Lublin pod znakiem Dostojewskiego

"Liza" - reż. Łukasz Witt-Michałowski - Scena Prapremier InVitro

Scena Prapremier InVitro funkcjonuje w teatralnej przestrzeni od kilku dobrych lat i posiada na swoim kącie kilkanaście nagród za dotychczasową działalność. Organizacja nie jest typowym teatrem, jest to podmiot, który działa w ramach Centrum Kultury w Lublinie. Dyrektor Sceny, Łukasz Witt-Michałowski, nie posiada własnego zespołu aktorskiego, ani teatru. Tworząc kolejne projekty zaprasza do współpracy dramaturgów, reżyserów oraz aktorów współpracujących, na co dzień z innymi teatrami. Projekty te nie są ze sobą powiązane w żaden sposób, stanowiąc, zupełnie odrębne przedsięwzięcia. W listopadzie (13 i 14) widzowie mieli okazję zobaczyć jeden z ostatnio przygotowanych spektakli, a mianowicie Lizę, inspirowaną opowiadaniem Wieczny mąż Fiodora Dostojewskiego.

Utwór rzeczywiście jest mało znany i rzadko gościł w repertuarze teatrów, jednakże za prapremierę, jak to sugeruje nazwa - Scena Prapremier, uznać go się nie da. PRAPREMIERA to określenie odnoszące się do pierwszego przedstawienia teatralnego w dotychczasowej historii, bądź ewentualnie do próby generalnej poprzedzającej premierę danego spektaklu. Prapremiera Wiecznego męża miała miejsce w 1963 roku, dokładnie 19 grudnia w Teatrze Nowym w Poznaniu. Z tekstem rosyjskiego pisarza zmierzył się wówczas Stanisław Brejdygant, który to zaprezentował „niezwykle interesującą, wierną i jednocześnie odkrywczą, chciałoby się powiedzieć, współczesną, prezentację tekstu Dostojewskiego" *1. Spektakl w reżyserii Stanisława Brejdyganta zasłyną przede wszystkim dzięki scenografii Teresy Ponińskiej oraz wybitnym kreacjom Józefa Fryźlewicza w roli Pawła Pawłowicza Trusockiego oraz Henryka Machalicy jako Aleksieja Iwanowicza Wielczaninowa. Romans z opowiadaniem Dostojewskiego okazał się niesłabnącą fascynacją, albowiem reżyser sięgał po ten tekst jeszcze dwa razy. W 1964 roku, 14 marca, opowiadanie zostało wystawione w Teatrze Nowym w Łodzi, reżyserował je oczywiście Stanisław Brejdygant. Spektakl ten pół roku później, dokładnie 7 września został wyemitowany w Teatrze Telewizji. Być może są to zbyt odległe inscenizacje, by mógł o nich pamiętać dyrektor Sceny Prapremier InVitro, dlatego przywołam tu jeszcze bardziej współczesne wersje tego utworu. 11 września 1995 roku w Teatrze Telewizji miała miejsce premiera sztuki pt. Natalia w reżyserii Mariusza Trelińskiego.

Spektakl powstał na podstawie Wiecznego męża autorstwa Dostojewskiego. Sztukę ponownie wyemitowano nie dalej niż rok temu w TVP Kultura (6 listopada 2012, godz. 20.20). W mojej ocenie, nie można uznać sztuki za prapremierę tylko, dlatego, że zmieniony został tytuł oraz reżyser wprowadził do scenariusza monolog, rozpoczynający inscenizację, ponieważ oczywistą rzeczą jest, że mamy do czynienia z opowiadaniem Dostojewskiego. Uznanie wobec tego inscenizacji Łukasza Witt-Michałowskiego za prapremierę jest raczej niemożliwe. Być może bardziej stosowną i uczciwą nazwą dla organizacji była by po prostu Scena InVitro. Wracając do samego spektaklu, to z niechęcią przyznaję, że nie był on wybitnym przedsięwzięciem, liczne niedociągnięcia zagwarantowały mu rangę wydarzenia przeciętnego. Najsłabszym punktem przedstawienia była skrajnie minimalistyczna scenografia autorstwa Marka Brauna, na którą składało się kilka krzeseł oraz trzy lub cztery rzędy czarnych, tiulowych zasłon. Zasłony te były rozmieszczone, co kilka metrów w głąb sali i pełniły rodzaj ściany, przesuwając kotary, aktor przenosił się do innego pomieszczenia. Zasadniczo pomysł był interesujący, chociaż przeszkadzało mi nieco to, że były one bardzo pogniecione, co uwydatniało się w kontakcie ze światłem reflektora. Przy tak minimalistycznej scenografii można było przynajmniej zatroszczyć się o dopracowanie tych kilku elementów, jak np. wyprasowanie zasłon. Twórca inscenizacji przekonywał mnie, że „reżyser nie jest od tego żeby mu się własne spektakle podobały - raczej żeby widza poruszyły (...), zaś estetyczność w teatrze nie zawsze idzie w parze z estetyką" *2. Mnie jednak, jakoś te wymiętoszone kotary nie poruszają, wręcz przeciwnie przeszkadzały mi, bo przy każdym podświetleniu, a było ich całe mnóstwo, mój wzrok skupiał się na tych wyjętych z gardła nieszczęsnych zasłonach. Nota bene były to zasłony uszyte z tiulu, organzy lub jakiegoś innego lekkiego i zwiewnego materiału, który nijak ma się do ciężkich adamaszkowych stor, o jakich pisał Dostojewski. Kolejnym elementem scenografii, jaki przeszkadzał mi w odbiorze sztuki, były plączące się kable od reflektorów rozstawionych po obu stronach sceny. Przypominało mi to trochę teatr od kuchni. Idąc do teatru chciałabym oglądać jedynie efekt, jaki uzyskuje się dzięki światłu, nie zaś całą budowę techniczną reflektorów, ponieważ taki sposób realizacji odzierał spektakl z tajemnicy i intymności. Oglądając sceny, w których Wielczaninow bombardowany był przez błyski świateł raz z prawej, raz z lewej strony, chciałabym widzieć jedynie twarz lub postać bohatera, nie zaś aktora oraz boczną, niewyciemnioną ścianę oraz statywy i kable reflektorów znajdujących się po przeciwnej stronie. Bardzo dobre były natomiast sceny, kiedy strumień światła padał od góry, ponieważ skupiały moją uwagę na postaci. W zamierzeniu reżysera „ kable miały być jak nerwy - na wierzchu" . Uważam, że nastrój, klimat oraz stan emocjonalny bohaterów sugestywniej może oddać muzyka, nie scenografia. Brakowało mi także jakiegoś elementu, który ułatwiłby aktorom poruszanie się po scenie. Miałam nieodparte wrażanie, że Aleksiej Iwanowicz zamiera, co pewien czas w sztucznej pozie tylko dlatego, że pusta scena nie pozwala mu inaczej tego zrobić, nie zaś dlatego, że takie jest „jego emploi" *4 - jak przekonywał reżyser spektaklu. Gdyby na scenie pojawiło się okno, stół czy komoda, to Wielczaninow mógłby bardziej naturalnie poruszać się po pomieszczeniu np. opierając się od czasu do czasu o stół. Bardzo rozbawił mnie pomysł traktowania statywu od reflektora jako wieszaka na ubrania Wielczaninowa. Nader umowne były także inne drobne elementy przedstawienia, takie jak picie z pustych szklanek i nalewanie z pustej butelki, sprawiało to wrażenie parodii. Odrobina wody pozwoliłaby bardziej poważnie traktować te sceny. To, co przemawia na korzyść rozwiązań scenograficznych, to fakt, że każdy element był ograny, na czym zależało twórcy spektaklu. „Chciałem scenografii, której prawie nie widać, znaczy takiej, która jest wpisana w teatr" *5  - podkreślał reżyser inscenizacji. Analizując dekorację pod tym kątem, mogę zgodzić się z reżyserem, ponieważ była to scenografia, która współpracowała z aktorami. Z pewnością znaczącym utrudnieniem był tutaj charakter sceny, albowiem sala widowiskowa CK w Lublinie jest salą konferencyjną, co nie ułatwia pracy autorowi scenografii oraz reżyserowi światła, ale także nie wyklucza możliwości osiągnięcia efektów zbliżonych do tych, które stanowią codzienność teatrów zawodowych. Ciekawą propozycją był brak kurtyny, zabieg ten dał mi poczucie znalezienia się „in medias res", od początku inscenizacji miałam wrażenie współistnienia w akcji, zwłaszcza, że miałam tę przyjemność siedzieć w pierwszym rzędzie, czyli znajdowałam się w jednej płaszczyźnie z postaciami sztuki. Bardzo dobrze oceniam również oprawę muzyczną spektaklu. Nienachalna, acz sugestywna muzyka trafnie oddawała napięcie kolejnych scen. Saksofon i Dostojewski pasują do siebie doskonale. Największą zaletą inscenizacji były kreacje aktorskie, zwłaszcza wybitna rola Jarosława Tomicy w roli Pawła Pawłowicza Trusockiego. Już od dawna nie widziałam tak genialnej gry. Aktor fenomenalnie ukazał całą paletę stanów emocjonalnych, od zażenowania zaczynając na perfidnym wyrachowaniu kończąc. W kreacji tej wszystko ze sobą grało, gest, mimika i intonacja zgodnie wyrażały stan emocjonalny bohatera. Nie było w tym ani krzty fałszu, czytając po raz drugi opowiadanie Dostojewskiego, miałam w myślach obraz Jarosława Tomicy. Wiarygodnie wypadła także Matylda Damięcka w roli Klaudii Pietrowny. Dosyć przekonywująco zagrał Mariusz Bonaszewski jako Aleksiej Iwanowicz Wielczaninow, choć zabrakło mi u niego wyrazu smutku czy żalu po śmierci Lizy. Być może wynikało to z samego scenariusza, w którym wiele scen zostało wyciętych. W opowiadaniu rosyjskiego pisarza Wielczaninow poza sarkazmem, ironią, histerycznością i niestabilnością emocjonalną, posiada także wiele innych cech. W oryginale Wielczaninow nieprawdopodobnie się ucieszył, kiedy w jego życiu pojawiła się Liza, stała się ona dla niego nowym sensem życia, celem, dla którego w ogóle warto żyć. Śmierć dziewczynki wywołała u niego apatię, powodując całkowite odizolowanie się od ludzi. Minęło sporo czasu, zanim powrócił on do swojego dawnego trybu życia. W spektaklu Łukasza Witt-Michałowskiego Wielczaninow od początku do końca jest rozdrażniony, odejście Lizy jedynie wzmogło jego wściekłość wobec Trusockiego. Nastąpiło tu zasadnicze uproszczenie zarówno w sposobie kreowania bohaterów jak i fabuły tekstu. Generalnie inscenizowanie utworów, które nie są dramatami bywa ryzykowne, albowiem nie ma w nich tak precyzyjnego podziału na role czy sceny.

Tworzenie spektaklu na podstawie powieści czy opowiadania wymaga pomysłu na realizację roli narratora oraz tego wszystkiego, co dzieje się w sferze myśli bohaterów. Dialogi stanowią jedynie część tego typu utworów. Nie da się tak po prostu ominąć opisowych partii tekstu, ponieważ część z nich jest kluczowa do tego, by zrozumieć całe dzieło. Z pewnością jest to jeden z powodów, które sprawiają, że inscenizowanie Dostojewskiego nie jest rzeczą prostą i nie ma tutaj drogi na skróty, stąd też, między innymi, spektakle te zazwyczaj są długie. W przypadku Wiecznego męża opisy stanów emocjonalnych są istotne w kreowaniu osobowości Wielczaninowa. Jego myśli, podejrzenia i niepokój wewnętrzny nie zawsze idą w parze z ekspresją słowną. Rezygnacja z treści, które nie zostały ujęte w dialog, sprawiła, że spektakl nie był tak zrozumiały, ani tak interesujący jak opowiadanie na kanwie, którego powstał. Ktoś, kto nie czytał tego dzieła, nie będzie miał zielonego pojęcia o tym, że Wielczaninowa oraz Natalię łączył szaleńczy romans, ani że Trusocki doskonale wie o wszystkim. Widz może się jedynie domyślać całej historii. Zabrakło mi ponad to w tym przedstawieniu kilku ważnych scen, zwłaszcza, jeżeli weźmie się pod uwagę, że reżysera szczególnie interesował wątek Lizy. W spektaklu Wielczaninow nie dostaje liściku od Trusockiego, w którym to Natalia wyjawia, że jest w ciąży z Wielczaninowem. Opuszczenie tych i wielu innych fragmentów spowodowało znaczący spadek napięcia, widzowie nie mieli szansy na przeżycie prawdziwego katharsis. Nietrafiona jest także zapowiedź przedstawienia, która informowała, że sztuka jest studium cierpienia dziecka. Aspekt ten zszedł na drugi plan, ustępując miejsca niekończącej się grze o racje moralne, w którym to Wielczaninow oraz Trusocki, toczą między sobą emocjonalny pojedynek. To, co jeszcze budzi moje zastrzeżenia, to wysoka cena biletów, biorąc pod uwagę, że na spektakl składa się niezwykle skromna scenografia oraz nieliczna obsada aktorska. Zaskakujące jest także uzasadnienie tego faktu przez reżysera, który dobitnie przekonuje, że „w Polsce szanujemy tylko to, za co płacimy" *6.

Podsumowując, trudno jednoznacznie ocenić spektakl. Pomysł inscenizacji słabo znanego opowiadania słynnego pisarza był bardzo dobry. Niestety realizacja nie do końca powiodła się. Za dużo uproszczeń scenograficznych oraz tekstowych. Być może dla niektórych wystarczającym usprawiedliwieniem będzie fakt, że spektakl powstawał jedynie trzy tygodnie, mnie takie wyjaśnienia nie satysfakcjonują. Przecież student, który przychodzi na egzamin nie dostaje lepszej oceny tylko dlatego, że przygotowywał się do niego jedną noc. Widz, który idzie do teatru także nie jest zainteresowany tym jak długo trwała praca nad sztuką, zawsze najbardziej będzie liczyć się efekt końcowy. Przekonują mnie natomiast inne słowa młodego reżysera, który przyznaje się, że „dopóki nie będzie miał własnego teatru, z własnym zespołem i własnym budżetem - wszystko, co robi, jest i będzie kompromisem" *7. Nie pozostaje mi nic innego jak mieć szczerą nadzieję, że na kolejny spektakl reżyser będzie posiadał nieco więcej czasu, za co mocno trzymam kciuki. Tym razem spotkanie Fiodora Dostojewskiego z Łukaszem Witt-Michałowskim, kończy się niestety wynikiem 1:0 dla rosyjskiego pisarza, ale Dostojewski to nie lada wyzwanie.

*1 M. Konińska, Po trudnych szczeblach, Życie Warszawy nr 98, 1964.
*2 Cytat z rozmowy przeprowadzonej z Łukaszem Witt-Michałowskim w dniu 20.11.2013.
*3 Cytat z rozmowy przeprowadzonej z Łukaszem Witt-Michałowskim w dniu 20.11.2013.
*4 Tamże.
*5 Tamże.
*6 Cytat z rozmowy przeprowadzonej z Łukaszem Witt-Michałowskim w dniu 20.11.2013.
*7 Tamże.

Magdalena Mąka
Dziennik Teatralny Lublin
30 listopada 2013

Książka tygodnia

Sztuka aktorska Aleksandry Śląskiej
Uniwersytet Gdański
Marta Cebera

Trailer tygodnia