Love story, które wciąż wyciska łzy

"Love story" - reż. Zbigniew Kułagowski - Nowy Teatr w Słupsku

Sposób na sukces? Musical! Katarzynę Tapek i Marcina Franca w roli Jennifer i Oliviera zarówno miło się ogląda, jak i słucha. Okazuje się, że nie trzeba jechać na Broadway, by móc oglądać musicale z najwyższej półki.

"Love story" to już drugi musical w wykonaniu zespołu aktorskiego ze Słupska w reżyserii Zbigniewa Kułagowskiego, a trzeci w ogóle. Myślę tu o "Cabarecie", którego premierę obejrzeliśmy w marcu 2011 roku w reż. Andrzeja Marii Marczewskiego oraz "The sound of music" w reż. Zbigniewa Kułagowskiego, który zszedł z afisza w maju tego roku.

Recenzje tego ostatniego były wyśmienite, więc idąc za ciosem, Kułagowski sięgnął po kolejny. Nie ukrywał, że łatwo nie było, bo o licencję Londyńskiej Agencji Josefa Weinbergera na wystawienie "Love story" ubiegało się kilka europejskich teatrów. Ale udało się! W sobotę mogliśmy obejrzeć polską prapremierę tej sztuki.

Potwierdza się, że miłość to temat uniwersalny i ponadczasowy. Fabuła, choć banalna i znana od 45 lat, kiedy to ukazała się powieść Ericha Segala "Love story" i film o tym samym tytule, wciąż chwyta za serce.

"Co można powiedzieć o 25-letniej dziewczynie, która umarła? Że była śliczna. I piekielnie inteligentna? Że kochała Mozarta i Bacha. I Beatlesów. I mnie..." - tak zaczyna się scenariusz filmowy. W musicalu na początku jest piosenka. Smutna i nostalgiczna. I też zdradza smutny koniec. Piosenka ta zresztą spina całość jak klamra, bo usłyszymy ją ponownie na końcu.

Ale sennie jest tylko na samym początku. Później akcja jest wartka, a tempo szybkie. Kurtyna zasłania się kilkakrotnie, aby w ciągu kilkunastu sekund ekipa techniczna mogła całkowicie zmienić scenografię autorstwa - tu bez niespodzianki - zżytej już z zespołem Anny Bobrowskiej-Ekiert (autorka scenografii m.in. w "The sound of music" oraz "Cabaret".) W ten sposób uniwersytecka biblioteka zmienia się chwilę potem w trybuny i lodowisko do hokeja.

Widownia jednak w tym czasie się nie nudzi, gdyż aktorzy grają na proscenium. Piękna muzyka Howarda Goodalla i teksty piosenek Goodalla oraz Stephena Clarka to z całą pewnością największe walory tego musicalu. Tu brawa dla zespołu wokalnego oraz zespołu instrumentalnego Rafała Kłoczki.

Młodych aktorów - Katarzynę Tapek i Marcina Franca - zarówno miło się słucha, jak i ogląda (w momencie, gdy Katarzyna pokazuje się w samej bieliźnie, zapewne serca mocniej biją męskiej części publiczności). Oboje nie z przypadku znaleźli się na scenie. Są absolwentami Akademii Muzycznej w Gdańsku na kierunku wokalno-aktorskim o specjalności musical. Do "Love story" zostali wyłonieni w wyniku castingu. Na swoim koncie, choć młodzi, mają już sporo ról w teatrach muzycznych. Katarzyna, zapewne ze względu na swoją urodę - jest brunetką, grała już m.in. tytułową Balladynę, a Marcin - Jezusa w musicalu "Jesus Christ Superstar" w Teatrze Muzycznym w Łodzi.

A nawiązując do urody bohaterów, nietrudno oprzeć się wrażeniu, że zarówno Katarzyna Topek, jak i Marcin Franc przypominają aktorską parę Ali MacGraw oraz Ryana O'Neala, grających w filmie "Love story". Czyżby to było zamierzone przez reżysera?

Zaznaczyć jednak trzeba, że obsada głównych bohaterów jest podwójna - w role Jennifer i Oliviera wcielają się zamiennie także Kaja Mianowana oraz Karol Drozd.

Musical składa się z dwóch aktów. Podczas gdy pierwszy pokazuje to radosne oblicze miłości dwojga bezpamiętnie zakochanych w sobie ludzi, drugi jest obrazem miłości tragicznej.

I tu - rada dla pań - koniecznie wodoodporny tusz do rzęs i chusteczki do torebki! Reżyser cel osiągnął. W momencie, gdy Jennifer - zgodnie ze znaną fabułą, tu nie ma zaskoczenia -umiera na białaczkę, łzy na widowni leją się na potęgę. Słychać powszechne chlipanie. I tak być powinno, bo teatr to przecież emocje.

Reżyser gra na uczuciach i wyciska łzy, ile może. I tu warto zaznaczyć - scena umierania pokazana jest pięknie. Światła gasną, łóżko z Jenny ginie w ciemnościach, zapada się wolno pod sceną, co symbolizuje opuszczanie trumny do grobu.

W tym momencie słyszymy muzykę graną i śpiewaną na żywo, tę samą, która spektakl rozpoczęła, a na białym płótnie - jak na telebimie - brzegiem morza o zachodzie słońca stąpa Jenny w kierunku swojej matki, która zmarła przed laty...

Koniec piękny, jednak jednej sceny mi zabrakło. Pojednania Oliviera z ojcem (w tej roli Jerzy Karnicki, w roli matki Bożena Borek). Tak było w oryginale, tego przecież chciała Jennifer.

Jeszcze jedna rzecz się nie zgadzała. Ten powtarzający się parokrotnie podczas sztuki szum oceanu. Słowa piosenki rzeczywiście mówią, że miłość łączy brzegi oceanu, ale skąd ten szum w Nowym Jorku, gdy za oknem Jenny i 01ivier widzą Central Park?

Czy długo oklaskiwany w sobotę musical "Love story" spodoba się szerokiej publiczności? Myślę, że tak. Jest w nim wszystko to, co ludzie kochają. Młodość, miłość, muzyka i emocje.

Magdalena Olechnowicz
Głos Pomorza
2 września 2015

Książka tygodnia

Bauhaus - nauczanie/nowy człowiek
Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego
red. Małgorzata Leyko

Trailer tygodnia

WIELKIE GORĄCE SZYBKIE...
Zapowiedź reżysera.
W jaki sposób powstał wszechświat i c...