Lekko na duszy

"Mistrz i Małgorzata" - reż. Janusz Opryński - Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu

"Mistrz i Małgorzata" w reżyserii Janusza Opryńskiego to gigantyczny kompromis między literaturą, teatrem a publicznością. I między reżyserem a Bułhakowem. Koszty tego są wysokie.

Niezwykle cenię Janusza Opryńskiego jako reżysera, bo jest kimś osobnym, kimś, kto za nic ma kategorie wyznaczane dziś przez tzw. środowisko teatralne. Ale też nie ukrywam, że spektakle Opryńskiego niemal zawsze mnie męczyły; były rozwleczone, przegadane, zbyt przewidywalne, często w swej istocie - akademickie. Wynika to chyba z tego, że ten znakomity intelektualista nosi w sobie przekonanie, że wielkie pytania wielkiej prozy wystarczy przenieść na scenę, pozwalając aktorom, by się w nie intelektualnie zaangażowali, i to właściwie wszystko. Adaptacja uporządkuje fabułę, a teatr już rozpędzi się sam. To jednak przeważnie tak nie działa. Opryński popełnił ten błąd kilkukrotnie, choć raz także fenomenalnie go ominął, wystawiając w 2016 r. "Punkt zero: Łaskawe" wg Littella.

W opolskiej realizacji "Mistrza i Małgorzaty" proponuje zaś kompromis. To teatr, który szanuje widza i nie nadużywa jego cierpliwości. Z tym że Opryński zbyt łatwo prześlizguje się nad podstawowymi wątkami, szukając dla nich skrótów (a niektóre postaci ukazuje w animacjach na ekranach zawieszonych wokół sceny - rozwiązanie, które przeniósł jeden do jednego ze swego nieudanego "W oczach Zachodu"). Pewnie istnieje wytłumaczenie, by dyrektor psychuszki, do której trafia Bezdomny, i Piłat byli złączeni w jedną postać, i by z kolei tak samo się stało z Mistrzem, który równocześnie jest Jezusem, ale efekty tego są dziwaczne. To raczej Chrystus zdaje się lekarzem duszy Piłata, a Mistrz dopiero wieki później stara się w swym dziele zrozumieć problem dziejowej niesprawiedliwości, czyli skazania Jezusa. Łącznikiem między dawnymi a starymi czasami powinien z kolei być Mateusz Lewita (w przedstawieniu to też Bezdomny). Opryński może i budzi tymi roszadami ciekawość, lecz realnie odsuwa fundament i oś powieści Bułhakowa gdzieś na bok. Gdy na scenie pojawia się w końcu Małgorzata, przedstawienie zaczyna zmierzać w kierunku ogólnego wniosku o potrzebie przebaczenia. To mało, bo teologia niemal znika. Postawiłbym tezę, że bez odważnych pytań o Boga i wiarę w ogóle nie ma sensu sięgać po tę opowieść jak po jedną z wielu. Szczególnie dziś.

Przemysław Skrzydelski
wSieci
24 października 2019
Portrety
Janusz Opryński

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia