Ludzie miasta

Rozmowa z Arturem Tyszkiewiczem

- Teatr Osterwy przed moim przyjazdem tutaj był taką samą zagadką, jak samo miasto. Nigdy w tym teatrze nie byłem, a pierwszy spektakl zobaczyłem po dostaniu nominacji dyrektorskiej - rozmowa z dyrektorem lubelskiego Teatru Osterwy, Arturem Tyszkiewiczem.

Paweł Franczak: Zanim przyjechał Pan do Lublina pewnie miał Pan o nim kiepską opinię.

Artur Tyszkiewicz: Nie, wcale nie. Ja nie miałem żadnej opinii o Lublinie.

Aha, czyli jest to problem, który pojawił się kilka lat temu w badaniach rozpoznawalności miast - Lublin Polakom z niczym się nie kojarzył.

- Dokładnie - Lublin kojarzył mi się z niczym.

Bo Pan jest z drugiego końca Polski...

- ...No właśnie nie. Z Warszawy. Nie wiedzieć czemu w internecie widnieje informacja, że urodziłem się w Ustce. Z Ustką łączy mnie tyle, że raz tam byłem. Co nie zmienia faktu, że mieszkając w Warszawie o Lublinie nie miałem żadnego pojęcia. Kojarzył mi się z Gardzienicami, ale to z racji mojej profesji teatralnej. No i kiedyś, dawno temu, brałem udział w projekcie telewizyjnym, zdjęcia kręciliśmy tutaj, w ośrodku lubelskiej telewizji. Wtedy zwiedziłem Stare Miasto, które nie wyglądało tak fajnie, jak teraz.

Czyli Lublin to takie Suwałki, nic nie ujmując Suwałkom. W sensie: równie wiele o nas wiadomo.

Faktycznie, w ogólnej świadomości Lublin nie funkcjonuje. Jeśli ludzie z Warszawy wyjeżdżają na weekend w kierunku południowym, to jadą do Kazimierza Dolnego. Dla mnie jest to porażka promocyjna Lublina i trzeba wiele pracy, by ludzi tu ściągnąć. Znając Kazimierz wolałbym przyjechać tutaj. Jest tu więcej miejsca...

...i mniej warszawiaków...

- Tak jest, oprócz tego nie czeka się w restauracji godzinę na obiad. Od tamtej Starówki piękniejsze i bardziej okazałe jest lubelskie Stare Miasto, jest tu więcej rzeczy do zobaczenia, a mimo wszystko ci wszyscy warszawiacy pchają się do Kazimierza, przeciskają się przez Rynek, uderzając się ramionami, to jakaś masakra. A nikt nie wpadnie na pomysł, że parę kilometrów obok jest Lublin i żeby tu przyjechać.

A jakie miał Pan wyobrażenie o tutejszej publiczności?

- Kilkadziesiąt lat temu mieliśmy tu prężną scenę teatrów awangardowych, ale chyba nie funkcjonuje w Polsce opinia, że mamy tu wyrobioną w awangardzie publikę? Opinia o żywotności teatru alternatywnego w Lublinie funkcjonuje, ale tylko w świecie teatralnym. Dzieje się tak za sprawą tego, co robi Janusz Opryński, Paweł Passini, co robił Witold Mazurkiewicz. Natomiast Teatr Osterwy przed moim przyjazdem tutaj był taką samą zagadką, jak samo miasto. Nigdy w tym teatrze nie byłem, a pierwszy spektakl zobaczyłem po dostaniu nominacji dyrektorskiej. W związku z tym publiczność lubelska była dla mnie wielką niewiadomą. Spektakle, które tu w chwilę potem zobaczyłem, okazały się specyficzne.

To ciekawe słowo: "specyficzne", proszę rozwinąć myśl.

- Tak, to takie delikatne słowo. Chodzi mi o to, że schlebiały gustom, hmm...

Mieszczańskim?

- Tak, mieszczańskim, czy raczej gustom łatwym. Byłem ciekaw - czy oni chcą takiego teatru, czy chcą, żeby ich zabawiano, czy też jest tu miejsce na refleksję, na poważną rozmowę? Okazuje się, że jest.

Ale Pan wielkim ryzykantem nie jest. Ma Pan w repertuarze i takie spektakle, które do wymagających nie należą.

- Tak, ale uważam, że jeśli są spektakle, na które publiczność chce chodzić, to należy je zostawić. Ale zapraszam też twórców, których propozycje idą w troszeczkę inną stronę. I te spektakle są akceptowane przez lublinian. Co więcej - mamy dużo nowej publiczności.

Nowa oznacza młodsza?

- Nie, nie tylko. To są ludzie, którzy szukają w teatrze czegoś innego. Nie otrzymywali tu tego i teraz przychodzą. Tak więc ta niewiadoma, którą była publiczność lubelska, dała się rozwiązać pozytywnie.

A czy jest taki temat, którego lubelska publiczność nie zaakceptuje? Mówię tu o tematyce kontrowersyjnej: dajmy na to aborcji, eutanazji, a może problem antysemityzmu?

- Na razie, z tym ostatnim nie ma problemu - wystawiliśmy niedawno "Kupca weneckiego", "Pakujemy manatki" Hanocha Levina i nie spotkaliśmy się z antysemickimi reakcjami. Co do granic, których bym nie przekroczył - myślę, że przede wszystkim nie można nikogo w teatrze obrażać. I to w sposób głupi. Nie lubię chociażby głupiego obrażania religii, choć nie jestem człowiekiem zbyt religijnym. Ale mam wrażenie, że to intymna sprawa wielu ludzi i nie wolno jej deptać. Nie widzę też miejsca dla nieuzasadnionych zabiegów erotyczno-formalnych, że tak powiem. Nie dlatego, że boję się o publiczność, ale ja tego nie akceptuję. Bo nie lubię takich rzeczy w teatrze, jeśli są głupie i nieuzasadnione. Nie lubię zabiegów, które mają epatować, bo nie interesuje mnie taki teatr.

W latach 90. Pan w ogóle odszedł od teatru. Dlaczego?

- Bo to był zły czas dla teatru. Młody absolwent Wydziału Reżyserii miał małe szanse, by kierować jakimś ośrodkiem teatralnym. To było jeszcze przed rewolucją, gdy dyrektorami teatrów w Polsce zaczęli zostawać młodzi ludzie. Wtedy dyrektorami byli ludzie starsi, którzy teatry w mniejszych miejscowościach traktowali prowincjonalnie. Czyli chodziło o to, by zrobić lektury szkolne, by przyszli uczniowie, by zrobić to szkolnie i ładnie, elegancko, pod publiczkę. Mnie to nie interesowało. A ponieważ nie widziałem innych możliwości pracy, przebranżowiłem się. Bo mam taką naturę, że nie obrażam się na świat, tylko robię coś ze sobą. A potem dyrektorami zaczęli zostawać moi koledzy, którzy myśleli o teatrach poza Warszawą bez kompleksów i w sposób świeży. I nagle okazało się, że takie podejście zaowocowało tym, że to ich teatry zaczęły dyktować ton. W czasach świetności teatru wałbrzyskiego to w Wałbrzychu działy się rzeczy ważne, nie w Warszawie. Miałem szczęście w tym czasie tam reżyserować.

Przebranżowił się Pan na reżysera dubbingowego. Czym zajmuje się ktoś taki?

- To bardzo ważna postać. Dostaje pan film w języku oryginalnym, najczęściej angielskim. Może być to film rysunkowy, może aktorski. Reżyser dubbingu odpowiedzialny jest za obsadę tego filmu - głos którego aktora będzie pasował do danej postaci. To kwestia kluczowa. Później reżyser pracuje z aktorem przy nagraniu. W przypadku filmu, nazwijmy to "żywoplanowego", jest to praca trudniejsza, bo są to po prostu zadania aktorskie. Kreskówkę gra się troszeczkę inaczej. Do tego dochodzi obowiązek czuwania nad procesem montażu. Wszystkie dialogi nagrywa się osobno, więc reżyser musi wiedzieć, z kim dana postać rozmawia, choć słychać tylko jeden głos. Trzeba mieć do tego fachu pewną wyobraźnię.

I teraz, kiedy siedzi Pan w kinie na, powiedzmy, kreskówce, zdarza się Panu psioczyć: "cholera, ale spaprali dubbing!"? O ile chodzi Pan na kreskówki.

- Chodzę, jasne, z moim siedmioletnim synem. I zdarza mi się psioczyć.

A "Robaczki z Zaginionej Doliny" Pan oglądał?

- Tak, ale tam dubbingu nie ma. Robaczki tylko popiskują.

To może oglądał Pan zmienioną wersję, bo początkowo polski dystrybutor zatrudnił do niemego w oryginale filmu Andrzeja Grabowskiego, który tłumaczy, co się dzieje na ekranie.

- Ktoś uznał, że dzieci w Polsce są za głupie, by zrozumieć film bez słów. Rzeczywiście, przecież cały urok polega na tym, że robaczki wydają dźwięki... robaczków. Robią: "pi! pi!".

Pan nie bywa, że tak powiem. Nie widuje się Pana zbyt często na imprezach. Właściwie, to nie wiem, czy na jakiejkolwiek Pan był.

- Tak, bo ja w ogóle nie bywam.

A czemu Pan nie bywa?

- Tu nie chodzi tylko o Lublin. W Warszawie też nie bywam. Nie bywam, bo nie lubię. Nie lubię dużych zbiorowisk ludzkich, środowiskowych spotkań.

Sporo Pana może ominąć.

- Tak podejrzewam, ale trudno, życie to sztuka wyborów. Ograniczam się do pracy w teatrze. Nawet na premierach nie bywam.

Może tu warto bywać, bo jak człowiek nie bywa i czegoś się nie dowie, to może się obudzić z ręką w nocniku. Urok małego środowiska artystycznego.

- Trudno, jestem jaki jestem i nie mam zamiaru się zmieniać.

Jak Pan dzieli czas między Lublin a Warszawę?

W weekendy jestem w Warszawie, z rodziną.

Kiedy była ta Pana pierwsza wizyta w naszym mieście?

Chyba dekadę temu.

Zauważa Pan zmiany w mieście?

- Owszem, zmieniło się dużo, choć lublinianie pewnie tego nie widzą. I jest to zmiana na lepsze. Pamiętam ówczesną wizytę na Starym Mieście - nieprzyjemne, szare, niebezpieczne miejsce. Rozpadające się kamienice i wrażenie, że to piękne miasto też się rozpada. Dziś jest inaczej - Lublin się rozwija i to w bardzo dobrym kierunku.

A jeśli chodzi o mentalność mieszkańców? Pasuje ona Panu?

- Przede wszystkim tutaj żyje się w innym tempie. Tu żyje się wolniej. Tu jest czas, by pomyśleć. W Warszawie się pędzi. Lubię też w Lublinie jego ludzki wymiar, jeśli chodzi o odległości. Wszystko tu jest skrojone na miarę człowieka. Warszawa to gigantomania. Z jednej dzielnicy do drugiej jadę około dwóch godzin. To mnie strasznie męczy. Tyle to ja jadę z Warszawy do Lublina.

Coś szybko Pan jeździ.

- Bo ja dobrze mieszkam - w Wilanowie, więc na wylocie na Lublin.

Nie przeszkadza Panu wścibskość lublinian? Bo są trochę wścibscy, łamane przez ciekawscy. Na ulicy ludzie się na siebie patrzą, żeby nie powiedzieć: gapią. Co w wielu dużych miastach jest nie do przyjęcia.

- Mnie to nie przeszkadza. To dla mnie wyraz zainteresowania człowieka człowiekiem. W Warszawie nikt nikim nie jest zainteresowany, ludzie są zainteresowani wyłącznie sobą. Dla mnie to, że ktoś zwraca na mnie uwagę, jest miłe. W ogóle ludzie tutaj są mili. Wschód ma to do siebie, bo w Białymstoku jest podobnie. To, że ludzie patrzą, pytają: "A dokąd Pan idzie?". W Warszawie na to jest krótka odpowiedź: "A co cię to obchodzi?". Ja uważam, że ktoś pyta z uprzejmości, a nie dlatego, że chce wyrwać kawałek swojego życia, z mojej prywatności. Po prostu tu się dobrze żyje.

Paweł Franczak
Polska Kurier Lubelski
26 kwietnia 2014

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia