Lambada w Sopocie

"Dolce Vita" - reż. Kuba Kowalski - Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu

Sceniczny nokaut w przeddzień 25-lecia III RP wobec symbolicznych słów Joanny Szczepkowskiej ogłaszającej koniec komunizmu. W Kochanowskim Polska współczesna zrobiła swoją wielką kupę jubileuszową posypaną brokatem do rytmu lambady. Przedstawienie godne kazania z ambony biskupiej ustawionej pod płonącą tęczą, ponoć gejowską, na Placu Zbawiciela w Warszawie.

Prapremierowa "Dolce Vita", pisana specjalnie na potrzeby opolskiej sceny dramatycznej, jest nad podziw współczesna, ale koresponduje z klasyką polskiego dramatu (Kartoteka Różewicza) i co najważniejsze - pozostaje do syta treściwa. Dosadny portret III RP wystawiony z wielką fantazją, humorem, swadą. Wielkie brawa na widowni, wielkie poruszenie w duszy każdego widza uwidaczniające jego bezsilność, niewiarę, ironię, wyrywkowość i trudności w porozumiewaniu się rodaków doby pokolenia online. Pachnie to wszystko, doprawdy, "Kartoteką" zgasłego ledwie co Różewicza.

"To jest moja ręka. () Moja żywa ręka jest taka posłuszna. Robi wszystko, co pomyślę" - Marcello Wojciecha Solarza rozpoczyna wędrówkę przez kartotekę różewiczowską, uwspółcześnioną do bólu. Czego tutaj nie ma! Pełnokrwiste sceny w farszu na przemian słodko - kwaśnym, pikantnym, po wesołą nutę słodkości w rozbestwieniu dostatniego przecież życia. Skandaliczny swego czasu film Felliniego - tu, skumulowany - miast bezbrzeżnego zgorszenia daje asumpt do zastanowienia się nad kondycją człowieka szczęśliwego przez upupienie. Niemoc, stateczna niedorosłość głównego bohatera postawionego przed wyborem: żona, dziecko, mieszkanie, bycie - faktyczne - razem, zadowoli cały polski katotaliban, dając mu do wglądu drogę grzesznika zmierzającego w stronę Boga, chociaż jest to droga przez Fejs-Boga (ujmująca rola Łukasza Wójcika). Skrajna lewica zliczy na plus fakt, że Marcello nie wyrucha swojej Emmy (Aleksandra Cwen) bez gumki, gdy ta, de facto, chciałaby - w sensie wiek chrystusowy, dzieci, rodzina...

To tylko jeden z kontrastów, których w spektaklu jest co niemiara, a ich intensywność bliska podprogowości poprzez faktyczną korespondencję z dniem dzisiejszym pozostawia widownię każdej proweniencji bez obaw - wszyscy zostaną obrzuceni błotem po równo za grzeszki byłe, niebyłe, a nawet te w skrytości ducha jeno marzone. Wybrzmiewa zatem "Skowyt" Allana Ginsberga w pełnej doniosłości; posłyszeć można nutą wyobraźni: "Hera koka hasz LSD" Karoliny Czarneckiej z tegorocznego Przeglądu Piosenki Aktorskiej (Szef - Macieja Namysły). Są czerwone rury, szmaty komusze w wydaniu matki Marcellego (Judyta Paradzińska) takowo nazwanej przez swego męża (fenomenalna kreacja Jacka Dzisiewicza), który wciąż na niebie szuka prezydenckiego Tupolewa. Podróż przez cycaty pudelek.pl w oszałamiającej kreacji Sylwestra Piechury przywodzącej na myśl njusowość opolskiej Anny znanej z tego, że jest znana, a co kilkanaście tygodni hołubionej artykułem nawet przez opolskie wydanie Gazety Wyborczej Opole. Tenże aktor w roli pielęgniarki sypiącej cytatami na temat życia (Za zdrowie drzew, z których zrobią nasze trumny. Oby rosły jak najdłużej!) rozwala bezbrzeżność głupoty ludzkiej do reszty. Jest niejako emanacją cipciuszkowatej pary gejów (koncertowi: Łukasz Schmidt oraz Krzysztof Wrona) rodem z głębokiej Azji i tantrycznej myśli niespożytej dostatecznie w zaabsorbowaniu na rodzimy, polski grunt, gdzie owe dwie płomienne tęcze zdają się być obrazem modnej filozofii spokojnego wschodu we wciąż traumatycznej przestrzeni polskiej starającej się powiesić całe homolobby za jaja. Naprzeciw, cudne, piękne nogi kobiet na wysokich obcasach sprawiają, że spektakl ocieka lukrem seksapilu. Song w wykonaniu Karoliny Piechoty wywołuje ciarki po plecach idące.

Oto fragmenty obrazujące nihilizm Polski celebrującej sukces 25-lecia. Kraj syty, chwalony, o niespożytej wciąż energii traconej na ujadanie ratlerków od prawa do lewa, że moja prawda jest bardziej mojsza niż twojsza - istny, i wciąż niezapomniany dzień świra króluje. W nim zaś zanurzone pokolenie szumnych, konsumpcyjnych trzydziestolatków obarczonych kredytem, którzy zgubili się w owym żarciu nad faktycznie ważną istotą rzeczy - istnienia, bytu. Gdzie lans, trans, podróże weekendowe na koniec świata i zapierdalanie w korpo wyznaczają społeczny status bycia na fali. Przeżarte, przekorodowane, wyzute z myślenia, a przy tym zabiegane do utraty tchu zombie na dopalaczach tępej popkultury istnienia zapatrzone w swoje siusiaki. Dzicz polska spod znaku biało czerwonej racy robiąca swoją wielką kupę nad składanymi do grobów ostatnimi wielkimi XX wieku od prawa do lewa: politykami, pisarzami, poetami, społecznikami, których dziedzictwo i wartości nie znajdują godnych następców.

Wodewilowo - burleskowy wydźwięk opolskiej Dolce Vity jako portretu zagubionego pokolenia rysuje ostro, wyraziście, polską przestrzeń publiczną pozostającą w rozkroku niesamowitego przecież sukcesu okresu transformacji ustrojowej. Czyżbyśmy, trzydziestoletnie z okładem chamy, mając swój złoty róg, czapkę z piór niesioną chocholim tańcem po lesie, choćby i smoleńskim nawet, z którego to co i rusz dobiegają pomruki niedźwiedzia, nie wiedzieli co czynić i jak żyć potrzeba? Sceniczne kostki domina, pięknie rozświetlone, na poły wywrócone, może być i tak, że oprą się próbie czasu. Czyżby w Kochanowskim rodziła się klasyka pokolenia zagubionego w dobrobycie niewiele znaczących lajków na Facebooku, gdy wciąż z wielką mocą wybrzmiewa miłoszowskie:

Panie Boże, lubiłem dżem truskawkowy

I ciemną słodycz kobiecego ciała.

Jak też wódkę mrożoną, śledzie w oliwie,

Zapachy: cynamonu i goździków.

Jakiż więc ze mnie prorok? Skądby duch

Miał nawiedzać takiego? Tylu innych

Słusznie było wybranych, wiarygodnych.

A mnie kto by uwierzył? Bo widzieli,

Jak rzucam się na jadło, opróżniam szklanice

I łakomie patrzę na szyję kelnerki.

Z defektem i świadomy tego. Pragnący wielkości,

Umiejący ją rozpoznać gdziekolwiek jest,

A jednak niezupełnie jasnego widzenia,

Wiedziałem, co zostaje dla mniejszych, jak ja:

Festyn krótkich nadziei, zgromadzenie pysznych,

Turniej garbusów, literatura.

Mateusz Rossa
www.tekturaopolska.pl
7 maja 2014

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia