Lęk przed nieskończonością

"Novecento" - reż: Bartłomiej Wyszomirski - Teatr im. J. Słowackiego

Szaleni artyści, żyjący na przekór normom ukształtowanym przez społeczeństwo i zaimpregnowanym przez tradycję oraz czas, paradoksalnie od zawsze fascynowali dysponentów reguł. Tych nonkonformistów doskonałych obdarza się zazwyczaj koloidalną mieszaniną cielęcego zachwytu, bezgranicznego podziwu gryzącej zazdrości i żalu, że nigdy nie przekroczy się granicy wytyczonej przez kulturowego cerbera. Tę aurę można poczuć szczególnie mocno, oglądając monodram "Novecento" w wykonaniu Błażeja Wójcika na deskach Teatru im. J. Słowackiego w Krakowie.

Aktor wciela się w rolę bezimiennego trębacza, grającego w jazzbandzie na statku „Virginian”. Tam właśnie poznaje w Roku Pańskim 1927 genialnego pianistę, który miał tę właściwość, że nie istniał wcale. Bo jak w naszym świecie odróżnia się istnienie od nieistnienia? Musi przypieczętować je stosowny akt w odpowiednim urzędzie. Trzeba figurować w rejestrach bez początku i końca. Należy zapuścić korzenie w jakiejkolwiek części świata, spać, jeść, pracować na obraz i podobieństwo tysięcy.

 Jeśli zastosujemy takie kryteria, to faktycznie, Danny Boodman T. D. Lemon Novecento nigdy nie istniał. Kiedy był kilkudniowym niemowlęciem, znalazł go na „Virginian” stary marynarz, który postanowił zaopiekować się porzuconym dzieckiem. Tym sposobem Novecento narodził się na morzu i tej bezkresnej wodzie powierzył swój żywot, gdy zapadła decyzja o zatopieniu zdezelowanego okrętu. Przez całe swoje czterdziestokilkuletnie życie muzyk nie postawił stopy na stałym lądzie. Do szczęścia bowiem wystarczała mu przestrzeń ograniczona wymiarami statku.

A przecież jeden jedyny raz powziął decyzję o spróbowaniu życia na ziemi, w normalnym społeczeństwie – tylko po to, by spojrzeć na morze od drugiej strony i usłyszeć, co mu powie. Novecento spakował tobołek, przywdział szykowny płaszcz pożyczony od przyjaciela, po czym stanął na drugim schodku trapu przerzuconego na ląd i – zdezerterował. Po prostu uciekł z powrotem w momencie, gdy uświadomił sobie nieubłaganą konieczność stanięcia twarzą w twarz z tajemniczą nieskończonością. Przeraziła go bezkresność lądu, na którym żyją setki, tysiące, miliony! ludzi, umysł wzbraniał się przed niepewnością dnia jutrzejszego. Choć rzecz wydaje się paradoksalna, błądzenie po morzach i oceanach w towarzystwie co najwyżej dwóch tysięcy pasażerów, dawało poczucie bezpieczeństwa oparte na przekonaniu, że świat można uczynić przewidywalnym i doskonale skończonym. To afirmacja postawy wycofania, zamierzonego braku uczestnictwa; reakcja na przerażenie rzeczywistością, która nie posiada żadnych stabilnych fundamentów, przypomina raczej płynną, nieprzewidywalną magmę niż stalową konstrukcję.

„Novecento” znaczy wiek XX. Losy genialnego pianisty urodzonego w 1900 roku stają się poetycką parabolą sytuacji człowieka z poprzedniego stulecia, człowieka, który przestaje nadążać za postępem, zmianami, przeobrażeniami ludzkości. Ten monodram to apoteoza świadomego eskapizmu oraz alienacji. Novecento fizycznie rezyduje na okręcie, lecz jego duch błądzi wyłącznie po krainie muzyki.

Gdyby wyobrazić sobie historię Novecenta jako wzorzystą tkaninę, po przenicowaniu jej na lewą stronę, zobaczylibyśmy, że jest uszyta z dźwięków. Z tych samych, które zdominowały lata 20. i 30. dwudziestego wieku, konstytuując nową odmianę muzyki zbuntowanych – jazzu. Genialny pianista uosabia wszystkich artystów-autsajderów  żyjących w tamtej epoce, oddających się bez reszty sztuce. Novecento, naiwny jak dziecko, obcuje bezpośrednio z absolutem muzyki. Nie zna nut ani sztywnych form, które zazwyczaj pośredniczą w tych relacjach. Nie wie, co to rywalizacja (wycofuje się się z pojedynku z Jerry Roll Mortonem). Widzowi zapadają z pamięć barwne opowieści o tym, jak Novecento odpalał papierosa od rozgrzanych strun fortepianu, jak grał w trakcie potężnego sztormu, nie bacząc na zniszczenia.

Błażej Wójcik stworzył przejmującą kreację trębacza, próbującego opowiedzieć po latach, jak zetknął się ze zjawiskiem, którego nie pojmuje. Mówi z charakterystycznym błyskiem szaleństwa w oku, a w głosie nieraz pojawiają się lekko histeryczne tony. Aktor stworzył bardzo namacalny obraz genialnego muzyka, bawiąc się dynamiką wypowiedzi, spowalnianiem i przyśpieszaniem opowieści. Niekiedy przypominał rzeczowego sprawozdawcę, aby za chwilę przedzierzgnąć się w roznamiętnionego wielbiciela talentu Novecenta. Błażej Wójcik w tej morderczej formie, jaką dla aktora stanowi monodram, pokazał, jak przy użyciu szerokiej palety emocji, prostych gestów można stworzyć barwną, niemalże panoramiczną opowieść. 

Na uwagę zasługuje również bardzo ascetyczna scenografia. Zastosowano proste, a jednocześnie bardzo trafione rozwiązania: scena, przedzielona rynienką z wodą i pochylona z obu stron do środka, przypominała trochę kadłub statku; na czarnej ścianie widać niedokończony napis „Novecento”; gdy trzeba zasygnalizować wojnę, pojawia się dym. A jeśli dodamy do tego jeszcze fantastyczną muzykę Tymona Tymańskiego, otrzymamy niezwykły, przejmujący spektakl, w którym opowiada się trudną, zmuszającą do pogłębionej refleksji historię o samotności, lęku przed światem i wyzwalającej mocy sztuki.

Monika Wycykał
Dziennik Teatralny Katowice
3 listopada 2010

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia