Leopoldinum gra love story

"Pożar" - reżyseria: Roberto Skolmowski - Wrocławski Teatr Lalek

Trwa Leo Festiwal. Na początek widzowie zobaczyli operę marionetkową "Pożar".

Wszystko wskazuje na to, że Leo Festiwal organizowany przez Orkiestrę "Leopoldinum" ma zadatki na naprawdę interesującą imprezę. Na inaugurację widzowie zobaczyli w niedzielę spektakl "Pożaru", marionetkowej opery Josepha Haydna, zrealizowany w koprodukcji z Wrocławskim Teatrem Lalek i w reżyserii Roberto Skolmowskiego. 

Ernst Kovacic, szef "Leopoldinum", postawił na mało znaną dwuaktową operę marionetkową napisaną przez Haydna dla swojego protektora Miklósa Józsefa Esterházy. 

"Pożar" był jednym z kilku powstałych wówczas dzieł marionetkowych. Intryga nie jest skomplikowana. Mamy ojca, zarządcę dóbr hrabiowskich, który chce swoją córkę Colombinę wydać za mąż, najlepiej za wysoko urodzonego kandydata. Wprawdzie dziewczyna spoufala się z Jasiem Serdelem, ale to tylko biedny kominiarczyk, a na horyzoncie pojawia się kandydat arystokrata. Jednak ów jest tak przesadnie afektowany, że trudno go uznać za księcia z bajki. 

Najważniejsze, że po serii perypetii, tytułowym pożarze, który wywołuje Jaś Serdel, podpalając stos piwnicznych fajerwerków, i wykorzystaniu podstępu udaje się mu przekonać Colombinę, że to on jest dla niej tym jednym jedynym. 

Historyjka jest jak widać prosta i choć reklamowano, że nie nadaje się dla dzieci (z uwagi na aluzje do aktów seksualnych), maluchy na sali nie czuły się zgorszone, ale z zapartym tchem śledziły akcję i muzykę. 

Roberto Skolmowski zbudował na scenie w Filharmonii Wrocławskiej symboliczny dwór, pod którego dachem obejrzeliśmy przygody Jasia Serdela. Oprócz lalek znalazł się też w spektaklu karzeł przebrany w liberię lokaja, który dostał tu iście filozoficzną rolę niemego, ale dowcipnego komentatora, pomocnika, a niekiedy sprawcy wydarzeń. 

Z napięciem bywało w spektaklu różnie. Znacznie ciekawszy i dowcipniejszy okazał się II akt, mimo że już pod koniec pierwszego wybuchł tytułowy pożar (prawdziwie widowiskowy, bo paliły się nawet pulpity muzyków i śpiewaków). 

Ernst Kovacic mistrzowsko poprowadził Orkiestrę "Leopoldinum" w - trzeba przyznać - niezwykle wdzięcznej muzyce Haydna. Świetni byli soliści - zwłaszcza bas-baryton Jerzy Butryn jako Jaś Serdel, który na potrzeby akcji zmieniał też popisowo głos. Ale zaskoczył i dyrygent, który oprócz prowadzenia zespołu wcielił się w rolę... kwilącego oseska. 
Projekt okazał się dowcipny i zaskakujący, a orkiestra udowodniła nie po raz pierwszy klasę.
Łyżka dziegciu 
Krzysztof Kucharski, krytyk teatralny 

Z całego żartobliwego "Pożaru" w Filharmonii najbardziej podobały mi się płonące pulpity na nuty. Nawet w tumanach dymu trudno było jednak nie zauważyć, że aktorzy technikę animacji opanowali ledwo w stopniu podstawowym. 

Większość lalek porusza się jakby porażona reumatyzmem, który najdramatyczniej powykręcał stawy młodziutkiej trzpiotce - Colombinie. Najlepiej radził sobie Tomasz Maśląkowski z lalką Jasia Serdelka. 

Podkreślam to, bo wypadł lepiej nawet od swojego profesora, czyli Jacka Radomskiego, który poprawnie prowadził po scenie ojca Colombiny - Odoardo. Reszcie, niestety, wiodło się znacznie gorzej. Nie będę się znęcał nad aktorami, bo to nie ich wina. 

W tej technice nic się nie da przyspieszyć. Nie wystarczy w animację włożyć całe serce i zapał. Trzeba jej poświęcić naprawdę dużo czasu, cierpliwości i żmudnej codziennej pracy. O czym wykształcony lalkarz i namiętny miłośnik oper Roberto Skolmowski powinien wiedzieć. Próby należało zacząć jesienią ubiegłego roku.
(mb)

Magdalena Talik
POLSKA Gazeta Wrocławska
26 maja 2009

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia