Łowca snów z synagogi autor

"Słownik chazarski" - reż: Paweł Passini - Teatr im. Kochanowskiego w Opolu

Spójrzcie na opolski teatr okiem satelity, a potem unieście wieko dachu i zajrzyjcie do środka tej skrzyni z betonu. Oto labirynt, do którego za chwilę wejdą widzowie spektaklu Pawła Passiniego.

1. 

To nie żadna metafora. Passini zaaranżował "Słownik chazarski "w przestrzeni dużej i małej sceny teatru, zascenia, sali prób, rozlicznych zaułków, a także przejść, korytarzy i schodów, którymi w trzech grupach wędrować będą widzowie. Labirynt ma trzy wejścia, publiczność tworzą trzy oddzielne grupy, na czele każdej kroczy przyjazny przewodnik. Dla zabłąkanych labirynt jest pułapką, dla prowadzonych - przestrzenią pociągającej tajemnicy, a może nawet - narzędziem poznania.

Wejścia do labiryntu są dobrze strzeżone. Kiedy w ostatniej chwili wpadam do teatru, słyszę, że tędy nie wolno, wejście dla mężczyzn jest po drugiej stronie. Wychodzę więc na zewnątrz i biegnę tam, gdzie już na mnie czekają. Proszę się rozebrać i najlepiej skorzystać z toalety, bo spektakl będzie długi - słyszę troskliwe namowy i chętnie im ulegam, a potem staję wśród milczących facetów jak na komisji wojskowej czy lekcji wf. Gdzie jeszcze bowiem w życiu publicznym dzielą nas według płci? Kiedyś także w kościele, ale to raczej obyczaj niż reguła kazała katolikom siadać osobno. Co innego w synagodze, gdzie kobiety i mężczyzn wprowadza się innym wejściem do osobnych pomieszczeń. Nigdy nie uczestniczyłem w żydowskiej modlitwie, Passini przeciwnie, jest w synagodze regularnie, świetnie zdając sobie sprawę z ekskluzywności wszystkiego, co się w niej wydarza. Ten młody reżyser pragnąłby ją odnaleźć także w teatrze: "Dla mnie osobiście obecność w teatrze jest czasowo związana z wejściem w praktykę religijną" - mówił po warszawskiej premierze Artauda (Romantyczny linoskoczek, "Teatr" nr 7-8/2011). A potem dzielił się takim wspomnieniem:

[...] pojechałem do Wrocławia na festiwal kultury żydowskiej, akurat rabin wyjechał i ktoś poprosił, żebym poprowadził modlitwę w synagodze, akurat byłem jedyną osobą w mieście, która potrafiła to zrobić. A tam przychodzi co tydzień około dziesięciu panów, którzy mają średnio osiemdziesiąt lat i paru takich szczawików jak ja. No więc miało być otwarte piątkowe nabożeństwo. No i wiesz, tam jest sala modlitewna mała, w której wszyscy się mieszczą. Schodzę przebrany na dół, a na dziedzińcu dziki tłum, więc myślę: na co oni czekają? Może potem jest jakiś występ? I tak idę, i patrzę: ten tłum się rozstępuje przede mną. I nagle się orientuję, że to jest dwieście osób, i że to nie będzie w tamtej małej sali, tylko w ogromnej synagodze, i że na sali są cztery osoby, które wiedzą, co się dzieje. I te cztery osoby po cichu odpowiadają niektóre rzeczy, ale w zasadzie w ogóle ich nie słychać. A dwieście osób patrzy na to jak na dziwowisko, słuchają jak koncertu. I czuję, że mam tam momenty, w których nie jestem w stanie się wybić do góry; czuję, że zaczynam w czymś grać i muszę się wyrywać, żeby skończył się koncert, a zaczęła modlitwa, która podróżuje prosto do góry. A im bardziej ja się potykam, tym większe jest napięcie z tyłu. Ale nagle niezwykle mocno odczuwalne staje się takie pragnienie widzów, żeby zobaczyć, że ktoś tam w ogóle próbuje się dobijać do tych wyższych bram, że są chociaż jakieś próby skoku ku górze. Krótko mówiąc, zmierzam do tego, że moja piosenka o teatrze, jakkolwiek składająca się ze smutnych spektakli, to jest piosenka radosna. Mówiąca: hura! Mamy narzędzie, które działa. Przynajmniej tu. Mamy je. Mieliśmy je cały czas. Jeszcze jest w naszych rękach, jeszcze słychać głosy starych mistrzów, jeszcze jest o wiele lepiej niż gdzie indziej. To nie jest głos o rozpadzie, tylko to takie przynaglenie: nie śpijmy teraz, bo nam tu trochę stygnie, a tu trzeba podrzucić do pieca i jechać.

2.

W Opolu reżyser odważnie podrzucił do teatralnego pieca... Zburzył konwencjonalną przestrzeń sceny, złamał linearny porządek spektaklu, a widzom kazał wędrować z miejsca na miejsce, dając im to niesamowite poczucie realności wykreowanych światów, jakie stwarza teatralna symultana. Na dodatek postawił ich przed trudnym wyborem: chcesz iść z grupą mężczyzn/kobiet czy łowców snów? Ilu z widzów przygotowało się na ten wieczór, przeczytało "Słownik chazarski" Milorada Pavicia i wie, kim są łowcy? Przypuszczam, że niewielu. Dla większości wybór grupy musiał być więc przypadkowy, to znaczy - podświadomy, co pewnie Passini przewidział. Ciekawe, za czym pójdziesz, dziewczyno i chłopaku, za swoją płciową identyfikacją, bardzo przecież ważną, wręcz kluczową, a przez kulturę współczesną osłabianą, komplikowaną, kompromitowaną? Czy za swoją fantazją, wyobraźnią, obietnicą przygody i tajemnicy? Idę z mężczyznami - zdecydowałem, trochę się dziwiąc, że po prawie dwudziestu latach od mojej pierwszej lektury Słownika bardziej pociąga mnie symboliczna inicjacja w męskość niż w sen...

W szkicach poświęconych Paviciowi - serbskiemu poecie i historykowi literatury - pojawiają się zwykle nazwiska Borgesa, Márqueza czy Eco, trudno jednak z czymkolwiek porównać jego "Słownik" - powieść o strukturze leksykonu haseł, które w formie poetyckiej i baśniowej prezentują fikcyjną wiedzę na temat starożytnego (i wymyślonego) narodu Chazarów. Według wspaniale fantazjującego autora "Słownik" jest rekonstrukcją wydanego w Polsce w 1691 roku, a następnie zniszczonego przez inkwizycję, "Lexicon Corsi". Gdyby leksykon taki naprawdę istniał, z pewnością wspomniałby o nim Jan Potocki w "Rękopisie znalezionym w Saragossie". Albo Bruno Schulz w "Sklepach cynamonowych" czy "Sanatorium pod Klepsydrą". Opowiadania z tego drugiego tomu bardzo zresztą przypominają niektóre chazarskie opowieści.

"Pavić to wtajemniczony i poeta" - czytamy w posłowiu do Słownika i to wystarczy za wytłumaczenie, dlaczego zainteresował się nim Passini. Reżysera nie zniechęcają trudności, jakie w teatrze może rodzić ezoteryczny traktat... Przeciwnie, zagadka "Słownika" kusi go i pociąga, jak wcześniej pisma Artauda. Konstrukcja dzieła Pavicia odpowiada bowiem zagadce Chazarów, którzy - uwaga - do perfekcji opanowali sztukę podróżowania w ludzkich snach. Sny były dla nich równie realne jak jawa, stanowiły jej odwrotną stronę. Jeżeli w jednym miejscu świata coś się dzieje, to po jego drugiej stronie ktoś o tym właśnie śni - wierzyli Chazarowie, a wiara ta opierała się na wiedzy, czyli gnozie. "Sny są częścią natury ludzkiej pochodzącą od Adama poprzednika, niebiańskiego anioła, on bowiem myśli w sposób, w jaki my śnimy. Jest tak szybki, jak my bywamy tylko we śnie, albo mówiąc dokładniej, nasze sny są stworzone z jego anielskiej szybkości. I mówi tak, jak my mówimy we śnie, bez czasu teraźniejszego i przeszłego, tylko w przyszłym" - czytamy w Słowniku i słyszymy ze sceny.

Łowcy zanurzają się w cudzych snach, w cudzym spoczynku; wydobywają z nich cząstki istnienia Adama poprzednika układając całości, tak zwane słowniki chazarskie. Wszystkie one, połączone w jeden, mają zapłodnić na ziemi olbrzymie ciało Adama Ruhaniego. Jeśli za naszym anielskim przodkiem podążamy w chwili, gdy wchodzi on po niebiańskiej drabinie, sami też zbliżamy się do Boga. Jeśli zaś mamy nieszczęście podążać za nim w czasie upadku, oddalamy się od Boga nie zdając sobie z tego sprawy. Zawsze karmimy się nadzieją, że dopisze nam szczęście, że nasze zetknięcie z Adamem wypadnie w momencie, gdy będzie on zmierzał ku drugiemu szczeblowi skali rozumu, i że nas także pociągnie na wyżyny, bliżej Prawdy. Tak więc powołanie łowców snów może przynieść niewyobrażalne korzyści albo ogromne nieszczęście. Nie zależy to jednak od nas, łowców. Naszą sprawą jest próbować. Reszta to rzecz techniki.

3.

Chazarowie spotykali się we snach, Passini spotkał swoją publiczność wewnątrz dzieła teatralnego o zaskakującej strukturze, którą łatwo ze snem skojarzyć i jak sen przeżyć. Unosimy wieko teatru i widzimy z góry, jak trzy grupy wędrują trzema ścieżkami tam, gdzie czekają już na nich aktorzy. Widzowie docierają do pierwszej stacji, siadają lub tylko się zatrzymują, na stojąco obserwując graną dla nich scenę, żeby następnie ruszyć dalej. Kiedy jedni odchodzą, inni się zjawiają, niosąc w pamięci sceny poprzednie. Dla każdej z grup układają się one w nieco inną sekwencję motywów i symboli. Na dodatek nie wszystkie sceny dla każdej z grup grane są w ten sam sposób. W każdej sekwencji scen znajdzie się też taka, której inni nie obejrzą. No i oczywiście jedna z dróg dla każdego z widzów na zawsze pozostaje niedostępna (jeśli zechce, może przebyć dwie, w ciągu dwóch wieczorów). Więc jeden spektakl, ale w istocie jego trzy różne warianty.

Dokładnie tak, jak w dziele Pavicia, które składa się z trzech ksiąg, stanowiących trzy apokryficzne źródła do tzw. kwestii chazarskiej: chrześcijańskie, islamskie i żydowskie. Księgi te opowiadają dzieje Chazarów na trzy sposoby, z trzech perspektyw, dla trzech różnych odbiorców. I podobnie jak chrześcijańscy, islamscy i żydowscy poszukiwacze wspólnej wiedzy o Chazarach w ciągu dziejów, tak też i grupy widzów "co jakiś czas spotykają się ze sobą na widowni" - jak głosi program przedstawienia - by za chwilę się rozstać i pójść własną drogą. W programie czytamy też, że podczas spektaklu może zdarzyć się i tak, że widzowie jedni dla drugich stanowić będą element świata przedstawionego - co się sprawdziło. W scenie Kalina i Petkutin grupa kobiet przechodzi za plecami aktorów niczym osoby dramatu. Choć za jakiś czas usiądziemy obok siebie albo staniemy w tej samej sali, teraz obserwujemy się jakby z dwóch odrębnych światów. Po pewnym czasie sytuacja się odwróci. Realność kobiet będzie tu dla mężczyzn kreacją, realność mężczyzn - kreacją dla kobiet. Niezwykły efekt spowodowany wyłącznie obecnością aktorów, czyli tych, którzy tworzą sztuczną rzeczywistość, równoległą do rzeczywistości widzów. Reżyser wciągnął w nią także obserwatorów spektaklu, budując między nimi zupełnie nową relację.

Passini prezentuje w symultanicznym spektaklu śniony świat Chazarów, w istocie jednak nie o sny tu idzie, ale o sztukę. Sen w dziwnej powieści Pavicia jest przecież jej synonimem, a łowcy snów to nikt inny, jak artyści. Tajemnicą Chazarów będzie więc sama twórczość - podnosząca twórcę i jego odbiorców na wyższy stopień wiedzy, lub strącająca go w dół. Jeżeli więc sam "Słownik chazarski" uznamy za wyjątkową w swym kształcie księgę sztuki, jego inscenizacja będzie czymś zdecydowanie więcej niż tylko prezentacją wybranych wątków oryginalnej powieści - będzie artystycznym manifestem Passiniego, jego teatralnym credo.

4.

Poznałem ten spektakl tylko po części, jak zostało to przewidziane, choć lektura scenariusza daje mi pewne pojęcie o całości. Passini dramatyzuje Słownik jako sekwencję scen, w których pojawiają się władcy chazarscy, bohaterowie chazarskich opowieści, łowcy snów, autorzy słowników i ich współcześni potomkowie, wśród których będzie także współczesna mieszkanka Krakowa... Wędrówka w głąb chazarskiego mitu ma też w "Słowniku" - i spektaklu - swój sensacyjny rewers, kończy się morderstwem, dochodzeniem i sądem nad domniemanym zabójcą. Pytanie o sen zadawane językiem baśni okazuje się tu jednak ważniejsze od kryminalnych zagadek. A ponieważ sen to sztuka, najważniejszy w spektaklu staje się sposób, w jaki Passini go urzeczywistnia.

Ścieżka Mężczyzn symbolicznie ożywia motywy męskiej inicjacji: narodziny z ręki ojca, związek z kobietą, wtajemniczenie w naturę, walka z mistrzem, kryzys wiary, oświecenie. Zasadą artystyczną jest tu zaś silne napięcie między słowem i ciałem, czyli tajemniczym sensem chazarskich przypowieści, a bardzo zmysłowym konkretem materii: gliny, drewna, skór, sukna, piór. Ten materialny świat buduje Zuzanna Srebrna, scenografka (zarazem współautorka scenariusza), której wizja podąża śladem fantazji autora Słownika. Kiedy wchodzi się do pierwszego z męskich snów (scena zatytułowana Golem), spoza ścian słychać przypowieść o molu-człowieku, z którym "nieznajomy" (sam Bóg) prowadzi specyficzną rozmowę - zabijając go. Jedynie bowiem "hierarchia śmierci", jak tłumaczy mistrz łowiectwa snów swojemu uczniowi, umożliwia ludziom kontakt z zaświatami. Na scenie natomiast widać potężny dół wypełniony wodą i prawdziwą gliną, w którym Branković lepi swego syna Petkutina. Stworzenie Petkutina nie jest tu tylko grą wyobraźni pobudzanej światłem czy komputerową animacją, ale konkretnym trudem napiętych mięśni dźwigających z dna ciężkiej materii żywą istotę. Zanurzyć się w sen za pośrednictwem artysty oznacza więc dla Passiniego wejść w środek bytu, który nie stracił swojej zasady, dzięki czemu nie zamienił się w wiązkę pikseli, złudzenie, fantom, teatralne symulakrum. Ten materialny świat ze słów i gliny jest, a dzięki grze (chazarskim łowom) odsłania swoją tajemnicę.

Jej zwiastunami będą Dzieci Snów - liczna grupa młodych ludzi, dziewcząt i chłopców, pojawiających się w kluczowych dla spektaklu scenach, kiedy przed oczami wędrowców ukazuje się Chazaria. Passini i Srebrna ujrzeli ją oczami René Magritte\'a, z jego ulubionymi motywami nadrealnej wielkości klatek na ptaki, kolumnad, stopni sięgających nieba. Chazaria jest biała, jak włosy i broda półnagiego władcy Kagana, który po ogromnych białych schodach przedostaje się na dół, gdzie jedna postać księżniczki Ateh uczy drugą języka Chazarów. Tam też Dzieci Snów w białych, anielskich szatach wykonują swoje tajemnicze pieśni i choreografie - są żywym alfabetem. W Słowniku wszystkie ludzkie języki rodzą się bowiem ze snów, a każda litera podszyta jest śmiercią, którą Bóg mówi do człowieka. "Zazdrosna śmierć zwraca na siebie uwagę i powoduje u Petkutina swędzenie kolana. Drapał się wtedy, a jego paznokieć wypisywał na skórze litery, które można było odczytać. Tak ze sobą korespondują" - tłumaczy w pewnej chwili jeden z łowców. Oderwane od swego boskiego źródła, żywe słowa zamieniają się w martwą literę prawa, nauki i dogmatów. Na to rodzą się Chazarowie (czyli artyści), by ją na powrót ożywić, a więc, paradoksalnie, napełnić przeczuciem śmierci - i samego Boga.

Teatr świetnie się do tego nadaje, przy czym w kulminacyjnym momencie spektaklu Passiniego nie będzie to teatr słowa, ale - ruchu. Oto kilkudziesięcioosobowa grupa Dzieci Snów, leżąc, układa swoje ciała w kształt liter alfabetu arabskiego, a stojąc - hebrajskiego, gestami i ruchem pisząc opowieść o niewidzialnej (i niewyrażalnej) stronie bytu. Właśnie tak w spektaklu odbywa się ekumeniczna "dysputa chazarska", podczas której przedstawiciele trzech wielkich religii odkrywają wspólne, mistyczne źródło wyznawanej przez siebie wiary.

Potrzeba talentu, odpowiedniej techniki i dużej empatii, by taką "dysputę" wyreżyserować z grupą amatorów. Opolscy aktorzy stanowią świetny zespół, ale to właśnie za sprawą młodych ludzi zaproszonych przez Passiniego ze szkół najlepiej udało mi się odczuć i zrozumieć, czym jest Chazaria. Oto w połowie spektaklu zaglądamy pod wieko skrzyni i widzimy, że trzy grupy błądzące po labiryncie teatru, mijające się, patrzące na siebie z daleka, oddzielone przestrzenią sceny, a czasem tylko sznurkową barierką, teraz wreszcie spotykają się i mieszają. Małżonkowie biorą się za ręce, znajomi powtórnie kiwają głowami na powitanie. Wspólne teatralne przeżycie zbliża. Tymczasem na skraju sceny znowu gromadzą się Dzieci Snów, siadają w długim rzędzie i każde po swojemu próbuje coś opowiedzieć, szukając tego jedynego, indywidualnego gestu ciała, który otworzyłby i wyraził duszę. Z początkowego chaosu drobnych poruszeń - ktoś unosi dłoń, ktoś inny brodę - powoli zaczynają się wyłaniać najbardziej osobiste znaki. Z początku niezrozumiałe, ledwie uchwytne, z czasem ewidentne i wręcz hipnotyzujące. Passini nie od dziś pracuje nad tą techniką, idąc śladem swoich gardzienickich mistrzów. W Słowniku migowa sekwencja trwa jednak zaskakująco długo i ma niebywałą siłę. Nie mogę oderwać oczu od białych postaci, które w jakimś momencie zaczynają uwspólniać gesty, i oto z kilkudziesięciu niemych opowieści rodzi się jedna, tańczona dłońmi na kształt alfabetu Greków - trzeciego uczestnika "dysputy".

Chazaria to właśnie ten wznoszący się do nieba taniec gestów, który w finale spektaklu zamieni się w transowy taniec ciał i głosów do świetnej muzyki Łukasza Wójcika i samego reżysera (Passini nie rozstaje się z instrumentami). Pewnie nie przeżyłbym tak intensywnie Słownika, gdyby nie to wyjątkowe, muzyczne spotkanie w tanecznej Chazarii, zaaranżowane przez reżysera z gitarą, "szczawika" z synagogi, łowcę snów.

Jacek Kopciński
Teatr
15 maja 2012

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia

Napój miłosny
Jitka Stokalska
Opera na Zamku w Szczecinie zaprasza ...