Łódź jest jak przystań

rozmowa z Ireneuszem Czopem

Z Ireneuszem Czopem, aktorem Teatru im. Jaracza w Łodzi, rozmawia Anna Gronczewska

Czy może Pan powiedzieć, że Łódź jest Pana miastem?

Jestem w Łodzi od 21 lat. To miasto ma w sobie taki dziwny magnes. Co próbuję czasami wyjechać z niego na dłużej, zaraz tu wracam. Po prostu tęsknię za Łodzią. Tu mam rodzinę, syna, przyjaciół. Powiem też coś, co zabrzmi dziwnie: bardzo dobrze mi się tu mieszka, choć bywa, że nie mogę tu wytrzymać.

Jak to się stało, że został Pan łodzianinem?

Wino, kobiety i śpiew. Śpiew i wino były w łódzkiej szkole filmowej, a kobiety w Łodzi są bardzo ładne...Tak się złożyło, że po skończeniu szkoły filmowej miałem sporo propozycji, jednak zostałem w Łodzi. Tym bardziej, że w łódzkich teatrach zacząłem grać jeszcze jako student. Poza tym myślałem, że Łódź cały czas będzie polską stolicą filmową i będę mógł pracować tak jak zawsze chciałem, czyli w teatrze i filmie. Potem nastąpiły te różne reorganizacje związane z tym co działo się w kraju. Łódź przestała być stolicą naszego filmu. Ja jednak w tym mieście pozostałem.

"Załapał" się Pan jeszcze na końcówkę działalności łódzkiej Wytwórni Filmów Fabularnych?

I tak, i nie. Kończąc studia nagrałem kilka spektakli teatrów telewizji w Łódzkim Ośrodku Telewizji. Zagrałem w jednym filmie. Mój debiut filmowy był łódzką produkcją. Gdy zaczynałem tę produkcję, to wytwórni robiło się jeszcze siedemnaście filmów rocznie, jak kończyłem - już tylko dwa. To było bolesne.

Czy łódzkiemu aktorowi trudniej się przebić?

Jeśli chodzi o pracę telewizyjno-filmową, na pewno o wiele trudniej. Teraz w zasadzie cały czas siedzę w Warszawie. Oczywiście w sensie pracy telewizyjno-filmowej, chociaż plany są często poza stolicą. Firmy produkcyjne są jednak w większości w Warszawie. Gdy się gra w warszawskim teatrze, łatwiej wyskoczyć na dzień zdjęciowy, niż dojeżdżać z Łodzi te 140 kilometrów. Czasami producenci mówią, że trzeba mieć dla nich co miesiąc tydzień wolnego. Dla aktora, który przyjeżdża z Łodzi zdjęcia muszą być skumulowane w jednym dniu. Nie jesteśmy tak mobilni jak warszawscy aktorzy.

Łódzkie teatry nie muszą się chyba jednak wstydzić, jeśli porówna się je z innymi scenami w Polsce?

Rzeczywiście. Powiem nieskromnie, że to, co wypracowałem sobie w łódzkich teatrach bardzo mi pomaga. Dostałem przecież w Gdańsku dwa razy nagrodę szekspirowską dla najlepszej kreacji w sztukach Szekspira, właśnie za role w teatrach Nowym i Jaracza. Potem była nagrodę Aleksandra Zelwerowicza od wszystkich polskich krytyków za najlepszą rolę sezonu. To jest znaczące. Natomiast jest dosyć trudno się przebić, gdy się jest na stałe w teatrze w Łodzi.

Wrócę jeszcze do pańskich łódzkich początków. Jak wspomina pan czas studiów w szkole filmowej?

Było biednie. Nie było seriali, filmów. Każdy marzył, by zagrać w teatrze. Gdy zdarzyła się rola w filmie, to miał miejsce cud. Dziś ten rynek jest szalony w porównaniu z latami moich studiów. Cieszę się, że moi koledzy robią kariery, bo czekali na to całe lata. Tak jak Iza Kuna, czy Renata Dancewicz. Wzorcami byli dla nas Wojtek Malajkat, Zbyszek Zamachowski, Czarek Pazura. To byli ludzie, którym się udało.

Za Pana studenckich czasów w Łodzi kwitło życie towarzyskie?

Wtedy w Łodzi otwarto pierwszy sklep nocny z alkoholem. Tak więc na drugim roku studiów rozpoczęło się życie towarzyskie wspomagane mocniejszymi trunkami. Na bogracz chodziło się do restauracji "Peszt", a na pieczarki z rusztu do "Horteksu". To była cała możliwość wyjścia na ul. Piotrkowską.

Jak się Panu dziś mieszka w Łodzi?

Podobnie jak w Warszawie i innych miastach. Generalnie aktorzy są bardzo zajęci i nie mają czasu, by chodzić po klubach, pubach. Muszą dużo pracować, by związać koniec z końcem. Nie ma czasu na życie towarzyskie.

Które miejsca w Łodzi najbardziej Pan lubi?

Są tu miejsca, które uwielbiam. Jak na przykład Księży Młyn, Rudę Pabianicką. Lubię też pójść na spacer do parku Poniatowskiego, 3-go Maja, wyskoczyć do Arturówka i Łagiewnik. Czasami wyjadę na rowerze w stronę Łasku, żeby poganiać po chaszczach.

Pochodzi pan z Płocka, z którego do Łodzi nie jest daleko....

Mój ojciec mieszkał pod Zamościem, mama w Płocku. Tak więc od dziecka byłem trochę w takim rozerwaniu. Moja partnerka pochodzi z gór, z Limanowej, a mieszka i pracuje w Częstochowie. Moja córka urodziła się w Limanowej. Jestem więc - jeśli tak można powiedzieć - bardzo wszechpolskim człowiekiem.

Niektórzy twierdzą, że Łódź to takie szare miejsce. Zgadza się Pan z tymi opiniami?

Muszę powiedzieć, że tak. I nie chodzi tu kolory budynków, które mogą zmienić swoje barwy, ale o mentalność niektórych ludzi.

A mówi się, że atutem Łodzi są ludzie...

Nie mówię tu o ludziach, którzy są moimi przyjaciółmi, o tych, którzy walczą, by było tu więcej uśmiechu, robią cały czas swoje. Po prostu temu miastu potrzebny jest gospodarz.

Byłby Pan gotów wyprowadzić się z tego miasta?

To złożona sytuacja. Tu nie chodzi o sentymenty. Z jednej strony rządzą nami irracjonalne popędy, a z drugiej chcemy lepszego życia: by moje dziecko chodziło do dobrych szkół, by my miało dobry start w życie, by można było się przejść ładną, bezpieczną ulicą.

Nie osiągnie się tego w Łodzi?

Nie wiem. To sprawa ludzi, czasu, energii. Im więcej wiary, tym więcej efektów.

Anna Gronczewska
Polska Dziennik Łodzki
26 września 2009
Portrety
Rubi Birden

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

Film balkonowy
Paweł Łoziński
Czy każdy może być bohaterem filmu? C...