Liczy się nos dyrektora

rozmowa z Maciejem Englertem

Maciej Englert o fenomenie Teatru Współczesnego w Warszawie i publiczności, która była jego tarczą.

Kiedy dostał się pan jako aktor do Współczesnego, teatr miał już swoją markę...

Maciej Englert: Markę, to mało powiedziane. To była najlepsza scena w Warszawie, z niezwykłym nawet jak na tamte czasy zespołem aktorskim i legendarnymi przedstawieniami, które oglądałem jako student, po znajomości, bo dostanie wejściówki graniczyło z cudem. W garderobie gdzie mnie posadzono siedział Łomnicki, Fijewski, Łapicki, Rudzki, Borowski, Jan Kreczmar, Wołłejko. Jeśli dodać do tego Mrozowską Mikołajską , Ludwiżankę, Lipińską można sobie wyobrazić, że teatr realizując swoje założenia artystyczne zgromadził czołówkę aktorów. Istniało zresztą przekonanie, że „u Axera” aktorzy lepiej grają. I była to opinia uzasadniona.

Erwin Axer pedantycznie interpretował tekst dramatu, zmuszając cały zespół do uczestnictwa w jego interpretacji, siłą rzeczy domagał się niezwykle świadomego aktorstwa i to przynosiło dobre skutki. Głównym nośnikiem sensu utworu był aktor, zresztą rozmiar sceny nie sprzyjał wielkim inscenizacjom. Złośliwi mówili, że wystarczają „dwa krzesła i stolik”, ale tych odsyłam choćby do „Kariery Artura Ui”.

W moim teatrze rola inscenizacji, montażu i gry świateł ma większe znaczenie, jak sądzę wynika to z mojego sposobu opowiadania i zmiany potrzeb widza wychowanego w większym stopniu na kinie niż na teatrze. Ale też i scena jest bodaj dwa razy większa.

A pamięta pan swoją pierwszą rozmowę z Axerem?

W czasie wydarzeń marca 68, prowadziłem wiec zorganizowany w PWST. Potem podszedł do mnie Erwin Axer i powiedział „Pan wie, że pan może mieć spore kłopoty. Niech pan wpadnie do mnie do teatru”. Więc „wpadłem”. Nie umiem sobie wyobrazić jak by się potoczyło moje życie, gdyby nie to zdarzenie i ci wszyscy ludzie, których miałem szczęście, zaszczyt i przyjemność tu spotkać. — Erwin Axer powiedział kiedyś, że teatr jest taki, jaki jest człowiek, który go prowadzi.

Jeśli ten człowiek nie chowa się za mody, koniunktury, a ma odwagę konfrontować własne myślenie z widownią, jest to prawda.

To zrozumiałe, bo teatr ma strukturę feudalną. O jego programie decyduje wybór, smak, gust i bardzo często „koniec nosa” dyrektora. Zawsze największym szczęściem teatru jest odkrycie, czy natrafienie na swojego dramaturga. Podobnie jak dla dramaturga znalezienie swojego teatru.

Współpraca Erwina Axera ze Sławomirem Mrożkiem, była właśnie dla teatru takim szczęściem. Ich przyjaźń artystyczna była oparta na wzajemnym szacunku. Reżyser szanował kunszt dramaturga, dramaturg kunszt nadania scenicznego kształtu dramatowi. Co prawda, w dzisiejszym teatrze autor jest zaledwie pretekstem dla twórczości uznanych reżyserów, więc taka relacja wydaje się anachronizmemem, niemniej moim szczęściem, było to, że mogłem taką współpracę kontynuować, co spowodowało, że do dzisiaj Mrożek jest najczęściej granym na tej scenie autorem.

Podobno to scenograf i publicysta Jan Kosiński jest autorem koncepcji stworzenia przy Mokotowskiej 13 teatru poświęconego współczesnej literaturze europejskiej.

Współczesny, z tego co wiem, nigdy nie ogłaszał, żadnych manifestów artystycznych. Natomiast ciągle tu rozmawiano, nie tylko o teatrze. Jerzy Kreczmar nawet mówił, że teatr powstaje z rozmów – zgadzam się z tym. Rzeczywiście Axer mówił, że to Kosiński proponował „współczesność” repertuarową, ale też współczesność gry aktorskiej, obniżenia panującego wówczas diapazonu i szukanie bardziej kameralnego i zbliżonego do codziennego języka sposobu mówienia. Wiele pomysłów na ten teatr powstało podczas długich rozmów i tak jest do dzisiaj. O wszystkim, o filmach, książkach, sztuce ale także o tym, jakie nastroje panują na mieście. W aurze tych rozmów powstawał repertuar.

Współczesność polegała na umiejętności znalezienia takich sztuk, wszystko jedno: współczesnych czy klasyki, które przez widownię odbierane były jako ważne i aktualne. Biorąc pod uwagę cenzurę i okno ledwo uchylone na świat, układanie repertuaru nie było proste. Ale nawet jeśli grano Fredrę, nikt nie myślał o teatrze lektur szkolnych, ale o zdrapywaniu wieloletnich naleciałości tradycyjnego wystawiania Fredry i ożywienie właśnie przez współczesne, inne przecież aktorstwo, nawiązujące inny kontakt z widzem. Do „Dożywocia” z Tadeuszem Łomnickim, jako Łatką nie były potrzebne manifesty, wystarczało samo przedstawienie.

Jak to się stało, że przez 60 lat Współczesny miał tylko dwóch szefów?

Axer twierdził, że to nie jest teatr atrakcyjny dla dyrektorów. Tu wszyscy siedzą sobie na głowie. Nie ma nawet porządnego gabinetu. Z drugiej strony, władza traktowała Współczesny jako pewnego rodzaju, niezbyt groźny dla ideologii wentyl bezpieczeństwa. Partia nie działała tutaj zbyt prężnie, nie było nadmiernie aktywnej komórki POP. W teatrze panowała przedwojenna hierarchia, czyli liczyły się dokonania na scenie, a nie aktywność na zebraniach, a zespół dbał o poziom artystyczny a nie ideologiczny teatru.

Nie było waśni, bo waśni nie ma kiedy są sukcesy, a wartość artystyczna czołówki nie podlega dyskusji. Oczywiście zdarzały się gorsze okresy, momenty zapaści. Ale też takie, jak w 1987 roku, gdy graliśmy „Mistrza i Małgorzatę”. Przed kasą już w nocy zbierał się tłum, zawiązywały się komitety kolejkowe. Zdarzyło mi się wchodzić do teatru przez okno, bo nie chcieli mnie wpuścić - nie było mnie na liście społecznej.

Czy teraz młodzi aktorzy po szkole zabiegają o pracę we Współczesnym? Wierzą w moc tej sceny?

Szukają pracy wszędzie, mam całą szafę cv absolwentów szkół teatralnych. Nie wiem czy wszyscy wierzą w moc tej sceny, mam nadzieję, że ci którzy już tu pracują tak.

W grudniu widzowie obejrzą premierę „Sztuki bez tytułu” w reżyserii Agnieszki Glińskiej z Borysem Szycem w roli Płatonowa. Czy to specjalny wybór z okazji 60-lecia?

Nie lubię premier z okazji jubileuszu. Dla mnie każda premiera jest świętem, również bez jubileuszu. Dlatego obchodzimy jubileusz przez cały sezon, w którym oczywiście będą się odbywały premiery więc w pewnym sensie będą jubileuszowe, ale bez jubileuszu też by się odbyły. W strasznie skomplikowany sposób, tłumaczę dość prostą niechęć do przemówień, listów i telegramów, bankietu i jubileuszowej sztampy. Dlatego rzadko świętujemy jubileusze, poprzedni obchodziliśmy 20 lat temu.

Teraz postanowiliśmy wymyślić coś innego, znaleźć jakiś sposób by obchodzić go razem z naszą widownią. Przez długie lata bowiem nasza widownia była nieocenioną tarczą chroniącą teatr przed nadmierną ingerencją, aktywistów i nadgorliwością urzędników aparatu. Trudniej bowiem było zamknąć pełny teatr. Byliśmy razem, przeszliśmy razem przez stan wojenny, później pierwsze wybory, a wreszcie dzisiaj widownia stała się dla nas już nie tylko tarczą, ale i nieocenionym sponsorem, pozwalającym nam wiązać koniec z końcem.

Z okazji jubileuszu wracamy do archiwalnych spektakli, organizujemy spotkania z twórcami. Już cieszą się sporym zainteresowaniem. Czarowny był wieczór z Mrożkiem. Na pokazie telewizyjnej wersji „Ifigenii w Taurydzie” gościliśmy również widzów, którzy byli na premierze w 1961 roku. Przed nami wieczory poświęcone rolom Zbigniewa Zapasiewicza i Tadeusza Łomnickiego i kilkanaście zarejestrowanych w teatrze TV spektakli.

Niebawem na fasadzie Sceny w Baraku, pojawi się wielka plansza aktorów grających od początku istnienia teatru do dzisiaj. Wkrótce premiera albumu, który też będzie nietypowy, bo opowiada o teatrze, ale również o mieście i jego historii.

Czy myśli pan już o swoim następcy i momencie kiedy przyjdzie czas przekazać pałeczkę?

Jeśli już weszło się do teatralnej rodziny, jeśli się zostało dopuszczonym, czy może wyróżnionym, to warto pamiętać, że zaciąga się dług wobec tych wszystkich, którzy teatrowi wcześniej służyli, i bez których by go nie było i mnie w nim. Więc jako dyrektor wiem, że służę teatrowi , teatrowi w ogóle, a nie tylko temu. Tej służby uczę i domagam się od mojego zespołu.

Teatr uczy pokory, niestety tylko utalentowanych, a kogoś takiego widziałbym z pałeczką, o której pani mówi. Obawiam się tylko, że ta moja pałeczka, patrząc na dzisiejsze mianowania, konkursy i różnego rodzaju zabiegi, nikomu się do niczego nie przyda.

Dość długo pracuję w teatrze, ale ciągle nie wiem wszystkiego, ciągle teatr wabi mnie swoją tajemnicą, tymczasem coraz głośniejsi stają się ci, którzy wiedzą wszystko.

rozmawiała Julia Rzemek
Rzeczpospolita
3 listopada 2009
Portrety
Maciej Englert

Książka tygodnia

Czas zdrajców
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Marek Krajewski

Trailer tygodnia