Lipcowy dopływ tlenu

rozmowa z Karoliną Gruszką

Z Karoliną Gruszką rozmawia Jolanta Gajda-Zadworna. Aktorka opowiada o swojej filmowo-teatralnej współpracy z Iwanem Wyrypajewem i nieustannej potrzebie poszukiwania. Na jesieni zobaczymy ją w spektaklu "Lipiec" oraz w uhonorowanym nagrodą publiczności na festiwalu Era Nowe Horyzonty filmie "Tlen".

Karolina Gruszka obsadzana jest ostatnio w rolach trudnych, ocierających się o eksperyment. 

Na tegorocznym festiwalu Era Nowe Horyzonty film "Tlen" Iwana Wyrypajewa z pani udziałem dostał nagrodę publiczności. Z tym samym reżyserem przygotowuje pani przedstawienie w Teatrze Na Woli... 

Karolina Gruszka: Zaczęliśmy właśnie próby do spektaklu "Lipiec" wg sztuki Iwana. Premiera odbędzie 9 października. 

Od czego zaczęła się wasza współpraca? 

- Od "Tlenu". Poznaliśmy się na festiwalu w Kijowie. On zobaczył mnie w "Kochankach z Marony" Izabeli Cywińskiej, ja miałem okazję obejrzeć jego film, potem spektakle, jakie realizował w Moskwie, m.in. "Tlen", bo jest to sztuka napisana dla teatru. Pół roku później dostałam e-mail ze scenariuszem i propozycją zagrania w filmowej wersji "Tlenu". 

Od razu powiedziała pani "tak"? 

- Po przeczytaniu tekstu nie miałam wątpliwości. Aczkolwiek pierwsza wersja przewidywała podzielenie roli męskiej i kobiecej na czworo aktorów. Miałam grać część bez tekstu, co - nie ukrywam - przyspieszyło moją decyzję. Potem okazało się, że wykonawców będzie dwoje. I dostałam do nauczenia ogromną ilość materiału po rosyjsku, a mówiłam wtedy w tym języku - powiedzmy sobie szczerze - średnio. 

Mimo wcześniejszych doświadczeń na planie rosyjskiego filmu "Ruski bunt" na podstawie "Córki kapitana" Puszkina? 

- W tamtym filmie byłam dubbingowana. W "Tlenie" grałam własnym głosem. Na dodatek kwestie są tu wypowiadane bardzo szybko, dynamicznie, pod muzykę. I jest to tekst poetycki, z długą frazą, dlatego wyzwanie było duże. Na szczęście miałam sporo czasu. Prawie trzy miesiące na nauczenie się mojej części tak, by na planie myśleć już tylko, co chcę powiedzieć, a nie jak wypowiadać kolejne słowa. 

Film bardzo się spodobał na festiwalu ENH. Skąd wcześniejszy niepokój, że będzie trudny do przyjęcia dla polskiej widowni? 

- Obawialiśmy się odbioru ogromnej ilości tekstu, który jest w tym filmie głównym bohaterem. Widzowie we Wrocławiu musieli nadążać za napisami, co - nie ukrywajmy - odbywało się kosztem odbioru całości. Tym bardziej ucieszyła nas nagroda publiczności. Dzięki niej film trafi do dystrybucji kinowej. Mamy nadzieję, że w tej wersji uda się wprowadzić lektora albo dubbing. 

Kiedy premiera "Tlenu"? 

- Daty jeszcze nie znamy, ale na pewno film pojawi się na listopadowym Festiwalu Filmów Rosyjskich Sputnik nad Warszawą. 

Czego możemy się spodziewać po sztuce "Lipiec"? Na ile jest ona podobna do "Tlenu"? 

- W "Tlenie" zagrałam... polską aktorkę... Karolinę Gruszkę. Oczywiście nie odtworzyłam przed kamerą samej siebie. Użyczyłam imienia i nazwiska postaci, która różni się ode mnie temperamentem. Bohaterka zostaje zaproszona przez reżysera do napisania w studiu tekstu, pod który wspólnie nagrywają klipy. To ogólny pomysł. Dla mnie najciekawsze było to, co dzieje się z postacią, kiedy wypowiada swoje kwestie. Jakie emocje, wątpliwości, pytania się w niej rodzą. 

W "Lipcu" też młoda kobieta dostaje aktorskie zadanie - wychodzi na scenę, by w pierwszej osobie opowiedzieć o mężczyźnie, na dodatek sześćdziesięcioparoletnim. Wykonuje ten tekst, ale oczywiście nie utożsamia się z postacią, którą przedstawia. Także tu, to, co najciekawsze, rodzi się w momencie, kiedy ta młoda bohaterka musi przepuścić przez siebie przedstawianą historię. Ale temat jest jednak inny niż w "Tlenie". "Lipiec" to przede wszystkim historia o maksymalistycznej życiowej postawie; o tym, jakie z tego wynikają problemy, ale i jaka jest w tym wartość. I jest to też sztuka o miłości. Ma w sobie dużo świetlistości, chociaż chwilami bywa straszna. 

Kogo oprócz pani zobaczymy na scenie? 

- Jeszcze nie wiadomo. Iwan jest po spotkaniach z aktorami, ale nie podjął jeszcze ostatecznej decyzji. 

Jak to się dzieje, że dostaje pani ostatnio zadania aktorskie, które ocierają się o eksperyment. Przypomnijmy choćby film Davida Lyncha "Inland Empire"? 

- Bardzo się z tego cieszę. Dążę do tego, by współpracować z ludźmi, którzy uparcie poszukują. I poruszają tematy, które ich niepokoją. Gdzie jeszcze, poza Teatrem Na Woli, możemy panią zobaczyć? 

Skończyłam zdjęcia do dwóch filmów: "Mistyfikacji" Jacka Koprowicza, alternatywnej autobiografii Witkacego, i "Tricku" Janka Hryniaka, historii pewnej ucieczki z więzienia.

Jolanta Gajda-Zadworna
Zycie Warszawy
13 sierpnia 2009
Portrety
Karolina Gruszka

Książka tygodnia

Jak przejąć kontrolę nad światem nie wychodząc z domu
Wydawnictwo Literackie
Dorota Masłowska

Trailer tygodnia