"Losu nie ujdzie człowiek..."*

"Nad" - reż: Waldemar Zawodziński - Teatr im. Jaracza w Łodzi

Najważniejszym punktem obchodów jubileuszu 120-lecia istnienia najstarszej łódzkiej sceny była premiera spektaklu na podstawie tekstu Mariusza Bielińskiego, zdobywcy tegorocznej Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej. Spektakl "Nad" jest prapremierą i dowodem na to, że 120-letnia historia bynajmniej nie skłania twórców do patrzenia wstecz i odrzucania tekstów współczesnych. Wierność tradycji wyraża się w uniwersalnej, ponadczasowej wymowie spektaklu.

Historia w swojej warstwie fabularnej świetnie nadaje się na realizację thrillera, poznajemy bowiem Jakuba Krynickiego (świetny Mariusz Jakus), który odsiaduje wyrok za niepopełnione morderstwo. Zostaje zwolniony po 12 latach i poprzysięga zemstę temu, kto złożył obciążające zeznanie. Jakub został skazany na podstawie relacji jednego tylko świadka, którym - jak się okazuje - był przekonany o jego winie ojciec chłopaka (Andrzej Wichrowski). Dochodzi do tragedii, Jakub - zgodnie ze złożoną obietnicą zemsty na sprawcy swojego nieszczęścia - zabija ojca i wraca do więzienia (nie potrafi już żyć na wolności, wraca „do domu”), gdzie podcina sobie żyły szybką zegarka, który dostał w prezencie od zamordowanego rodzica. Zrozpaczona matka mordercy Aniela Krynicka (Ewa Wichrowska), która w krótkim czasie traci całą rodzinę, doświadcza samotności totalnej.  

Jednak nie o fabułę tu chodzi. Padające ze sceny słowa to poetycka proza, rodzaj białego wiersza, który zamienia tekst w rozważania na temat winy i kary, wyższej instancji, granic naszej wolności. To filozoficzny traktat o bezsilności wobec losu, bezradności wobec wszystkiego, co nas spotyka. „Nad” to studium problemu teodycei, istnienia niezawinionego zła w świecie rządzonym przez dobrego Boga. Czy naprawdę powinniśmy usprawiedliwiać decyzje Najwyższego i wybaczać ludziom za wszelką cenę? Czy świat wartości moralnych widziany w czarno-białych barwach jest krzywdzącym uproszczeniem, czy też istotą walki o jasne granice dobra i zła? Zamiast odpowiedzi rozbrzmiewa głucha, bolesna cisza. Bohaterowie nie tylko nie wiedzą, dlaczego spotyka ich niezasłużone cierpienie, nie wiedzą także, kogo za nie obwiniać. Olga (Agnieszka Więdłocha) ma „rozdartą duszę”, ponieważ w wieku 12 lat została brutalnie zgwałcona, Jakub odsiaduje wyrok, na który nie zasłużył, a tymczasem jeden z więźniów (Krzysztof Wach) chełpi się popełnionymi morderstwami na staruszkach, czując się przy tym doskonale we własnej skórze. Seryjny morderca i niewinny człowiek stoją w społecznej hierarchii na tym samym poziomie - są skazańcami niewartymi ludzkiej litości. 

Spektakl przepełniony jest skomplikowanymi emocjami o niespotykanym natężeniu. W pamięć zapadają filozoficzne rozmowy Jakuba ze współwięźniem (Aleksander Bednarz), który - jak się później okazuje - nigdy nie istniał (stanowił fizyczne zobrazowanie sumienia, wyższej instancji, do której odwoływał się Jakub), czy scena czytania listu przez Jakuba, który po 12 latach odsiadki został niemalże zmuszony do odczytania słów matki (kobieta pisała do niego każdego dnia przez 12 lat, z wyjątkiem 4 dni, gdy okoliczności zewnętrze jej to uniemożliwiły). Trudna do zdefiniowania jest także relacja łącząca zagubioną Olgę i Jakuba - mężczyzna źle odczytuje sygnały, które wysyłała mu dziewczyna i w konsekwencji staje się sprawcą kolejnego cierpienia w jej życiu. A może to ona jest przyczyną całego nieszczęścia, bowiem doznana w przeszłości krzywda uniemożliwia jej zbudowanie normalnego związku, postawienie jasnych, nieprzekraczalnych granic własnej intymności?  

Napisany niezwykłym językiem egzystencjalny dramat rozgrywa się w wyjątkowej scenografii (dzieło Marii Balcerek i Waldemara Zawodzińskiego przywołujące pewne skojarzenia z „Bitwą pod Grunwaldem” Marka Fiedora) - bohaterowie zamknięci są w czymś w rodzaju klatki, widzów oddziela od nich krata. Żyją uwięzieni w stalowym sześcianie pełnym drzwi, które w istocie są wrotami więziennych cel. W głębi, za stalową konstrukcją, znajduje się podwieszone pod sufitem koło, z którego zwisają białe uniformy. W ostatniej scenie koło ruszy stając się odniesieniem do symbolu życia, wieczności, nieustających powrotów i obrazu Boga. Bez względu na nasze wnioski, skargi, odczucia i żale, świat pozostanie taki sam, będzie się toczył zgodnie z przyjętym przed wiekami porządkiem. Będzie na nim niesprawiedliwość, grzech, gwałt, mord i nienawiść. A rządzić będzie uczucie tkwiące u podstaw wszystkich naszych zachowań - strach. 

Twórcom spektaklu udało się doskonale połączyć wszystkie elementy - trudny, niezwykły w formie tekst uzyskał interesującą oprawę wizualną, co w tym wypadku nie było łatwe. Przedstawienie jest dowodem na to, że przyznane po jego zakończeniu odznaczenia i nagrody dla dyrekcji i zespołu Jaracza były jak najbardziej zasłużone. Teatr został oficjalnie uznany przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Bogdana Zdrojewskiego za jedną z najlepszych i najprężniej działających scen dramatycznych w Polsce, a jak wiadomo - noblesse oblige.

* "Matka Joanna od Aniołów" Jarosława Iwaszkiewicza

Olga Ptak
Dziennik Teatralny Łódź
5 października 2009

Książka tygodnia

Teatr lalek w dawnej Polsce
Fundacja Akademii Teatralnej i Akademia Teatralna
Marek Waszkiel

Trailer tygodnia