Lalki i potworki, czyli weryfikacje Pamięci

"Trash story..." - reż. Ewelina Pietrowiak - Teatr Ateneum w Warszawie

Bez wątpienia to Ursulka jest główną bohaterką "Trash Story" Magdy Fertacz. To ona napędza akcję dramatu, jest jej - choć prawie przez całą sztukę pozostaje niewidoczną dla reszty bohaterów - początkiem i końcem. Kiedy Jadwiga Jankowska-Cieślak pojawia się na scenie w zniszczonej dziewczęcej sukience-fartuszku "z epoki", a więc z czasów sprzed II wojny światowej, oczywiste staje się, że Ursulka będzie także nietypową, ale jednak heroiną spektaklu Eweliny Pietrowiak.

Jankowska-Cieślak od pierwszych sekund swego bycia na scenie wywołuje niepewność i strach. Dziewczynka o twarzy zniszczonej, dojrzałej kobiety nie może być ani-mulą przyjazną. Jest duchem, który nie zazna spokoju, dopóki "oni nie zechcą posłuchać jej ulubionej piosenki". Oni to nowi, choć już od przeszło pół wieku polscy właściciele domu nad rzeką. A ulubiona piosenka to ta niemiecka, którą śpiewała, idąc z rodziną na pole. Oni nie słuchają, więc Ursulka zwraca się do publiczności: "Wy posłuchajcie".

Ursulka pojawia się w saloniku, w którym na sofie śpi Matka (Maria Pakulnis). Salonik nie jest wytworny, nie jest też urządzony w starym stylu. Jest zwykły, dzisiejszy, w stylu drobnomieszczańskim. Drewniane belki tworzą trzy prześwitujące ściany, zza których widoczni będą pojawiający się aktorzy. Zanim jednak zobaczymy ich, na scenie króluje ona - Ursulka. Ustawiona na stołku miniaturka jej dawnego domu rodzinnego jest pomocą w wyjaśnieniu słuchającej widowni, jak urządzony był ów biały dom z czerwoną dachówką. Miniaturka ma ruchomy dach, gdy się go podniesie, ręką lalki Ursulka pokaże, jak dom wyglądał od środka, w których izbach spała rodzina. Potem wzrok Ursul-ki i ręka lalki szybko przeniosą się na Matkę, bo dokładnie w tym miejscu stała drzewiej kuchnia węglowa i stół. Teraz stoi tu sofa, na której leży obca kobieta, jedna z tych, którzy nie chcą słuchać niemieckich piosenek.

Bo właśnie nie tyle o niepamięci, co o braku chęci do pamięci jest ten spektakl. Fertacz nie na darmo sformułowała podtytuł: "albo sztuka (nie)pamięci", co Ewelina Pietrowiak skrzętnie wyłuskała. Bohaterowie "Trash Story" nie chcą pamiętać o tym, co wydarzyło się na ziemi, po której chodzą, w domu, w którym mieszkają. A rzeczywiście miało tam miejsce sporo tragedii, zważywszy na fakt, że akcja dzieje się na Ziemiach Zachodnich (na stronie internetowej Teatru Ateneum funkcjonuje termin propagandy PRL-u: "Ziemie Odzyskane" - sic!). Bohaterowie umiejętność niepamięci opanowali perfekcyjnie nie tylko w odniesieniu do tragedii niemieckich Ursulek (dziewczynka, jej matka, rodzeństwo i osamotnione przez mężów walczących na froncie kobiety ze wsi w chwili nadejścia Sowietów popełnili zbiorowe samobójstwo, wieszając się na czym bądź w stodole rodziców Ursulki). Matka, Wdowa (Marta Gajko) i Ojciec (Tadeusz Borowski) nie pamiętają nawet tego, co wydarzyło się nie tak dawno w ich rodzinie. Zycie i śmierć żołnierza wracającego z Iraku (odpowiednio: męża, syna i brata Syna - w tej roli Bartłomiej Nowosielski) każdy tłumaczy sobie na własny użytek. Pragną, by pamięć żyła w swej kalekiej formie, niepełna, wymodelowana przez ich intelektualną i moralną wygodę. Matka nie przyjmuje do wiadomości, że syn bał się wojny, chce wierzyć w jego bohaterstwo i odwagę. Nie godzi się także na jego śmierć - wciąż, mimo upływu czterech lat, na niego czeka. Ojciec, by nie pamiętać, uciekł do Ameryki. Oboje przymykali oko na zaborczość syna i pełne zazdrości traktowanie przez niego swej żony, dziś także o tym "nie pamiętają".

Fertacz konstruuje iście ibsenowską aurę: dom na wsi, tajemnice rodzinne, demoniczna i jednocześnie poraniona matka, wątek rzecznego topielca (pojawiający się także u Przybyszewskiego, Eliota...). Niestety to, co mogłoby stworzyć poruszający spektakl - owe skandynawskie poetyckie niedopowiedzenie, ukrywanie i bolesne odsłanianie, tego co trudne, podskórne - pozostaje jeszcze do odkrycia na scenie. Mogłoby być bardzo ciekawie, było ciekawie. Sztuka Magdy Fertacz ma w sobie dziwnie wciągającą moc, nie pozwalającą w lekturze skupić się na niedokładnościach tekstu, jego nieścisłościach. "Trash Story" fascynuje poetyckim ujęciem tematu historii tej dużej, zbiorowej, ale i tej malej, indywidualnej. Na scenie ta sztuka okazuje się dziełem w możności. Rozbudzony lekturą apetyt nie zostaje zaspokojony. Pozostaje niedosyt. Dziwnym trafem nieścisłości, które Fertacz maskuje siłą języka i metaforą, Ewelina Pietrowiak uwypukla. Dopiero gdy oglądamy spektakl, pojawiają się pytania o logikę zdarzeń: jak to możliwe, że tak długo Matka nie widziała Syna (cztery lata, jak można by wnioskować z rozmowy)? Czy Syn przyjeżdża na urodziny brata po raz pierwszy od czterech lat? Przyjechał rowerem - podróż zabrała mu, jak mówi, dwa dni, czyli mógł przejechać jakieś sto, sto pięćdziesiąt kilometrów. A więc mieszkał przez cztery lata tak blisko domu i nie odwiedzał go? Takich haczyków jest więcej. Żołnierze służący w Iraku raczej nie otrzymują przepustek na powrót do domu. A ci, którzy mają problemy psychiczne, poddawani są badaniom psychologicznym, które w wypadku syna z pewnością wykluczyłyby jego ponowny wyjazd. Takich niekonsekwencji nie da się obronić argumentem scenicznej metafory i poezji, bo po prostu przeszkadzają w odbiorze. Podobnie jak przezwisko "Mały" i zwrot "Pani", do którego chyba nikt z wymawiających je aktorów nie miał przekonania.

Pierwsza krótka scena: wejście Ursulki do pokoju, w którym śpi Matka, pozostaje emblematyczna dla tej inscenizacji. Przedstawia bowiem dwie najważniejsze, jak się później okaże, postaci spektaklu, bo właśnie opiera się on na grze wyłącznie Jadwigi Jankowskiej-Cieślak i Marii Pakulnis. Aktorki tworzą przejmujący tandem. W momentach, gdy obie przebywają na scenie, wyczuwalny jest wspólny rytm, któremu się poddają. Jedna należy do świata umarłych, nie może jednak opuścić świata żywych, dopóki nie zostanie przypomniana przez współczesnych lokatorów domu. Druga, Matka, także cierpi, choć w realności. Jej lekko obłąkane spojrzenie zawiera nie tylko głęboki ból, pochodzący z doświadczenia rodziców, ale i obłudne prostactwo w stosunku do synowej. Prostacka i bolesna jest też sprawa zweryfikowanej rzez nią pamięci syna. Maria Pakulnis gra Matkę tak, jak określił tę postać jej mąż: "zimna i słona jak śledź", czym przypomina matkę Amy, Lady Monchensey ze "Zjazdu rodzinnego" Eliota (notabene pisanego także w stylu ibsenowskim). Lecz aktorka nie szufladkuje postaci. Podobnie, jak czyni to Jankowska-Cieślak: potrafi w takim samym stopniu głęboko cierpieć, jak i głęboki ból zadawać.

Ursulka Jankowskiej-Cieślak jest nieoczywista, fascynująca i jednocześnie odstręczająca. To rzeczywiście świetny pomysł, by tę aktorkę obsadzić w roli naiwnie demonicznego ducha niemieckiej "blondyneczki". Jej Ursulka nie ma sobie nic z lekko przygarbionej dziewczyny z potarganymi włosami z plakatu towarzyszącemu spektaklowi (autorstwa Andrzeja Pągowskiego). Blondyneczka w spektaklu Eweliny Pietrowiak targa ze sobą sporych rozmiarów szmacianą lalkę. Takie lalki zawsze są lubiane przez dzieci, bo mają miły wyraz twarzy i miękkie kształty dalekie od zimnych kościstych Barbie: nadają się przede wszystkim do przytulania i zasypiania z nimi. Sceniczna lalka wcale nie jest jednak ciepła, ani tym bardziej niewiele ma w obie z lalki-przytulanki. Owszem, jest towarzyszką Ursulki (ubrana nawet w taką samą sukienkę i fartuszek), ale często towarzyszką podporządkowaną rozkazom dziewczyny, bezwolnym wypełniaczem jej nierzadko okrutnych rozkazów: zmienić się w Złodziejaszka, wykraść sny bohaterom. W innych okolicznościach mogłaby być lalką-pocieszycielką, w ramionach Ursulki jest potworkiem o złym spojrzeniu i wykrzywionej twarzy.

Zawodzą pozostali aktorzy, fundując grę opartą na sentymentalizmie. Mnóstwo tam sentymentalizmu, którego się nie wstydzę" - przyznała Fertacz w rozmowie z "Dialogiem". Sęk w tym, że sentymentalizm w jej sztuce ujęty jest w karby poezji, autorka znajduje dla niego silnie umotywowany grunt. Sentymentalizm jest tu pomysłem i sposobem ekspresji, semantycznym źródłem siły, nie sprowadza się jedynie do nerwowego wykręcania dłoni, deklamacyjnego wyznawania uczuć i grzechów, hipnotycznego poruszania się po scenie. I ten Ojciec pojawiający się w stroju kowboja! Nieprzekonująco wypadły także dwie sceny z kradzieżą snów Syna i Wdowy. Właściwie nie znając tekstu, chyba trudno byłoby zorientować się, że w momencie natarcia Ursulki bohaterowie śnią. W tych dwóch scenach znów fascynuje natomiast Jankowska-Cieślak. Ursulka jest w nich okrutnym dzieckiem, ale takim, które dla swego okrucieństwa znajduje motywację w bólu. Dlatego w scenie snu, kiedy Złodziejaszek podszyje się pod Boga gromiącego Wdowę za złe prowadzenie się (Wdowa była jak się zdaje postacią bogobojną), Ursulka schowa się za swą dużą lalkę, wystawiając ją na plan pierwszy. To lalka gra tu pierwsze skrzypce, jest świetnym medium dla złości, gdyż nie poddaje się zwątpieniu i zagubieniu obecnemu często w spojrzeniu Ursulki. Zagubienie w niepamięci determinuje złośliwość ducha "starej dziewczynki", małą chęć zemsty, choć często ta złośliwość kończy się zdezorientowaniem i zmęczeniem. Wtedy Ursulka siada na podłodze w kącie, macha głową, jakby chciała sobie coś wytłumaczyć. Wydaje się niewiele rozumiejącym duchem. Docierały przecież do niej tylko fragmenty rozmów dorosłych, z których, jak to dziecko, próbowała skleić prawdę o świecie widzianym swoimi oczami.

Chyba najbardziej poruszająca scena - zarówno w tekście Fertacz, jak i w spektaklu Pietrowiak - to czytanie listów. Trzy aktorki, Matka, Ursulka i Wdowa, siedzą w półmroku, każdą z nich oświetla inne światło punktowe: Matka na kanapie, Wdowa po jej przeciwnej stronie, na środku Ursulka. Czytanie listów w samotności to dla nich także pewnego rodzaju wyznanie winy swej teraźniejszości, ale i terapia, chęć znalezienia wytłumaczenia dla siebie. Listy pochodzą bowiem z wojen, pisane były przez mężczyzn ważnych dla kobiet. Ursulka czyta listy ojca do matki z frontu wschodniego, Matka isty swej matki pisane przez ojca z Oświęcimia (po powrocie nigdy nie był taki sam, zyskał "spojrzenie Mongoła"), a Wdowa - od męża z Iraku. Kobiety czytają je fragmentami, na zmianę. Inny język, realia, ale żal w nich zawarty i niezgoda na sytuację taka sama. Lektura listów dla każdej z nich to również możliwość ponownego przeżywania i przypominania. Ursulka w tej scenie się wycisza, jak dziecko, które nagle zostaje przez coś pochłonięte. Matica także znajduje ukojenie w mądrych listach ojca. Wdowa ma problemy z odczytaniem prostych i mocnych słów męża, jakby one i on nie byli z jej świata.

Zakończenie spektaklu jest irytująco pogodne. Celowo używam słowa "pogodne", bo ono tu świetnie pasuje. Oto rzeka w końcu wyrzuciła ciało zmarłego syna. A dopiero pochowane ciało, jak mitycznej animuli, daje spokój żyjącym. Ukazujący się tuż przed tą sceną duch Ursulki również zaznał wreszcie spokoju, bowiem kobiety jej odnalezione ciało także pochowały. Jest więc pogodnie i znów sentymentalnie, choć mało czytelne pozostaje w spektaklu, co spowodowało tak pozytywną przemianę w Matce i Wdowie (scena rozliczenia się z Pamięcią Ursulki, a więc moment jej ukazania się bohaterom, została rozegrana bardzo szybko i niezrozumiale). Teraz między nimi zapanowała zgoda, przyjaźń i zrozumienie, czego przypieczętowaniem ma być rozwieszony hamak i czarna chusta, którą Wdowie nakłada na ramiona Matka. Z tym pokojowym zakończeniem współgra scenografia: ciesząca oko piękna zielona trawa i spokojna rzeka w głębi sceny (przypomina się wówczas Lupa, ale i "Woyzeck" Buchnera w reżyserii Mai Kleczewskiej). Sielskość wydaje się jednak nietrafionym komentarzem dla powagi tematu. Jest obcym wtrętem do Pamięci rozliczeniowej, jakby autorka tekstu i reżyserka przestraszyły się niejednoznaczności, nieoczywistości, na którą dały wcześniej zgodę.

Justyna Kozłowska - doktorantka Instytutu Sztuki Polskiej Akademii Nauk w Warszawie, publikuje w "Teatrze", "Dialogu", "W drodze".»

Justyna Kozłowska
Teatr 2/09
3 lutego 2009

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia