Lekcje Pepa Guardioli

"Czarnoksiężnik z Krainy Oz" - reż. J. Kilian - Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie

Gdybym sobotnią nocą nie oglądał inscenizowanej przez Pepa Guardiolę baśni barcelońskiej - tej zabawy w kotka i myszkę, co ją z nieszczęsnymi piłkarzami Villarrealu FC Barcelona przez 90 minut rozsnuwała na trawiastym prostokącie - krakowską, przez Jarosława Kiliana wyreżyserowaną baśń "Czarnoksiężnik z krainy Oz" Lymana Franka Bauma przyjąłbym w niedzielę bez większych zastrzeżeń. Bez większych? A mniejsze? Nie jestem aptekarzem. Zresztą, cóż znaczy jakiś tam chybiony wiór, gdy widok tak smakowity?

Gdybym sobotnią nocą nie oglądał inscenizowanej przez Pepa Guardiolę baśni barcelońskiej - tej zabawy w kotka i myszkę, co ją z nieszczęsnymi piłkarzami Villarrealu FC Barcelona przez 90 minut rozsnuwała na trawiastym prostokącie - krakowską, przez Jarosława Kiliana wyreżyserowaną baśń "Czarnoksiężnik z krainy Oz" Lymana Franka Bauma przyjąłbym w niedzielę bez większych zastrzeżeń. Bez większych? A mniejsze? Nie jestem aptekarzem. Zresztą, cóż znaczy jakiś tam chybiony wiór, gdy widok tak smakowity?

Dużo powietrza na scenie, ogrom dobrej pustki. Czysty krajobraz. W nim tylko to, co niezbędne, i nie jednocześnie, a po kolei. Niewielki dom, żółte ptaki, karmazynowe wiatraczki jako pole usypiających maków, drabina prawie do nieba, na ekranie z tyłu cienie ludzi, małp skrzydlatych i wilków, potężne sukna pełne tajemnych masek-znaków, balon kolosalny, coś jeszcze. I wyborne kostiumy mieszkańców Szmaragdowego Grodu, dziwolągów zwanych Manczkinami oraz tajemnych Winków. I światła pastelowe, miękkie, dyskretnie zwiastujące dziwne przygody. I podobnie pastelowe, miękkie nuty Grzegorza Turnaua. Wszystko to nabiera w pustce wyrazistości kojącej dla oka i ucha. Czysty krajobraz jest krajobrazem uspokajającym. I dobrze. Po co nadmiarem mętnych cudactw inscenizacyjnych zagracać scenę, tym samym denerwując małych i dużych na widowni sugestią, że nie wiadomo jak baśń się skończy?

Otóż - wiadomo. Urszulkę (zdumiewająco profesjonalna Emilia Kalarus, zdumiewająco, bo ileż ona ma lat? 11? 12? 10?) zły wicher wywiał z rodzinnego Kansas i wraz z jej ukochanym psem - wrzucił w środek nierealnej krainy Manczkinów. By wrócić, musi odnaleźć Czarnoksiężnika Oza (Krzysztof Jędrysek) - on może wszystko. I rusza Urszulka. Wędruje onirycznymi ścieżkami ziem Manczkinów, Winków, Północy, Kwadlingów - aż do Szmaragdowego Grodu. Sama? Nie. Będą z nią człapać trzy bidoty. Strach na wróble (wyśmienity Błażej Wójcik), który boleje, że w głowie ma tylko siano. Blaszany drwal (Rafał Dziwisz), smutny, bo w piersiach jego pustka a nie serce. Wreszcie Lew-pierdoła, co boi się wszystkiego, czyli Wojciech Skibiński, w afro-grzywie wyglądający tak ciekawie, jak Dziwisz w czajniku na głowie i Wójcik w koszulinie o rękawach do ziemi. Zatem - Dorotka i trzy ułomności. Uporają się z Czarownicą złą (Lidia Bogaczówna), posłuchają Czarownicy dobrej (Dorota Godzic), obłaskawią Strażnika (Jerzy Światłoń) i dojdą do Oza. Ziszczą się marzenia ułomnych o rozumie, sercu, odwadze. Dorotka zobaczy ciocię Emilię (Bożena Adamek) i wuja Henryka (Maciej Jackowski). Znów będzie Kansas. Tak, widok jest smakowity. Więc na czym problem polega? W czystym krajobrazie Kiliana lekko się zapętlają klarowne ingrediencje: kształty, barwy, nuty, aktorstwo. Czym zatem jest ta uwierająca drzazga, której istnienie głoszę? Znużeniem widokiem. Inaczej mówiąc - nie ma w teatrze chwil przykrzejszych nad te, kiedy pod skórą opowieści naprawdę klarownej da się wyczuć pulsowanie monotonii, jakąś wsysającą mantrę, jąkający się refren.

To są chwile przykre specjalnie, gdyż o pulsowaniu monotonii nie sposób mówić narzeczem belfra od matematyki. Nie da się jasno wytknąć Kilianowi błędów, objawić je i rzec: tu zrób to, tam zaś owo - a opowieść twa, już przecież i tak smakowita i czysta, zyska na ożywczym migotaniu, zwłaszcza jej ostatnie pół godziny. Na pewno wiem jedno. Kto ogląda barcelońskie, przez genialnego trenera Pepa Guardiolę reżyserowane baśnie futbolowe, ten czuje, że czystość czystością, smaki smakami, lecz w ostatecznym rachunku wszystko i tak tkwi w tajemnicach sztuki zmieniania rytmu gry. Nie mówię o prostackim płodozmianie: raz wolno, raz szybko. Mówię o migotliwości, dla której nie ma na świecie jednej, wszystkim dostępnej reguły. Kilian nigdy nie będzie Guardiolą. Lecz kto wie? Gdy poogląda sobie jego piłkarskie arcydzieła - może wtedy smakowity "Czarnoksiężnik z krainy Oz" stanie się po kilku korekcyjnych próbach jeszcze bardziej smakowity, gdyż nieuchwytny w rytmach?

Paweł Głowacki
Dziennik Polski
8 kwietnia 2011

Książka tygodnia

Tamara Łempicka. Sztuka i skandal
Wydawnictwo Marginesy
Laura Claridge

Trailer tygodnia

Artyści w spocie przec...
Andrzej Seweryn, Magdalena Boczarska,...