie zobaczą sześć lalek - po dwie wersje każdej z postaci. Kupiłem dla nich 300 m nici. Ledwo starczyło na zawieszenie wszystkich lalek. Każdą z nich łączy z krzyżakiem od 18 do 22 nici. Każda po trzy metry długości. Żeby ujarzmić tę sieć, aby przekazała lalce życie w sposób harmonijny, poruszający, prawdziwy, potrzeba pewnej ręki animatora. Jego determinacji i "czuja". Jak widać, lalkarzowi nie tylko w sercu, lecz i w ręce musi grać.

Lesław Piecka - reżyser i specjalista w dziedzinie animacji i konstrukcji lalki niciowej.

Jolanta Gajda-Zadworna
wSieci
26 lutego 2016
Portrety
Lesław Piecka

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia