Lew antysalonowy

Rozmowa z Leszkiem Bzdylem

Przede wszystkim lubię zmienność miejsc, przemieszczanie się. Lądowanie w jakichś nowych przestrzeniach jest lekko podniecające. Zawsze było mi żal, że one szybko umykały z pamięci. A przecież w łóżku strasznie dużo się dzieje, odbywa się swoista zabawa z czasem. Któregoś dnia kupiłem aparat. Tak się zaczęło. Teraz, gdy patrzę na te zdjęcia, uruchamia się filtr pamięci. Proustowska zabawa. W roli ciasteczka - magdalenki - łóżko, którego obraz przywołuje kolory, smaki, zdarzenia.

Z Leszkiem Bzdylem, tancerzem, choreografem, twórcą gdańskiego Teatru Dada von Bzdülöw rozmawia Gabriela Pewińska z Dziennika Bałtyckiego.

Gabriela Pewińska: Rosyjski tancerz i choreograf Władimir Małachow nazywany jest "bywalcem arystokratycznych salonów". Pan jakich salonów jest bywalcem?

Leszek Bzdyl: - Jestem raczej antysalonowcem. Na przykład źle znoszę wszelkie bankiety. Zrobię wszystko, by na nich nie bywać, nawet jeśli jest to bankiet wieńczący premierę, w której jako tancerz czy choreograf mam swój udział. Nie umiem prowadzić błyskotliwych rozmów bankietowych, popisywać się cudownymi replikami, nie mam, na zawołanie, gotowych wzorców interesujących odpowiedzi. Tak jestem oszołomiony kontaktem z człowiekiem patrząc na to jaką ma twarz, jak się zachowuje, że w ogóle nie mogę skupić się na tym, co do mnie mówi! Zanim ów komunikat zrozumiem, zdegustowany rozmówca już odchodzi na pogawędkę z kim innym. Na bankietach popełniam całą masę gaf. Nie bywam niemiły, bo - choć głupio - to jednak się uśmiecham, ale prawdopodobnie robię wrażenie osoby oddalonej od rzeczywistości. Dlatego zdecydowanie jestem miłośnikiem cichych salonów. Przyjacielskich, kameralnych spotkań.

Podczas bankietu po słynnej premierze "Hamleta" w Teatrze Wybrzeże, w reżyserii Krzysztofa Nazara, Hamlet, czyli Mirosław Baka, wycieńczony morderczą pracą nad rolą, przesiedział cały bankiet pod stołem.

- Rozumiem to. Człowiek wykonał potężną pracę na scenie, jeszcze nie ostygł, a ludzie przychodzą i wyrażają swój podziw. Będąc w tym popremierowym szaleństwie, tym zmęczeniu, w tej euforii nie wierzy się nikomu. Ale, generalnie, bankiety w Teatrze Wybrzeże są rewelacyjne. Wyśmienity bufet. No i jest palarnia.

Jako palacz ma Pan pewnie kłopoty z bywaniem. Te zakazy...

- Z tego wszystkiego odwykłem już od palenia w knajpach. Kilka lat temu graliśmy spektakl w Rumunii i nagle okazało się, że tam można palić! Wszędzie! W każdej restauracji czy pubie. To było nie do wytrzymania! W zadymionych do cna pomieszczeniach trudno było wysiedzieć.

Ach, ci palacze...

- U nas, szczęśliwie, zakaz palenia wciąż obowiązuje (śmiech). Nawet w teatrach aktorzy - by zapalić - zmuszeni są wyjść na zewnątrz. Ale są rozmaite sposoby na to, by - na tego papierosa - znaleźć jakiś miły zaułek. W jednym ze znanych teatrów warszawskich jest na przykład foyer z marmurową posadzką, a tam metalowy ..."koszyczek", przy którym artyści palący (a i niepalący proszący, by na nich chuchać, bo palić nie mogą, z racji wieku czy stanu zdrowia, chociaż tyle miłego...) spotykają się i snują plany...
W kawiarni Kurhaus na Wajdeloty we Wrzeszczu palacze zasiadają na tarasie na zewnątrz lokalu, pod wielkim szyldem "Starocie". Pod "Starociami" pali się najlepiej. Szyld należy do pobliskiego antykwariatu, właściciele wywiesili już tabliczkę "zakaz palenia", bo cały dym osiada wewnątrz sklepu.

Kurhaus należy do tych cichych salonów, które Pan lubi?

- Są tu godziny ciche, ale wieczorem już nie aż tak. Przychodzi mnóstwo ludzi, choć muzyka nie zakłóca snu mieszkańców pobliskich kamienic. Innym "cichym salonem" jest bezwzględnie klub Dwie Zmiany w Sopocie. Zawsze można spotkać tam kogoś znajomego i wymienić z nim kilka zdań czy papierosa. Między tymi dwoma lokalami krążę. Jeszcze nim stałem się bywalcem Kurhausu lubiłem Lamus na Lawendowej w Gdańsku. To niezwykłe, że może istnieć miejsce, gdzie od początku czuje się tak bliski kontakt z jego gospodarzami.

Wciąż jada Pan śniadania po kawiarniach?

- W związku ze zmianą w moim życiu osobistym, zaprzestałem. Ale też jakiegoś wyjątkowego śniadaniowego miejsca, przynajmniej w Gdańsku, nie ma. Wciąż mam za to w pamięci Berlin sprzed wielu lat. Kiedy mieszkałem na Kreuzbergu wchodziłem wcześnie rano do przytulnej kawiarni, w której co prawda jeszcze robiono ostatnie porządki, ale już kilka osób siedziało nad gazetą, popijało kawę, paliło papierosa. Ten zapach, delikatny brzęk filiżanek, szmer rozmów... Ma się poczucie, że uprawia się tak zwane życie miejskie. Z rozrzewnieniem wspominam też Cuppa Cuppa Coffee House w Nowym Jorku, gdzie ledwie po dwóch dniach bywania, ekipa naszego Teatru Dada miała już zniżkę na kawę. Kawiarnię prowadziła pani, która w latach 60. była z pewnością aktywistką ruchów hippisowskich. Przygarnęła nas, rozpieszczała, pozwalała wynosić krzesełka na zewnątrz. Niebawem zaprzyjaźniona była już z nami cała ulica. Kawiarnia to jest miejsce, które ulicę integruje. Punkt spotkań. Trochę nam takich miejsc brakuje.
Na szczęście jest Kurhaus, który wtargnął w przestrzeń Dolnego Wrzeszcza. Na rondzie kumuluje się życie tej dzielnicy. Co ważne, nie ma tu turystów. Jest wyjątkowa, nigdzie w Trójmieście niespotykana atmosfera. Jakby salon wyszedł na ulicę. Czasem mieszkańcy pobliskich kamienic narzekają, że to hipsteriada. Nieprawda. Przychodzą do Kurhausu rodzice z dziećmi, ludzie starsi, wymieszane towarzystwo, które rozmawia ze sobą. Takie było zamierzenie Mileny, która Kurhaus dwa lata temu powołała do życia. To miejsce przypomina mi pierwsze wyjazdy do Anglii i zadziwiające środowisko tamtejszych pubów. Cały przekrój społeczny dzielnicy.

Knajpki na Wajdeloty współpracują ze sobą. Niedawno kelner jednego z lokali nosił-sunąc z tacą przez rondo - dania zamówione przez gości Kurhausu. Malownicze.

- W Kurhauzie nie ma gastronomii, nie ma kuchni, więc czemu nie? Ta symbioza, współpraca służy wszystkim. Pamiętam lokale w Kanadzie, gdzie koncesja na sprzedaż alkoholu nie jest prostą sprawą. Wielokrotnie zapraszany byłem na kolację w miejsce, gdzie jeśli ktoś na alkohol miał ochotę, mógł przynieść go ze sobą. Zamawialiśmy posiłek otwierając własne butelki.

Do kawiarni nie chodzi się tylko po to, by czegoś się napić, coś zjeść.

- Liczy się niezwykłość miejsca. Pod tym względem rondo przy Wajdeloty ze zgromadzonymi wokół lokalami jest miejscem magicznym. Ani w Sopocie, ani na gdańskiej starówce nie ma czegoś takiego. Rozkwit życia towarzyskiego tutaj nie jest na pewno prostą sprawą dla mieszkańców tej dzielnicy. Ale i właściciele lokali, i przebywający tu goście troszczą się, by nie zakłócać im spokoju. Istnieje wzajemna tolerancja, szacunek, choć przecież, zważywszy na entuzjazm wynikający z przebywania w tak energetycznym miejscu, zawsze znajdzie się wśród bywalców ktoś, kto nagle poczuje w sobie zew, żeby głośniej coś powiedzieć.... Nie jest to jednak pijany ryk, który często przetacza się przez centrum Gdańska. Mieszkam na Głównym Mieście i już do tego przywykłem, że w środku nocy grupa kibiców jednego klubu ma straszliwą potrzebę, by nazwać w odpowiedni sposób kibiców innego klubu. Trzeba to jednak jakoś unieść. Nie ma wyjścia.

Krytyk kulinarny Artur Michna nie ma litości dla tych, co kręcą nosem na życie kawiarniane pod oknami: "Mieszkańcy ulicy Wajdeloty nie rozumieją, że są szczęściarzami, bo jak w Paryżu mają pod nosem swoją kawiarnię. Powinni zejść na dół i tam siedzieć, a nie w oknach filować zawistnie. Może właściciele powinni ich zaprosić, dać karty stałego klienta, może wtedy się ucywilizują i dadzą żyć innym".

- To jest miasto. Wszyscy powoli się go uczymy. Każdy ma o życiu w nim inne wyobrażenie. Najważniejsze, by nikomu nie utrudniać życia. By stosować się do zasad. Kurhaus zamyka ogródek o 22. To jest ukłon w stronę mieszkańców.

Podobnym fenomenem jest ulica Lawendowa w Gdańsku. Atmosfera nieco inna niż w Dolnym Wrzeszczu, mniej salonowo, bardziej imprezowo. Ale z troską o mieszkańców pobliskich kamienic, którzy z godnością znoszą tłumy młodych ludzi bawiących się na ulicy, gdzie stoją stoliki tutejszych klubokawiarni. Kiedyś przy jednym z tych stolików paliłem papierosa, podszedł pan wynajęty do pilnowania porządku i grzecznie poprosił, by nie palić w tym miejscu, bo to przeszkadza mieszkającym piętro wyżej. Przystałem na to bez problemu. Ta wzajemna troska jest niezbędna. Nie zawsze ci, którzy w życiu nocnym uczestniczą zachowują te podstawowe zasady koegzystencji. W Warszawie, co jakiś czas, chodzą po mieście specjalnie powołane "brygady" strzegące zasad dobrego zachowania w miejscach publicznych. Członkowie "brygad" rozdają imprezującym ulotki, na których jest napisane, co można robić, a czego robić się nie powinno.

Dość komiczne.

- Swego czasu wylądowałem w Lizbonie, gdzie wynająłem mieszkanie, którego okna wychodziły na kilka kawiarni. Życie toczyło się tam do późnej nocy. Ale to nie były wrzaski, tylko typowy szmer kawiarnianych rozmów. Kołysanka dla uszu.

Podobnie jest na słynnej ulicy Szerokiej na krakowskim Kazimierzu.

- Lawendowa to rewelacyjny punkt, przy hali targowej. Naturalne miejsce spotkań. Co się dzieje wokół targowisk? Tętni życie. W Paryżu na słynnej targowej Mouffetard knajpki trudno odróżnić od straganów, wszystko się wymieszało. Sączysz pastis między koprem a bakłażanem, sprzedawcy kapusty piją wino z kupującymi marchewkę, robią interesy, jedząc przy barze jajka na twardo, popijając wino. Rewelacyjna atmosfera.

Dużo Pan podróżuje. Ponoć swego czasu uwieczniał Pan na zdjęciach hotelowe łóżka, w których przyszło Panu spędzać noc...

- Cały czas to robię, (śmiech) Mija osiem lat, od kiedy uruchomiłem ten specyficzny pamiętnik. Blisko trzysta zdjęć. Trzysta łóżek. Na pewno nie skończę z tym do śmierci. Bliskich poprosiłem już, by zakończyli moją opowieść ostatnim łóżkiem, ze mną w środku, łóżkiem, którego już nie opuszczę.

Po co to Panu, te zdjęcia, właściwie?

- Przede wszystkim lubię zmienność miejsc, przemieszczanie się. Lądowanie w jakichś nowych przestrzeniach jest lekko podniecające. Zawsze było mi żal, że one szybko umykały z pamięci. A przecież w łóżku strasznie dużo się dzieje, odbywa się swoista zabawa z czasem. Któregoś dnia kupiłem aparat. Tak się zaczęło. Teraz, gdy patrzę na te zdjęcia, uruchamia się filtr pamięci. Proustowska zabawa. W roli ciasteczka - magdalenki - łóżko, którego obraz przywołuje kolory, smaki, zdarzenia. Intymny dziennik. Namawiają mnie, by coś dopisywać do tych zdjęć, odsłaniać łóżkowe tajemnice. Ale na tych zdjęciach pikanterii nie ma.

A co jest?

- Zmęczenie. Sen. Książka. A ostatnio, częściej niż książka, komputer. Niestety. Facebook stał się dziś miejscem bywania, salonem. Cóż, staję się tak samo leniwy jak wszyscy wokół. Albo zmienię to, albo ta rzeczywistość, w której wszyscy jesteśmy zatopieni i mnie pożre i wypluje.

Jedno łóżko, do którego chętnie Pan wraca. Choćby myślami.

- Wymienić jedno?! To niemożliwe.

___

"Sztuka bywania" - to cykl rozmów w piątkowych "Rejsach". Bohaterowie wywiadów opowiadają o swoich ulubionych kawiarniach, restauracjach oraz innych miejscach, w których warto bywać. Wspominają, jak bywano kiedyś, a jak dziś. Opowiadają, z kim bywać warto, a z kim nie. I co to właściwie znaczy dziś bywać.

Gabriela Pewińska
Polska Dziennik Bałtycki
16 lipca 2016
Portrety
Leszek Bzdyl

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia

Napój miłosny
Jitka Stokalska
Opera na Zamku w Szczecinie zaprasza ...