Lubię moje życie w całości.

Smakuje mi ta dziwna, kręta historia

Nie interesują mnie polskie, inteligenckie gry w skromność, które zwykle polegają na tym, że się tę skromność udaje, skoro ma się za co. Żeby słoma z butów nie wychodziła. Mnie słoma z butów wychodzi, owszem, jestem ze śląskiej wsi, czemu miałbym udawać kogoś innego? Lubię w kulturze hiphopowej, że tak ostentacyjnie celebruje sukces. "Może teraz się wożę lepszą bryką, ale pamiętam, jak tam siedzieliśmy z ziomkami na ławeczce". W co drugich rapsach idą takie motywy, to jest moja wrażliwość, chociaż nie moja subkultura — mówi Szczepan Twardoch.

 16 września premiera "Pokory", nowej powieści Szczepana Twardocha. To epicka opowieść o rewolucji, wojnie i miłości, o Berlinie i Śląsku, Niemcach i Polakach, podziałach społecznych i etnicznych. Jej bohaterem jest Alois Pokora, syn górnika, wyrwany przypadkiem z proletariackiej rodziny, rzucony w okopy I wojny światowej, rozdarty między starym światem a nową rzeczywistością, która formuje się w chaosie rewolucji listopadowej, rozlewającej się na pokonane Niemcy. O "Pokorze" Twardoch mówi "najlepsza z moich powieści".

Tymczasem wydany cztery lata temu, bardzo głośny "Król", znajdzie niebawem nowych odbiorców — już jesienią w Canal+ dostępny będzie ośmioodcinkowy serial na podstawie powieści w reżyserii Jana P. Matuszyńskiego z Michałem Żurawskim w tytułowej roli Jakuba Szapiry. Na ekranie będzie można zobaczyć też m.in. Arkadiusza Jakubika, Magdalenę Boczarską i Borysa Szyca.

Z kolei w Niemczech ukazuje się właśnie "Das schwarze Königreich", czyli "Królestwo" (kontynuacja "Króla") w tłumaczeniu Olafa Kühla. Premierze towarzyszy trasa promocyjna Szczepana Twardocha po Niemczech.

Ale chwilowo jesteśmy jeszcze w Gliwicach. Na telefon dostaję pinezkę. Docieram do ulicy Górnych Wałów, za którą rozciąga się średniowieczne centrum miasta. Twardoch czeka na mnie obok swojego kabrioletu — granatowego saaba 900 z 1992 roku.

Emilia Padoł: To jest to cudo, które sprzedałeś kilka lat temu?

Szczepan Twardoch - Tak.

Dlaczego odkupiłeś ten samochód?

- Czy podajesz w wątpliwość racjonalność moich wyborów motoryzacyjnych? Bardzo słusznie. Uwielbiam ten samochód, po prostu, no. Nie miałem wyjścia, nie zniósłbym myśli, że pójdzie w świat. Sprzedając, umówiłem się, że będę miał pierwszeństwo przy ewentualnym zakupie.

Po jakie licho w ogóle się go pozbywałeś? Jej właściwie. Potrzebowałeś pieniędzy?

- To miało jakieś znaczenie. Ale przede wszystkim wydawało mi się wtedy, że już nie będę nią jeździć, potem kupiłem jaguara XJS, a potem odkupiłem sabinę i teraz poza normalnym autem do jeżdżenia z punktu a do punktu b, mam jeszcze dwa stare, niepotrzebne kabriolety. Takie hobby, powiedzmy sobie, głupie.

To ruszajmy. Do miejsc związanych z Aloisem Pokorą — i Szczepanem Twardochem.

- Pokrywają się, w dużej mierze. Zaczniemy od drogi do Nieborowic, z których Alois jest, przejedziemy przez Żernicę, zajedziemy do Pilchowic. Pojedziemy wzdłuż nieistniejących już torów wąskotorówki relacji Gliwice-Racibórz, którą pod koniec lat 80. jeszcze zdarzyło mi się jechać.

(Silnik mruczy, dach się otwiera, wiatr smaga nas po głowach, słońce bije po oczach. Jedziemy.)

Ale zaczęło świecić. Nie mam okularów przeciwsłonecznych. Dobra, niech świeci. Ile tego jeszcze zostało, miesiąc? Dwa tygodnie?

Napisałeś kilka dni temu na Facebooku, że "Pokora" to najlepsza z twoich powieści. Dlaczego tak uważasz?

- Jestem w dziwny sposób przekonany, że w niej łączy się to, co najlepsze z mojego rzemiosła powieściopisarskiego, z tym, co w moim pisaniu intymne, przeżyte. O żadnej wcześniejszej książce tak nie myślałem. To nie znaczy, że jestem z tej powieści całkowicie zadowolony. Z żadnej nie jestem. Powieść, którą sobie wymyślę, zawsze wydaje mi się dużo piękniejsza, bardziej epicka, głębsza, niż to, co mi potem z pisania wychodzi.

Pierwszy pomysł na "Pokorę" zakładał, że najważniejszą osią powieści będą tzw. powstania śląskie, o których ja jednak wolę myśleć jak o polsko-niemieckiej wojnie o Śląsk. Bardzo lubię "Wiatr buszujący w jęczmieniu" Kena Loacha i wymarzyłem sobie, że mógłbym napisać coś podobnego o Śląsku, bo wiele jest podobieństw między tym, co działo się w Irlandii i na Śląsku w latach 1919-1922.

Ale kiedy zacząłem pisać, ta śląska wojna domowa jednak zeszła na dalszy plan. Okazało się, że dla Aloisa Pokory o wiele ważniejsza stała się rewolucja listopadowa w Berlinie. To dla mojego bohatera moment odpłaty — staremu światu i ładowi społecznemu, który wcześniej wydawał się wiecznotrwały.

Twój bohater przez cały czas walczy o godność — to zresztą bardzo ważne słowo w "Pokorze".

- Chyba najważniejsze.

O co chodzi z tą godnością?

- Napisałem 500 stron tej powieści, żeby spróbować odpowiedzieć na pytanie "o co chodzi z tą godnością?". Intuicyjnie czuję, że to coś bardzo ważnego także w moim życiu. Nie umiem jednak odpowiedzieć jednym zdaniem. Odpowiedziałem więc powieścią.

Zjeżdżamy właśnie na starą drogę prowadząca do Żernicy, co do której Wikipedia jest przekonana, że się w niej urodziłem. To nie jest prawda, ale tego nie prostuję, traktując tę wzmiankę jako stałe przypomnienie, żeby nie wierzyć temu, co piszą w internecie.

Urodziłeś się w Gliwicach?

- Nie, nieopodal stąd, w Knurowie, w szpitalu. Moi rodzice mieszkali wtedy w Gierałtowicach, również nieopodal. A Żernica, do której właśnie wjeżdżamy, nazywała się po niemiecku Deutsch Zernitz. Kiedy w połowy lat 30. Niemcy zaczęli prowadzić kampanię usuwania słowiańsko brzmiących nazw na Śląsku, uznali, że "Niemiecka Żernica" to nie jest dość niemiecka nazwa i przemianowali ją na Haselgrund. Jest tu piękny drewniany kościół z XVII wieku. A tu minęliśmy właśnie dom, w którym prawie dokładnie 100 lat temu urodził się mój żyjący po dziś dzień dziadek.

Masz doświadczenie mieszkania gdzieś indziej niż tu? Mieszkania, czyli życia, powiedzmy, przez minimum kilka miesięcy?

- Nie. Najdłużej chyba przez miesiąc w Berlinie, kilka tygodni w Lizbonie, swego czasu spędziłem prawie dwa miesiące na Syberii i w Mongolii, ale to nie było mieszkanie, tylko kolejowe koczownictwo z plecakiem wypełnionym konserwami. W 2002 roku. Miałem 100 dolarów w kieszeni. Zdarzało mi się spać na dworcach, w namiotach rozbitych w środku parku w Irkucku. Były to pełne przygód tygodnie. W ogóle w taki sposób zjechałem swojego czasu naprawdę kawał świata, chociaż teraz już tak nie robię. Do tego trzeba mieć 20, a nie 40 lat. No i zawsze tu wracałem.

To wszystko, przez co przejeżdżamy, przez co jeszcze przejedziemy, to mój najbliższy hajmat. Moi przodkowie wciekli tu w ziemię i już zostali. Mam przeczucie, graniczące z pewnością, że ja też wcieknę.

Potrafisz sobie wyobrazić, że jednak to się nie stanie?

- Życie nie przestaje mnie zaskakiwać. Przydarzyły mi się rzeczy, co do których dałbym sobie rękę obciąć, że mi się nie przydarzą. Nie miałbym już obu rąk. Ale nie spodziewam się, że wyjadę stąd na stałe. Musiałbym mieć być bardzo mocny zewnętrzny bodziec albo doznać głębokiej przemiany całej konstrukcji charakterologicznej.

Proszę, mijamy teraz drewniany kościół, w którym w 1907 mój prapradziadek Anton Draga ożenił się po raz drugi z Anną Wowrzik, zaraz po tym, jak zmarła jego pierwsza żona, Pauline z domu Magnor. Jego ojciec zaś, kowal imieniem Dominik, urodził się też w Knurowie, 200 lat temu. A ja ciągle tutaj.

(Mkniemy dalej drogą, która przecina gęsty las. Sabina na wyższych obrotach silnika mruczy jeszcze milej.)

Wjeżdżamy do przysiółka przy Pilchowicach, który nazywa się Leboszowice. Tu był młyn, do którego mój dziadek chodził ze swoją matką 90 lat temu — z Żernicy, przez którą przed chwilą przejechaliśmy. Tego młyna już nie ma, ale pamiętam jego ruiny, w których bawiłem się jako dziecko. I widzisz, na poziomie, którego nie sposób racjonalnie uzasadnić, to wszystko mi daje poczucie bycia na właściwym miejscu.

To w sumie jest całkiem racjonalne.

- Nie, nie jest. To przecież bzdura. Człowiek ma nogi, żeby się przemieszczać, a nie korzenie, jak drzewo, żeby tkwić w jednym miejscu. Nigdy nie próbowałem uczynić z tego maksymy moralnej, która brzmiałaby: człowiek powinien mieszkać tam, gdzie żyli jego przodkowie.

Lubię to miejsce. Może to najprostsza odpowiedź na pytanie, dlaczego nie potrafię stąd wyjechać? Ale wiem, czuję, że jest w tym coś niezdrowego, toksycznego, w tym moim irracjonalnym przywiązaniu do tego niczym się niewyróżniającego kawałka Górnego Śląska.

Będę uparta i wrócę do godności w "Pokorze". Ona jest nierozerwalna z kwestią klasową, o której chyba przede wszystkim jest ta książka.

- No jasne. W pewnym sensie ta powieść wynika z marksistowskich rozpoznań rzeczywistości. Zaraz wszyscy się zaczną pukać w głowę, wyobrażając sobie jakiś socrealistyczny produkcyjniak i myśląc, że zostałem komunistą. Marksistowska optyka była mi jednak potrzebna do rozpoznania tematu godności.

Co z tą klasowością?

- Klasowość w Polsce jest zawieszona w takim dziwnym limbo. Na przykład w Wielkiej Brytanii podziały klasowe są bez wątpienia głębsze niż w Polsce — bo tam klasy wyższe nawet genetycznie różnią się od klas ludowych — ale z drugiej strony każdy tych podziałów jest świadomy. A my żyjemy w egalitarnej iluzji. Szczególnie w klasie średniej lub wyższej bardzo chętnie udaje się w Polsce, że klas nie ma. Że wszelkie nasze sukcesy i powodzenia są wyłącznie kwestią przypadku albo naszych osobistych wysiłków, a to znaczy, że wprost na nie zasługujemy.

Pytanie do socjologa: to jakie są podziały klasowe w dzisiejszej Polsce?

- Na pewno nie dotyczą wyłącznie kwestii majątkowych. Chodzi też o kapitał kulturowy, jaki się wynosi z domu i kapitał społeczny w postaci sieci znajomości. Polska to kraj, który w całości funkcjonuje po znajomości, więc to ma znaczenie, czy do podstawówki i liceum chodziłaś z synami ministrów, dziennikarzy i urzędników wyższego szczebla, czy może z synami sklepikarzy i lekarzy, albo czy w ogóle do tego liceum poszłaś. Czy twoja pierwsza miłość z siódmej klasy pracuje teraz w warzywniaku, czy raczej jest redaktorką naczelną ważnego pisma. Młodzieńcze znajomości zostają na długo i budują pewien kapitał zaufania, który w życiu dorosłym zbudować jest dużo trudniej.

Wychowałem się w środowisku, w którym wszyscy byli na podobnym poziomie. Różnice wyznaczało to, czy masz magnetowid albo antenę satelitarną, albo czy ich nie masz. Kiedy miałem 25 lat, nie widziałem podziałów klasowych, kiedy miałem 35 lat, zacząłem je zauważać, a teraz widzę je bardzo wyraźnie. Nie czynię z nich nikomu zarzutu. Mówię tylko, że one są i że to bardzo wygodne: nie dostrzegać podziałów klasowych w Polsce.

O, tam w drugiej linii zabudowy mieszkają moi rodzice. A to jest droga, którą chodziłem do szkoły.

Daleko miałeś?

- Nie, kilometr. Jesteśmy w centrum Pilchowic, przed wojną to było takie małe miasteczko, czy też wieś targowa, względnie zamożne, było tu seminarium nauczycielskie, szpital, dwa albo trzy hotele, kilka knajp, majątek ziemski. Wszystkie pilchowickie lokacje w "Pokorze" są oczywiście autentyczne. Ta fara z XVIII wieku, w której fikcyjny Alois mieszkał. Budyneczek z wieżą, w którym był hotel.

Wracając do znajomości, najlepiej i najswobodniej czuję się w towarzystwie ludzi, których znam od 25 lat. Oni wszyscy mają uczciwą, normalną pracę.

Chcesz powiedzieć, że nie taką jak ty czy ja. Mniejsza o nasze wady. Funkcjonujesz między bardzo różnymi światami...

- ...które się zwykle w Polsce nie spotykają, tak. A ja się pomiędzy nimi przemieszczam i się w nich lepiej lub gorzej odnajduję. Bardzo sobie cenię te podróże, bo jestem przekonany, że one dobrze wpływają na mój słuch społeczny.

No dobra, a co z tym, że ludzie, także z twojego publicznego wizerunku, Instagrama na przykład, wnioskują często tak: Szczepan Twardoch — samochody, ładne ubrania, żagle, wino. Stale ktoś ci zagląda do portfela, wbija szpilę, że nieźle zarabiasz.

- Nic z tym. Jestem w stanie nieźle kontrolować to, co ludzie o mnie wiedzą i — do jakiegoś stopnia — to, co we mnie widzą. Ale nie jestem w stanie kontrolować tego, co o mnie myślą. Nie wszystkim muszę się podobać. Nie od tego jest pisarz.

Poza tym: ja taki jestem, po prostu. Mógłbym to zapewne skrzętnie ukrywać, ale dlaczego? Nie interesują mnie te polskie, inteligenckie gry w skromność, które zwykle polegają na tym, że się tę skromność udaje, skoro ma się za co. Żeby słoma z butów nie wychodziła. Mnie słoma z butów wychodzi, owszem, jestem ze śląskiej wsi, czemu miałbym udawać kogoś innego? Lubię w kulturze hiphopowej, która jest przecież kulturą klasy ludowej, proletariackiej, że tak ostentacyjnie celebruje sukces. Równocześnie nikt w niej nie wypiera się swoich korzeni. "Może teraz się wożę lepszą bryką, ale pamiętam, jak tam siedzieliśmy z ziomkami na ławeczce", prawda? W co drugich rapsach idą takie motywy, mnie się to bardzo podoba, bo to jest moja wrażliwość, chociaż nie moja subkultura.

A z tym odnajdywaniem się w różnych światach jest trochę tak, jak z językami. Jeśli znasz inne języki, potrafisz sobie wyobrazić też inne drogi myślenia. Od dziecka funkcjonuję w dwóch. Kiedy ktoś zaczyna do mnie mówić po śląsku, automatycznie zaczynam mu odpowiadać w tym języku. Jestem w nim trochę innym człowiekiem, jeszcze bardziej obcesowym, kategorycznym, ale też konkretnym. Nie umiałbym robić literatury po śląsku — najpierw i tak musiałbym ją sobie ułożyć w głowie po polsku.

Zaraz dojedziemy do Nieborowic, czyli rodzinnej miejscowości Aloisa Pokory. Mój pradziadek mieszkał w niej przez pewien czas, zanim nie wyniósł się do Gierałtowic, całe 10 kilometrów dalej. No i co ja ci tu mogę jeszcze pokazać? Domy?

Bardzo proszę. Ta architektura jest osobna, inna niż wszędzie w Polsce.

- Jeśli dobrze pamiętam, to od końca XVIII wieku obowiązywał tutaj, wprowadzony po wojnach pruskich, zakaz budowania z drewna — z powodów przeciwpożarowych. Jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać na Górnym Śląsku cegielnie. Domy musiały powstawać z cegły lub z kamienia. Chłopskich chat drewnianych ostało się więc niewiele, wszystkie powędrowały do skansenów.

Nie mam w ogóle nabożnego stosunku do Śląska. Kiedy słyszę, jak ktoś mówi, że to najpiękniejsze miejsce na Ziemi, mogę tylko doradzić mocne walnięcie się głową w mur. Nie potrafię być kimś, kto sławi uroki śląskiej ziemi albo przekonuje, że są tu nie tylko kopalnie, ale też lasy i pałacyki.

(Snując się, wielokrotnie odbijamy od głównych dróg w te boczne, zapomniane nawet przez Twardocha, nieodwiedzane przez sabinę. Po kilku zaskoczeniach i zawirowaniach wyjeżdżamy na drogę do Gliwic.)

Dokładnie tutaj, tak jak jedziemy, biegła granica polsko-niemiecka. Przy zabudowaniach kluczyła, czyjś ogródek trafiał na stronę niemiecką, kogoś innego — polską. Widzisz te budynki? To Knurów. On był po polskiej stronie, a tu, po lewej, były Niemcy.

I tą drogą dojeżdżałeś do liceum do Gliwic?

- Tak. PKS-em. 7:07. Pół godziny się jechało, czasem i po pysku można było w autobusie dostać.

Aż się boję drążyć. Alois nieustannie usiłuje się jakoś zbudować, znaleźć swoje miejsce w świecie, stać się kimś. Jak to było u ciebie, jak stałeś się tym, kim teraz jesteś? Masz ukutą jakąś metaforę tego procesu?

- Chyba porównałbym go do utrzymywania drewnianych kościołów — kilka ich minęliśmy. Co jakiś czas — 50, 100, 200 lat — trzeba w takiej budowli wymienić zmurszałe belki, ale to wciąż ten sam kościół. Coś podobnego dzieje się z naszym ciałem. Nawet w naszych mózgach wszystkie cząsteczki się wymieniają. Fizyk Richard Feynman powiedział kiedyś ładnie, że człowiek jest tańcem cząsteczek w jego mózgu, bo nawet te w mózgu się wymieniają. Jesteśmy więc tylko ich porządkiem.

Nie mam poczucia, że dążę do jakiejś ostatecznej formy bycia Szczepanem Twardochem. Że w ogóle taka ostateczna forma istnieje. Byłem tak samo sobą, kiedy miałem 15, 20, 30 lat. W każdej głupocie i pomyłce. Lubię moje życie w całości, smakuje mi ta dziwna, kręta historia, która doprowadziła mnie do miejsca, w którym teraz jestem.

(Zbliżamy się do miasta. Gliwice na horyzoncie.)

A na tych polach wokół odbywała się cała ganianina w związku z powstaniami. Strzelali do siebie, robili zasadzki. Zobacz, dachy, które tam widać, to Bujaków, czyli Schönwald. To była niemiecka wyspa językowa. W XIV wieku przyjechali tam osadnicy z Frankonii, którzy przez wieki zachowali swoją średniowieczną niemczyznę, niezrozumiałą dla Niemców przyjeżdżających z Rzeszy. Mieszkańcy Schönwaldu żenili się wyłącznie między sobą. Ludzie się stamtąd wyżeniali, ale nigdy nie wżeniali w tę społeczność. Na koniec ostało się chyba osiem nazwisk w całej wsi. Moja praprababcia, pierwsza żona Antona była stamtąd, nazywała się Magnor. W czasie pierwszego powstania Schönwald zdobyła polska jednostka, tzn. rodzima, tutejsza, złożona przede wszystkim z opowiadających się za Polską Ślązaków. Rezydowali tam przez tydzień, gwałcili kobiety, źle traktowali mieszkańców.

Skoro wjeżdżamy do Gliwic, jedźmy jeszcze zobaczyć kamienicę, w której mieszkała Agnes — powieściowa nemezis, kobieta przeklęta. I gimnazjum, do którego chodził Alois.

- Proszę bardzo. Naprzeciwko kamienicy, w której mieszkała Agnes, dzisiaj jest McDonald. Zresztą pierwszy w Gliwicach. Przez dobre kilkadziesiąt lat była tu restauracja Café Kaiserkrone, w której Alois siada kilka razy w powieści.

Co do Agnes — jej kobiecość jest cechą przygodną. Gdybym miał taki kaprys, spokojnie mógłbym z Agnes uczynić postać męską, ona działałaby tak samo. Nawet erotyczność relacji Aloisa i Agnes jest pozorem. Chciałem zbadać relacje władzy i uległości, one mogą działać na przekór płci, orientacji, wszystkiemu. I nie chodzi mi o erotyczne fetysze. Interesuje mnie władza, która wbija się w człowieka bez groźby. Na jakiej płaszczyźnie się to rozgrywa? To kolejna rzecz, której nie rozumiem, dlatego napisałem o niej powieść.

(Przez Gliwice przedzieramy się w godzinach szczytu. Korki nieco spowalniają nam wycieczkę. Rozglądam się.)

Bardzo lubię to miasto i też uważam za swoje, za część najbliżej oswojonego hajmatu. Moi krewni nigdy nie mieszkali w Gliwicach, bo jestem z chłopskiej i górniczej rodziny, ale zawsze orbitowali gdzieś dookoła tego niemieckiego miasta.

Dzisiaj w całej konurbacji górnośląskiej życie toczy się głównie w Gliwicach i Katowicach. Do tych miast ludzie dojeżdżają do roboty, są w nich knajpy, uczelnie.

Gliwice są odnowione, zadbane. Ale weźmy taki Bytom — miasto obrócone w ruinę.

- Bytom to była perła Górnego Śląska, najpiękniejsze miasto. Dzisiaj niestety zniszczone, tak. Mój stuletni dziadek powiedziałby, że to "Polnische Wirtschaft", acz to pewnie nieco bardziej skomplikowane. Ale że Polska traktowała Śląsk jak kolonię to prawda, oczywiście. Tak czy inaczej, napiszesz to, a potem tygodnik "W Sieci" na wyprzódki ogłosi: "Szczepan Twardoch chciałby przyłączenia Bytomia do Niemiec" (śmiech).

Jesteśmy na ulicy Zwycięstwa, którą Alois chodził sobie do rynku. Agnes mieszkała 300 metrów przed nami, w tym domu. Naprzeciwko, jak widzisz, McDonald. To najbardziej reprezentacyjna ulica Gliwic od lat 80. XIX wieku. Nazywała się Wilhelmstrasse na cześć Kaisera Wilhelma, a teraz to ulica Zwycięstwa, chodzi oczywiście o zwycięstwo nad III Rzeszą. Dzisiaj nie ma na niej nic, tylko banki.

O twojej powieści już mówi się "biseksualna", niedawno dostałeś też od jednego z tygodników etykietę "nawróconego na ideologię LGBT" — choć tu już nie w związku z "Pokorą", a udziałem w manifestacji przeciwko, jak napisałeś, systemowej homofobii. Ale zostańmy przy powieści. Dlaczego wplotłeś tam tyle wątków genderowych i queerowych? Chyba nie koniunkturalnie?

- Odpowiedź na takie pytanie nie ma sensu. Gdybym zrobił to koniunkturalnie, to i tak zapytany zaprzeczę, więc jaka jest wartość takiego zaprzeczenia? Nie mogę być sędzią we własnej sprawie.

Ale byłoby niemądrym pisać o Berlinie przełomu 1918 i 1919 roku bez uwzględnienia emancypacji osób LGBT, która zaczęła się właśnie wtedy w Niemczech, przede wszystkim za sprawą Magnusa Hirschfelda.

Wracając do koniunkturalności, to jest przecież złożone. Bo nie usiłuję ci powiedzieć, że np. klasowość, o której wcześniej rozmawialiśmy, pojawiła się w książce przypadkiem. Zapewne nie. Klasowość dzisiaj to temat dużo wyraźniej obecny w polskiej debacie publicznej niż jeszcze 10 lat temu. Jestem zanurzony w świecie, w którym żyję, chłonę go, naturalnie interesuję się rzeczami, które są aktualne. To nie wynika z mojego tropizmu popularnych wątków, tylko z tego, że ten prąd również mnie niesie.

(Wjeżdżamy na plac Józefa Piłsudskiego, w którego centralnym punkcie stoi pomnik marszałka.)

Oczywiście musieli tu Piłsudskiego postawić, który miał tyle wspólnego z Gliwicami, co ja z Łomżą. Pomniki Piłsudskiego na Śląsku to jakaś aberracja, przecież on Śląska nie chciał, nie potrzebował. No ale polska polityka tutaj zawsze miała w sobie tę arogancką, tromtadracką nutę.

A tu za rogiem jest budynek niegdysiejszego Królewskiego Katolickiego Gimnazjum w Gliwicach i nawet brama, w której Aloisowi spuścił łomot jego prześladowca, Chłopaczysko.

Skoro wspomniałeś o łomocie. Premiera "Króla", serialu na podstawie twojej powieści, już jesienią. Jesteś zadowolony z tego, jak ta stworzona przez ciebie historia ożyła?

- Tak. Jestem przede wszystkim zadowolony z tego, co zrobił Michał Żurawski z głównym bohaterem. Na początku nie widziałem w nim mojej postaci, bardzo się bałem, że na ekranie zjedzą go bardzo ekspresyjni Jakubik i Szyc, którzy budują swoje role właściwie na nadekspresji. A Michał jest w jakimś sensie wycofany. I nagle się okazało, że on właśnie tymi ograniczonymi środkami oddał siłę tej postaci. Jest wspaniały. No a reżyseria Janka P. Matuszyńskiego to też wspaniałe rzemiosło. Czegoś takiego w polskim serialu jeszcze nie widziałem.

Silnik stygnie, dach się zamyka, słońce, które jeszcze przed chwilą nas męczyło, już prawie zniknęło. Wysiadamy.

__
Szczepan Twardoch (ur. 1979) – jeden z najbardziej cenionych współczesnych polskich pisarzy. Jest autorem głośnych, bestsellerowych powieści: Morfina (2012), Drach (2014), Król (2016) i Królestwo (2018). Najnowsza z jeg książek, Pokora, właśnie się ukazuje. W jego literackim dorobku znajdują się również uznawany za literackie odkrycie Wieczny Grunwald (2010), tom dzienników Wieloryby i ćmy (2015), zbiór opowiadań Ballada o pewnej panience (2017) oraz wybór felietonów Jak nie zostałem poetą (2019).

Uhonorowany wieloma prestiżowymi nagrodami, między innymi Paszportem "Polityki", Nagrodą im. Kościelskich, Brücke Berlin-Preis, Śląskim Wawrzynem Literackim, O!Lśnieniem – Nagrodą Kulturalną Onetu, Nagrodą Czytelników Nike i rekordową liczbą nominacji (między innymi do nagród Nike, Gdynia i Angelus).

Prawa do jego powieści zostały sprzedane do kilkunastu krajów. W 2020 roku w Stanach Zjednoczonych ukazał się Król, entuzjastycznie przyjęty przez tamtejszą krytykę literacką. Na podstawie powieści powstał serial w Canal+.

Mieszka w Pilchowicach na Górnym Śląsku.

Emilia Padoł
Onet.Kultura
16 września 2020

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia